Rodzic na placu zabaw

Na placach zabaw moja córka mogłaby spędzać czas godzinami. Pełnią szczęścia jest dogadanie się z rówieśnikami i szaleństwo gwarantowane. Zaciągnięcie Jej potem do domu graniczy z cudem, a każde moje: „Idziemy ” pozostaje bez odzewu 😉  Ok, było się kiedyś dzieckiem – rozumiem Ją doskonale.  Mamy to szczęście, że  mieszkamy rzut beretem od okazałego placu zabaw, niedawno wyremontowanego, na który przyjeżdżają często rodziny z dziećmi z różnych części miasta. Dodatkowo Mała ma spore szanse żeby spotkać tam koleżanki i kolegów z przedszkola. Żyć nie umierać.

 

 

Kiedy córka była młodsza nie było szans żebym swobodnie rozgościła się na jednej z wielu ławek usytuowanych wokół placu. Łaziłam za Nią krok w krok: podsadzałam, huśtałam, podnosiłam, ściągałam, asekurowałam itp. Z czasem zaczęło się to zmieniać, Młoda jest już na tyle duża, że z większością atrakcji daje sobie radę sama, ale są jeszcze sytuacje, kiedy potrzebuje mojej pomocy. Ok. Od tego jestem, nie marudzę. Jeśli już jednak siedzę na tej ławce to logiczne dla mnie jest, że większość czasu zajmuje mi PATRZENIE NA TO CO ROBI MOJE DZIECKO… Bo pomimo samodzielności, której ciągle córka się uczy, jest jeszcze dzieckiem, a jak wiadomo dziecku mogą wpaść do głowy pomysły, których realizacja może skończyć się tragicznie. Nie jestem matką panikarą, tylko matką realistką. Nie raz i nie dwa widziałam dzieciaki biegające samopas z gilem do pasa, wielkim guzem na czole i przerażeniem na twarzy bo rodzice nagle rozpłynęli się w powietrzu…! Potem okazuje się, że siedzą oni sobie oddaleni spory kawałek od placu zabaw, rechoczą ze znajomymi, nierzadko popijając „tylko” piwo…Jakieś pytania? Dla mnie niepojęte. Choć pewnie dla niektórych nie ma w tym nic złego…W końcu każdy wychowuje swoje dzieci jak chce, poświęca im tyle czasu ile uważa za stosowne, ale prezentowanie takiego rodzicielstwa w miejscach publicznych jest słabe.

Rozumiem, że można się umówić ze znajomymi żeby dzieci pobawiły się razem, ale niektóre rodziny idą na plac zabaw z myślą o spotkaniu towarzyskim. Kompletnie olewają dzieci, które widząc, że rodzice nie interesują się ich poczynaniami – są niegrzeczne i np. sypią piachem w inne dzieci. Pozostaje to bez komentarza mamy i taty więc idą jeszcze dalej: plują, przeklinają i popychają rówieśników. Przykład idzie z góry. Patologia goni patologię. Daleko mi do świętości, zdarza się, że spojrzę na telefon w czasie kiedy jestem z córką na placu zabaw, ale nie oznacza to, że za chwilę zacznę przeglądać fejsa , wyłączę się całkowicie i stracę  dziecko z oczu na ładnych paręnaście minut.  Kiedy widzę takich rodziców zapatrzonych w telefon w czasie kiedy ich latorośl prawie skręca sobie kark podczas zabawy, mam ochotę podjeść i zwrócić im uwagę.  To samo tyczy się rodziców pod wpływem…pomimo tego, że regulamin placów zabaw zabrania wnoszenia alkoholu i jego spożywania.

Nie ogarniam tego i nigdy chyba nie ogarnę jak można świadomie narażać własne dziecko na ryzyko. Wiadomo, że wypadki mogą zdarzyć się wszędzie. Możemy stać przy dziecku, huśtać je, a ono i tak wypadnie z tej huśtawki i złamie rękę. Wiem. Nie mam jednak usprawiedliwienia dla rodziców olewających swoje dzieci na placach zabaw, pozostawiających je samymi sobie i tłumaczącym się potem, że to dla ich dobra, żeby się usamodzielniały…Jest to nic innego jak egoizm i brak wyobraźni.

 

 

 Jakiś czas temu na placu zabaw zaczepiła mnie dziewczynka, właściwie to już nastolatka, zapłakana, z obdrapaną ręką i przerażeniem w oczach. Powiedziała, że szuka mamy, była roztrzęsiona…Podobno jej matka jeszcze parę minut temu na pobliskiej ławce  rozmawiała przez telefon. Dostrzegłyśmy Ją w końcu na drugim końcu parku. Dziewczyna rozpoznała mamę i pobiegła do niej z ulgą na twarzy. Obserwowałam z daleka sytuację. To co zobaczyłam było dla mnie szokiem. Córka chciała przytulić się do matki,  a ona ani drgnęła i dalej rozmawiała przez telefon… Nie wiem z kim rozmawiała ta kobieta, nie znam jej sytuacji, może miała ciężki dzień, ale ja nie jestem w stanie usprawiedliwić jej postepowania. Tego braku zainteresowania własnym dzieckiem i obojętności.

Dlatego idąc na plac zabaw z dzieckiem idę tam dla niego, a nie po to żeby móc sobie odpocząć od rodzicielstwa, zrelaksować się z telefonem w ręku lub napić piwa z koleżanką. Nie jest to dla mnie kwestia poświęcenia, tylko zdrowego rozsądku.

Nie klnę pod nosem kiedy kolejny raz muszę ruszyć tyłek i pokręcić  moje dziecko na karuzeli.

Nie udaję, że nie słyszę wołania o pomoc przy wchodzeniu na drabinkę.

Nie krzyczę na córkę przybiegającą do mnie z płaczem bo jakieś dziecko obsypało jej głowę piachem.

Ja to po prostu widzę to wszystko i reaguję. I choćbym miała setny raz wstać i ruszyć do latorośli z pomocą – ruszę tyłek z ławki i zrobię to.

 

Zdjęcia: www.pixabay.com

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.