1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Rodzic na placu zabaw

Na placach zabaw moja córka mogłaby spędzać czas godzinami. Pełnią szczęścia jest dogadanie się z rówieśnikami i szaleństwo gwarantowane. Zaciągnięcie Jej potem do domu graniczy z cudem, a każde moje: „Idziemy ” pozostaje bez odzewu 😉  Ok, było się kiedyś dzieckiem – rozumiem Ją doskonale.  Mamy to szczęście, że  mieszkamy rzut beretem od okazałego placu zabaw, niedawno wyremontowanego, na który przyjeżdżają często rodziny z dziećmi z różnych części miasta. Dodatkowo Mała ma spore szanse żeby spotkać tam koleżanki i kolegów z przedszkola. Żyć nie umierać.

 

 

Kiedy córka była młodsza nie było szans żebym swobodnie rozgościła się na jednej z wielu ławek usytuowanych wokół placu. Łaziłam za Nią krok w krok: podsadzałam, huśtałam, podnosiłam, ściągałam, asekurowałam itp. Z czasem zaczęło się to zmieniać, Młoda jest już na tyle duża, że z większością atrakcji daje sobie radę sama, ale są jeszcze sytuacje, kiedy potrzebuje mojej pomocy. Ok. Od tego jestem, nie marudzę. Jeśli już jednak siedzę na tej ławce to logiczne dla mnie jest, że większość czasu zajmuje mi PATRZENIE NA TO CO ROBI MOJE DZIECKO… Bo pomimo samodzielności, której ciągle córka się uczy, jest jeszcze dzieckiem, a jak wiadomo dziecku mogą wpaść do głowy pomysły, których realizacja może skończyć się tragicznie. Nie jestem matką panikarą, tylko matką realistką. Nie raz i nie dwa widziałam dzieciaki biegające samopas z gilem do pasa, wielkim guzem na czole i przerażeniem na twarzy bo rodzice nagle rozpłynęli się w powietrzu…! Potem okazuje się, że siedzą oni sobie oddaleni spory kawałek od placu zabaw, rechoczą ze znajomymi, nierzadko popijając „tylko” piwo…Jakieś pytania? Dla mnie niepojęte. Choć pewnie dla niektórych nie ma w tym nic złego…W końcu każdy wychowuje swoje dzieci jak chce, poświęca im tyle czasu ile uważa za stosowne, ale prezentowanie takiego rodzicielstwa w miejscach publicznych jest słabe.

Rozumiem, że można się umówić ze znajomymi żeby dzieci pobawiły się razem, ale niektóre rodziny idą na plac zabaw z myślą o spotkaniu towarzyskim. Kompletnie olewają dzieci, które widząc, że rodzice nie interesują się ich poczynaniami – są niegrzeczne i np. sypią piachem w inne dzieci. Pozostaje to bez komentarza mamy i taty więc idą jeszcze dalej: plują, przeklinają i popychają rówieśników. Przykład idzie z góry. Patologia goni patologię. Daleko mi do świętości, zdarza się, że spojrzę na telefon w czasie kiedy jestem z córką na placu zabaw, ale nie oznacza to, że za chwilę zacznę przeglądać fejsa , wyłączę się całkowicie i stracę  dziecko z oczu na ładnych paręnaście minut.  Kiedy widzę takich rodziców zapatrzonych w telefon w czasie kiedy ich latorośl prawie skręca sobie kark podczas zabawy, mam ochotę podjeść i zwrócić im uwagę.  To samo tyczy się rodziców pod wpływem…pomimo tego, że regulamin placów zabaw zabrania wnoszenia alkoholu i jego spożywania.

Nie ogarniam tego i nigdy chyba nie ogarnę jak można świadomie narażać własne dziecko na ryzyko. Wiadomo, że wypadki mogą zdarzyć się wszędzie. Możemy stać przy dziecku, huśtać je, a ono i tak wypadnie z tej huśtawki i złamie rękę. Wiem. Nie mam jednak usprawiedliwienia dla rodziców olewających swoje dzieci na placach zabaw, pozostawiających je samymi sobie i tłumaczącym się potem, że to dla ich dobra, żeby się usamodzielniały…Jest to nic innego jak egoizm i brak wyobraźni.

 

 

 Jakiś czas temu na placu zabaw zaczepiła mnie dziewczynka, właściwie to już nastolatka, zapłakana, z obdrapaną ręką i przerażeniem w oczach. Powiedziała, że szuka mamy, była roztrzęsiona…Podobno jej matka jeszcze parę minut temu na pobliskiej ławce  rozmawiała przez telefon. Dostrzegłyśmy Ją w końcu na drugim końcu parku. Dziewczyna rozpoznała mamę i pobiegła do niej z ulgą na twarzy. Obserwowałam z daleka sytuację. To co zobaczyłam było dla mnie szokiem. Córka chciała przytulić się do matki,  a ona ani drgnęła i dalej rozmawiała przez telefon… Nie wiem z kim rozmawiała ta kobieta, nie znam jej sytuacji, może miała ciężki dzień, ale ja nie jestem w stanie usprawiedliwić jej postepowania. Tego braku zainteresowania własnym dzieckiem i obojętności.

Dlatego idąc na plac zabaw z dzieckiem idę tam dla niego, a nie po to żeby móc sobie odpocząć od rodzicielstwa, zrelaksować się z telefonem w ręku lub napić piwa z koleżanką. Nie jest to dla mnie kwestia poświęcenia, tylko zdrowego rozsądku.

Nie klnę pod nosem kiedy kolejny raz muszę ruszyć tyłek i pokręcić  moje dziecko na karuzeli.

Nie udaję, że nie słyszę wołania o pomoc przy wchodzeniu na drabinkę.

Nie krzyczę na córkę przybiegającą do mnie z płaczem bo jakieś dziecko obsypało jej głowę piachem.

Ja to po prostu widzę to wszystko i reaguję. I choćbym miała setny raz wstać i ruszyć do latorośli z pomocą – ruszę tyłek z ławki i zrobię to.

 

Zdjęcia: www.pixabay.com

 

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Łazanki z młodej kapusty

Lubicie polskie młode warzywa, których mamy teraz wysyp? 🙂 Bo ja uwielbiam… Oprócz bohaterki dzisiejszego wpisu czyli kapusty młodej na straganach pojawił nam  się: bób, fasolka szparagowa, kalafiorek i oczywiście klasyk młode polskie ziemniaczki. Nic tylko kupować , przygotowywać dania i wcinać  🙂

Tydzień temu postanowiłam zrobić łazanki. Jest to prosta potrawa, której o dziwo w dzieciństwie nie lubiłam. Pamiętam, że moja mama robiła makaron na łazanki sama, mieszała kapustę słodką i kwaśną i dodawała do tego pokrojoną w kostkę kiełbasę. Nie do końca pasowały mi te smaki, choć podobno w dzieciństwie generalnie byłam niejadkiem i ciężko było mi dogodzić…Miałam, nazwijmy to fazy na dane produkty, np. potrafiłam przez miesiąc jeść na okrągło parówki i płatki na mleku, albo kopytka i makaron z serem 🙂 Mięso było ble i jadłam go niewiele. Dziś nie wyobrażam sobie diety bezmięsnej, choć pewnie ma ona uzasadnienie w wielu przypadkach.

Wracając do łazanek… 😉 Dopiero od niespełna dwóch lat jestem maniaczką tego dania. Potrafię zjeść każdą ilość i niestety nie ma opcji żeby zostało trochę na następny dzień  🙂  Bazą dania są trzy produkty: dobre mięsiwo, dowolny kształt makaronu i kapusta (w tym przypadku młoda, ale swojska ukiszona też jest ok).

Składniki:

2 główki kapusty młodej / opcjonalnie kapusta kiszona

1/2 kg mięsa wieprzowego: łopatki lub szynki

paczka makaronu o dowolnym kształcie, ja najbardziej lubię kokardki

3 łyżeczki koncentratu pomidorowego

sól

pieprz

papryka słodka

papryka ostra

zioła prowansalskie

liść laurowy

ziele angielskie

olej do smażenia mięsa

opcjonalnie  świeży koperek (fajnie komponuje się z młodą kapustą)

Sposób przygotowania:

Kapustę szatkujemy na dowolnej wielkości kawałeczki, mniejsze lub większe (można ręcznie nożem lub przez maszynkę z wybranym ostrzem). Solidny kawałek mięsiwa dobrze myjemy i wkładamy do gara z poszatkowaną już kapustą. Zalewamy zimną wodą i wstawiamy do gotowania. Gotujemy  wszystko do miękkości mięsa dodając liść laurowy i ziele angielskie. Następnie mięso wyjmujemy i zostawiamy do wystygnięcia, a kapustę odcedzamy. Ostudzone mięso kroimy w drobną kosteczkę i podsmażamy je na rozgrzanym oleju przez parę minutek solidnie doprawiając: solą, pieprzem, papryką, ziołami prowansalskimi. W międzyczasie gotujemy całe opakowanie makaronu w osolonej wodzie (nie rozgotowujemy). Podsmażone i przyprawione mięso dodajemy do gara z odcedzoną kapustą, dodajemy 3 łyżeczki koncentratu pomidorowego, ugotowany makaron i wszystko mieszamy. Po dokładnym wymieszaniu dodajemy świeże pokrojonego koperku.

Można poczekać, aż danie się „przegryzie” albo jeść od razu po przygotowaniu.  Z góry przepraszam za jakość zdjęć, które wyglądają jakby były robione tosterem 😀

Zdjęcia: www.pixabay.com, fotografie własne.

 

 

 

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Książki, które mają TĘ MOC – Śp. Ksiądz Jan Kaczkowski

Lipcowy dzień, rok 2015, kupuję książkę obok której nie mogę i nie chcę przejść obojętnie. Książkę, która nie zmieni mojego życia, nie natchnie mnie do robienia wielkich rzeczy, ale pozwoli mi poznać „bliżej” jej bohatera. Podejrzewam, że Ksiądz Jan wkurzyłby się gdyby ktokolwiek użyłby takowego określenia w odniesieniu do Jego osoby…Bohater….

Do moich rąk trafia „Życie na pełnej petardzie”, zapis rozmów Piotra Żyłki z Księdzem Janem Kaczkowskim.  Czytać zaczynam już w samochodzie ku zdziwieniu drugiej połowicy, dosłownie chłonę każdą drobnicę, cel mam jeden: „poznać się” dzięki tej lekturze z ciekawą i inspirującą osobą.  Po powrocie do domu książka wędruje na stolik nocny, a ja wpadam w wir domowych obowiązków, ale upragniony wieczór nastaje, latorośl zasypia, więc czytadło z powrotem wędruje w moje ręce i dawaj…Czytamy. Rugam się przez chwilę w myślach, że zamiast ogarniać testy na prawo jazdy, mnie bardziej interesuje dosyć kontrowersyjna lektura. Skąd takie zaciekawienie osobą Księdza Jana? Jasnej odpowiedzi udzielić się nie da. Na pewno wpływ na decyzję o kupnie książki miały strzępki informacji, które sobie o Nim i o Jego działalności wygooglowałam. Zaimponowała mi  niezłomna postawa życiowa i kultywowanie zapominanych dziś wartości: miłości i bezinteresownej pomocy dla bliźniego. Ciekawa byłam genezy powstania Hospicjum pw. św. Ojca Pio w Pucku, pracy Księdza Jana, a także Jego osobistych zmagań z chorobą nowotworową. Generalnie chciałam poznać fakty z życia interesującego człowieka, który dla wielu młodych ludzi stał się wzorem i osobą godną naśladowania.  Przeczucie mnie nie myliło, książkę pochłonęłam migiem, ale nie miałam po jej przeczytaniu poczucia straconego czasu, wręcz przeciwnie, dostarczyła mi ona potężnej dawki optymizmu. Po jej przeczytaniu przestałam marudzić  i zaczęłam doceniać pozytywne wydarzenia, które mają miejsce w moim życiu. Oprócz  fantastycznie spędzonego czasu podczas czytania „Życia na pełnej petardzie” wzięłam sobie z tej książki tyle ile chciałam i ile dałam rady unieść.

Idąc za ciosem w sierpniu stałam się szczęśliwą posiadaczką „Szału nie ma, jest rak”. Jest to pierwsza książka z zapisem rozmów które z Księdzem Kaczkowskim przeprowadziła  wówczas Katarzyna Jabłońska. Właściwie to od niej powinnam zacząć.  W tej rozmowie poruszone zostają tematy trudne. Dużo jest o chorowaniu, cierpieniu i umieraniu. Wydawać by się mogło, że będzie to trudniejsza do przebrnięcia historia. Nic z tych rzeczy. Czyta się jednym tchem, robi wrażenie i zostaje w człowieku. Jeżeli ktoś potrzebuje wsparcia bo np. ma w rodzinie bardzo poważnie chorą osobę albo sam choruje może z tej książki czerpać  ile wlezie. Co jak co, ale Ksiądz Jan był niesamowicie doświadczonym duchownym. Jego bliskie relacje z chorymi będącymi w terminalnej fazie choroby dały Mu z pewnością wiedzę jak takie ciężkie tematy krótko mówiąc ogarnąć najmniej boleśnie.  Otwarcie mówił o tym, że egoizmem jest naciskanie nawet na najbliższą chorującą  nam osobę do poddania się terapii uporczywej, która często daje złudne nadzieje na przedłużenie życia, a w rezultacie odbiera siły, osłabia i wyniszcza… Te ostatnie tygodnie i miesiące warto wykorzystać na bycie razem i  czerpanie z życia maksimum. Bo czasami trzeba odpuścić i pozwolić komuś odejść…

Śp. ks. Jan Kaczkowski był człowiekiem, który pomimo swoich zdrowotnych zawirowań potrafił z powagą, należytym szacunkiem i zrozumieniem tych wierzących  i niewierzących głosić Słowo Boże. Znalazł też w sobie dość siły żeby wspólnie z dobrymi ludźmi stworzyć Hospicjum pw. św. Ojca Pio w Pucku. Poświęcił się tej idei totalnie.

Był doktorem nauk teologicznych i bioetykiem, człowiekiem inteligentnym i oczytanym. Facetem tryskającym poczuciem humoru, którego pomimo całej powagi tematów w książkach zabraknąć nie mogło 😉  Z glejakiem mózgu w najcięższej postaci Ksiądz Jan dawał radę…!

Obok mnie leży trójeczka: „Grunt pod nogami”… nieco poważniej niż zwykle. Nie ruszona, ale nadejdzie pora i trafi w moje ręce.. 🙂 Na odwrocie książki widnieją daty: 1977-2016… i wciąż nie wierzę, ze Gość, który tyle dobrego zrobił dla ludzi jest już w innym wymiarze…

„Grunt to twardo stąpać po ziemi, nie przestając patrzeć w niebo. Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później, niż Ci się wydaje.”

Fotografia własna.

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Na plaży fajnie jest … tylko musisz nosić rozmiar S …

Pływać to ja nie umiem, tzn. teoretycznie coś tam przepłynę, w płetwach i bliskim kontakcie z drugą połówką. Wody się jednak nie boję i ze sprzętem w stylu ,,Słoneczny patrol” pozwalam sobie czasem oddalić się od brzegu na więcej niż 10 metrów.  😉 Podobają mi się kąpieliska których brzeg umożliwia mi zagospodarowanie więcej niż dwóch metrów kwadratowych.  😉 Krótko mówiąc nie lubię zatłoczonych plaż, gdzie o rozłożenie się ze swoimi klamotami jest ciężko.  🙂 O takie miejsca w sezonie jest trudno, nie mówiąc już o polskim morzu, które chciałabym w przyszłości zobaczyć, ale już niekoniecznie plażować na nadmorskich wybrzeżach. Latem lubimy we trójeczkę wyskoczyć nad jeziorko do którego mamy 20 minut drogi. Jego wielką zaletą jest nie tylko względnie czysta woda, ale też piaszczysty brzeg, który tworzą niewielkie oddzielone od siebie szuwarami plażyczki. Żyć nie umierać. Są tam również dłuższe brzegi, na które z reguły ludzie polują z samego rana. Są to osoby przyjeżdżające w większej grupie np. kilka rodzin z dziećmi lub grupka znajomych ze szkoły. Ja zdecydowanie wolę te ustronniejsze miejsca i to nie dlatego, że mam coś do rodzin z dziećmi (sama takową współtworzę  😉 ), czy też wygłupiających się młodych ludzi. Z wiekiem doceniam jednak spokój, ciszę i czas spędzony tylko z rodzinką. Nie czuję się superkomfortowo leżąc jak sardynka w puszce na kocu obok obcych dla mnie ludzi, aczkolwiek wiem, że bywają piękne miejsca na świecie w których plaże właśnie tak wyglądają. Pomijając tłumy ludzi, które jestem w stanie zaakceptować jeśli nie mam wyboru, ale kiedy już od pierwszego dnia wiosny w mediach narastać zaczyna presja na smukłą wakacyjną figurę ogarnia mnie wściekłość.

Niestety nie każda kobieta ma to szczęście i nosi rozmiar S lub w porywach M. Czasami wystarczy niewielki cellulit i jego posiadaczka rezygnuje z wyjazdu nad jezioro bo wydaje się jej, że wszystkie oczy zwrócone będą na jej niedoskonałości. Tymczasem pani o rozmiarach XXL śmiało zakłada bikini i nie przejmuje się niczym i nikim. Każda z tych kobiet ma swoje poczucie estetyki i to co dla jednej jest obrzydliwe dla drugiej będzie naturalne.

Irytuje mnie nachalna promocja jakiegoś morderczego treningu i wmawianie, że jedynie jędrny tyłek daje przepustkę na plażowanie. Nie akceptuje nagonki i szaleństwa przedwakacyjnego na obsesyjne treningi i diety, a także wmawiania, że to wszystko tylko po to, aby móc zaprezentować się ładnie w stroju kąpielowym. W rzeczywistości chodzi o wpędzenie w kompleksy te teoretycznie nie dbające o siebie osoby, którym śmie wystawać wałek tłuszczu na brzuchu.

Z drugiej jednak strony widząc młode dziewczyny, które mają kompletnie w nosie swoją otyłość i dumnie paradują w ciasnym bikini mam mieszane uczucia. Popadamy ze skrajności w skrajność. Z jednej strony mamy wyrzeźbione kobiety bez grama tłuszczu, a z drugiej otyłe panie na które nie wolno nawet spojrzeć bo zaraz są skłonne zabić nas wzrokiem.

Jadąc nad wodę chcę czuć się swobodnie, ale ,,muszę” jeszcze pamiętać, że swobodnie to nie zawsze znaczy modnie, a rewia mody na plaży to już norma. Wybór odpowiedniego stroju kąpielowego „powinien spędzać mi sen z powiek” .. 🙂 Zewsząd słychać hasła: „Bądź modna na plaży”, „Plażowa moda” itd. Nic więc dziwnego, że dla tych mniej zdecydowanych Pań wyprawa do galerii stanie się maratonem w poszukiwaniu glam stroju, którym olśni wszystkich plażowiczów. Potem na plażach mamy wysyp sióstr ksero. Falbanki, cekiny, metalowe ozdoby, koraliki, a wszystko  to diabli bierze po przepłynięciu kilku metrów w wodzie 😉 Piękne wdzianko nie zawsze gwarantuje wygodę.

Gdyby tak przejmować się tymi wszystkimi wymogami, plażowanie należałoby ograniczyć do nałożenia samoopalacza po wyjściu z wanny. Lubisz pływać? Plażować? Opalać się? Więc miej w nosie całe to towarzystwo spinające tyłki w niewygodnych majtach 😉 Pełen luz wskazany bo inaczej zmarnujesz czas na wciąganie brzucha na ręczniku plażowym i poprawianie plażowej kreacji.

Zdjęcie: www.pixabay.com

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Nastała moda na bycie fit.

Jak powszechnie wiadomo, zdrowie jest fundamentalną wartością w życiu każdego z nas. Można je łatwo zrujnować, najczęściej poprzez niezdrowe nawyki np.: brak ruchu i niezdrowe jedzenie. Wciąż nie do końca rozumiemy jak bardzo ważne jest prawidłowe dbanie o siebie i jak wspaniale procentuje to na przyszłość. Co tak naprawdę trzeba robić aby poczuć się rześko i zdrowo? Czy wystarczy odstawić używki np. alkohol, papierosy i kawę? Przestrzegać doskonale zbilansowanej diety? A może codzienna aktywność ruchowa będzie najlepszym rozwiązaniem?

Takie pytania zadaje sobie osoba, która w pewnym momencie swojego życia samoczynnie bądź na skutek kiepskiego samopoczucia fizycznego chce zacząć w końcu o siebie dbać. Poszukując informacji o zdrowych nawykach, trafia na słowo FIT, które najprościej ujmując oznacza zdrowy styl życia. Pod definicją tego słowa kryje się szereg czynności, których wdrożenie do naszej codzienności pozwoli na osiągnięcie wspaniałej kondycji psychofizycznej. Wśród tych czynności można wyróżnić:

1. Precyzyjne określenie celu.

2. Sporządzenie planu działania.

3. Opracowanie diety opartej na zbilansowanych i zdrowych posiłkach.

3. Wybór najlepszych dla organizmu form aktywności życiowej.

4. Silna wola, która pozwoli wytrwać we wcześniejszych postanowieniach.

Najważniejszy jest cel, który należy wyznaczyć sobie na początku drogi. Motywy jakimi kierują się ludzie szukający pozytywnych zmian w swoim życiu są różne. Być może w grę wchodzi chęć zaakceptowania swojego ciała, a co za tym idzie utrata masy, wyrzeźbienie doskonałej sylwetki i upragniona aprobata własnego Ja. Kiepskie wyniki badań i widmo schorzeń cywilizacyjnych również mogą być doskonałą motywacją do przejścia na zdrowy styl życia.

Z podziwem obserwować możemy w mediach spektakularne metamorfozy ludzi, którzy dla własnego zdrowia postanowili zostać Fit. Stanowią Oni motywację dla wielu innych, którym właśnie taki zastrzyk pozytywnej energii jest potrzebny. W sposób uzasadniony podejmują oni próby zmiany swojego sposobu odżywiania, zaczynają ćwiczyć, a bardzo często źródłem inspiracji są dla nich takie postaci jak: Ewa Chodakowska i Anna Lewandowska.

To właśnie z mediów można uzyskać najwięcej informacji: wykaz odpowiednich produktów, pełen instruktarz ćwiczeń i hasła motywacyjne, a chętnych do zmiany swojego życia wciąż przybywa.

Nastała moda na bycie fit poprzez kształtowanie w sobie pewnych zdrowych nawyków. Wszystko ma jednak swoje plusy jak i minusy. Propagowanie zdrowego stylu życia jest zwłaszcza przez młodych ludzi rozumiane jako dążenie do doskonałości i perfekcji. Podążając z duchem czasu, nie chcąc odstawać od reszty, stwarza się sobie presję bycia najlepszym, a poprzez trzymanie się kurczowo planu pewnych narzuconych z góry schematów, wpada się w pułapkę obecnie panujących trendów. I jeśli nawet jesteśmy z tego powodu szczęśliwi, a nasza aparycja wzbudza zachwyt otoczenia to warto odpowiedzieć sobie na pytanie czy w życiu liczy się już tylko podążanie za modą i dbanie o nieskazitelny wygląd?

Dobrze byłoby znaleźć jakiś balans pomiędzy morderczą walką o bycie perfekcyjnym, a rozsądnym i dostosowanym do możliwości dążeniem do lepszej formy. Jeśli dojdziemy do wniosku, że nasz organizm potrzebuje ruchu i zmiany sposobu odżywiania poszukajmy najlepszych dla nas rozwiązań. Być może będzie to właśnie zapisanie się do klubu fitness i znalezienie trenera personalnego. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy sami dla siebie najlepszą motywacją, a moda i trendy kiedyś przeminą.

Zdjęcia: www.pixabay.com

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Mydło dziegciowe brzozowe – hit kosmetyczny.

Dobrego mydła w kostce poszukiwałam już od dawna. Postanowiłam rzucić w kąt wszystkie chemiczne kremowe żele pod prysznic, które zamiast domywać moją skórę zostawiały na niej tłustą warstwę nie wiadomo czego. Po użyciu większości tych żeli miałam wrażenie, że jestem niedomyta…To pewnie te „cudowne substancje nawilżające” , które z powodzeniem zastępują balsam. Kiedyś zachwycałam się takimi żelami bo po wyjściu spod prysznica faktycznie skóry nie trzeba było balsamować, ale z wiekiem pojawiają się różne „dziwactwa” 😉 i zamarzyło mi się naturalne mydło w kostce. Wybór na sklepowych półkach jest naprawdę spory. Począwszy od mydła za 70 groszy, które najlepiej sprawdzi się do mycia rąk, aż po ekskluzywne naturalne mydełka, których ceny przyprawiają o zawrót głowy.

Z radą przyszła mi dobra duszyczka, która poleciła mydło dziegciowe z brzozy. W Jej przypadku mydło to, jako jedyne poradziło sobie z ukojeniem skóry dotkniętej pokrzywką alergiczną.

 

Czym jest dziegieć brzozowy?

Jest to oleisty płyn, o ciemnym kolorze i charakterystycznym zapachu palonego drewna. Dziegieć jest produktem naturalnym, a uzyskuje się go poprzez suchą destylację kory brzozowej. Nie każdy toleruje jego specyficzny zapach, dla jednych będzie nie do wytrzymania, inni ( w tym ja ) będą się nim zachwycać.

Ma on przede wszystkim właściwości przeciwzapalne, przeciwświądowe , dzięki czemu jest z powodzeniem wykorzystywany do produkcji naturalnych kosmetyków. Natomiast w lecznictwie ma zastosowanie do produkcji maści. Z powodzeniem używany może być przez osoby o cerze trądzikowej, ponieważ reguluje pracę gruczołów łojowych, ma działanie ściągające i oczyszczające.

Pozytywne opinie zachęciły mnie do zakupu. W sklepach stacjonarnych nie spotkałam się jednak z wyrobami kosmetycznymi z dziegiecia. Dlatego też zdecydowałam się na zamówienie specyfików przez Internet. Po kilku dniach oczekiwania dotarła przesyłka z mydłami. Zamówiłam trzy sztuki, ale wiem już, że na tych trzech sztukach się nie skończy, zakup okazał się bowiem strzałem w dziesiątkę.

Mydło jest ciemnobrązowe, dobrze się pieni (choć na pewno nie tak obficie jak te bardziej naszprycowane) i ma charakterystyczny zapach palonego drzewa, który ja osobiście uwielbiam. Używam go do mycia całego ciała i twarzy. Jestem w  szoku jak dobrze oczyszcza ciało nie zostawiając tłustej warstewki. Odkąd myję nim twarz moja cera nie jest pozapychana i nie mam problemów ze strefą T.

 

Na rynku  dostępnych jest kilka produktów z dziegieciem brzozowym, oprócz wspomnianego mydła w kostce są to: balsamy, szampony, maści. Być może kiedyś ich wypróbuję bo mydło jest naprawdę trafionym zakupem i jak na razie widzę same plusy jego stosowania.

Niestety istnieją przeciwwskazania do stosowania kosmetyków których bazą jest właśnie dziegieć brzozowy. Są to: ciąża, otwarte rany, ropnie i egzemy. Natomiast po zastosowaniu balsamów z tym specyfikiem powinno się unikać słońca.

Podsumowując moja przygoda z kosmetycznymi produktami brzozowymi dopiero się zaczyna. Jest to pewnego rodzaju powrót do korzeni. Pasuje mi też prosty skład tego mydła i świadomość, że nie zawiera sztucznych barwników i dodatków zapachowych.

 

Fotografie własne.