1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

„Dzień świra”

Zastanawiam się ilu takich Adasiów Miauczyńskich mijam codziennie pokonując drogę. Do przedszkola. Z przedszkola. Do sklepu. Do lekarza. Na spacer. Ponuraków. Pod krawatem. Z torbą (jakby to nie brzmiało). Neseserkiem. Z psem. Wieczny foch maluje się na ich gębie. Pewnie mijałam też potencjalne Panie Miauczyńskie, których twarz zdradzała niezadowolenie. Które uwierało życie. A gdybym tak wzięła lusterko i zaczęła przyglądać się sobie? Ciekawe jaką gębę bym zobaczyła? Skoro tak piałam w poprzednich wpisach, że złapałam bakcyla optymizmu. Wczoraj po raz pierwszy od czasu zaszczepienia w sobie pozytywnego myślenia proza życia zagrała mi na nosie. I szłam z tą ponurawą gębą poddana jakimś zmartwieniom, które się dla mnie końcem świata wydawać zaczęły… Ocknęłam się na szczęście, w porę, po jednym dniu, któremu przewodziła myśl: ,,Dżizus, kurwa ja, pierdolę”.


Widząc człowieka mamy odruch oceniania go przez pryzmat wyglądu. Choćbyśmy nie wiem jak się zarzekali tak właśnie jest, w mniejszym lub większym stopniu. Tak zwane pierwsze wrażenie. Uczepię się więc tego potencjalnego Miauczyńskiego, którego twarz wyraża tylko niezadowolenie, choć w myślach ileś tam razy osiągnął wszystko. Na co dzień umartwia się każdą najdrobniejszą sprawą na którą nie miał, nie ma i nigdy nie będzie miał najmniejszego wpływu. Uwiera go polityka, religia, relacje międzyludzkie, praca, finanse, ojcostwo, dosłownie wszystko. Najlepiej czuje się w swoich czterech ścianach, choć i tam Jego demony odzywają się. Garściami łyka suplementy i leki. Oto On – Polak, jakich wielu. Nieszczęśnik, który żyje w czasach, których nie rozumie. Postać fikcyjna z którą utożsamiają się po cichu miliony Polaków. Postać wykreowana na potrzeby filmu (rok 2002). Mamy już 2017, wydawać by się mogło, że tyle się zmieniło, ale guzik prawda bo Adaś Miauczyński funkcjonuje od 15 lat w świadomości wielu z nas. Głośno tupiemy nogami i wypieramy z głowy fakty – Adaś Miauczyński jakby wciąż żywy, mijamy go codziennie na ulicy, w sklepie, w pracy, a czasami budzi się także w Tobie…. Oglądając ,,Dzień świra” nie wiem czy mam się głośno śmiać czy strzelić siarczyste przekleństwo i gorzko zapłakać.


Bo ja Moi Drodzy chcę się rękoma i nogami bronić przed takim odbieraniem naszej rzeczywistości. Jakiej? Szarej, brzydkiej, w której sąsiad sąsiadowi wilkiem, w której po studiach nie ma pracy, w której najniższa średnia krajowa nie pozwala Ci na godne życie, a Ty jesteś tylko marionetką w rękach władzy. Rzeczywistości w której brak Ci siły na spięcie pośladów bo dogania Cię depresja i nerwica, a upadek człowieka jest tylko kwestią czasu.  Nie dajmy się temu.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Jesteś inny – masz przerąbane

Rok 1999, ósma klasa podstawówki. Jestem tzw. ,,przeciętniakiem”. Niczym specjalnym nie wyróżniam się od zwykłych uczniów. Nie należę do żadnej elity klasowej, szkolnej, noszę jedne jeansy, zwykłe szare bluzy i podróby butów VANS. Oscyluję między ocenami 3-4, poza matematyką z której jestem zagrożona i plastyką – jedyną oceną celującą od czasów klasy 1-3. Jest kilka dziewczyn z którymi rozmawiam i przy których mogę powiedzmy sobie ,,być prawie sobą”, śmiać się, żartować. Są też pupilki kadry pedagogicznej, które z urzędu mają zapewnione dobre oceny bo stanowią klasową elitę najbardziej popularnych w szkole dziewcząt. Podlizywanie się nauczycielom weszło im mocno w krew, a spośród nich wyłania się zawsze trójkę do samorządu klasowego. Nasza wychowawczyni pieje z zachwytu nad popularnymi, przebojowymi i najbardziej lubianymi dziewczynami. Niestety są też osoby które uważa się za kompletnie niewpasowujące się w klimat klasy. Jestem jedną z nich. Dlaczego? Bo w oczach wychowawczyni jestem nieukiem i leniem, nie kumpluję się z elitą i ogólnie dziwak ze mnie. Podstawówkę pod kątem nauki zawaliłam. Ktoś mógłby powiedzieć, że sama jestem sobie winna skoro nie pałałam zbytnią chęcią do nauki i raczej nie wyrywałam się do tablicy. To nie do końca prawda. Próbowałam. Korepetycje z matmy dały wykaraskanie się na ocenę dostateczną. A kiedy już udało mi się otrzymać dobrą ocenę cała moja radość gasła bo chwilę później ktoś totalnie nieprzygotowany, wywołany do odpowiedzi, dzięki sporej pomocy nauczycielki dostawał ocenę bardzo dobrą. Dlaczego? Bo był pupilkiem. Wkurwiała mnie taka niesprawiedliwość, motywacja leżała i kwiczała, a ja łapałam raz pałę, a raz czwórkę. Taka sinusoida ocen towarzyszyła mi przez klasy 4-8.Byłam jednym z wielu takich egzemplarzy. Przeciętniacy, bezbarwni, niby są, ale jakby ich nie było. Gorzej traktowani przez nauczycieli, starający się podwójnie, ale z marnym skutkiem, nie wnoszący nic ciekawego do życia klasowego. Funkcjonowałam sobie w tej klasie, którą kreowali uczniowie wybrani przez wychowawczynię. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Nie chciałam być protoplastą pupilków.


W liceum rozwinęłam skrzydła zarówno pod względem naukowym jak i towarzyskim. Fantastyczni ludzie, życiowi i sprawiedliwi nauczyciele. Nie musiałam starać się podwójnie. Dawałam sobie radę z każdym przedmiotem. Klasa była zgrana, pełna różnych osobowości, ale zawsze stałyśmy za sobą murem. Kompletny kontrast w stosunku do podstawówki. Wychowawca wierzył w nasze możliwości, wspierał i motywował, każdego, bez wyjątku…Nie było pupilek. Czyli jednak istnieje normalność. Nie było wyśmiewania, segregowania na gorszych i lepszych i tego całego pieprzonego lizusostwa. Nie miałam poczucia tego, że jestem jakaś inna, dziwna bo nie lubię być na świeczniku, mizdrzyć się i udawać – byłam sobą i zostało to naturalnie odebrane, zaakceptowane.


To co teraz dzieje się w szkołach przeraża mnie…Chowają się przy tym moje przeżycia z podstawówki. Nie śmiem nawet porównywać tamtych doświadczeń z tym co aktualnie spotyka coraz większe grono dzieciaków.

Dziś nawet oryginalny strój i sposób mówienia mogą stać się niebezpiecznym połączeniem zagrażającym nastolatkom. Bo skoro ktoś nie bywa w towarzystwie, nie przypala fajek, nie drze ryja na nauczycielkę i w dodatku nosi homoseksualne łachy to jest największą zakałą szkoły i trzeba go zgnoić, zamęczyć, prześladować. Kadra nauczycielska i dyrekcja udają, że o niczym nie wiedzieli, że przecież to było takie spokojne i grzeczne dziecko. Dramat. Takie sytuacje mają miejsce w wielu placówkach szkolnych, a największa patologia kumulowała się w gimnazjach. Każda inność spotyka się tam z wrogością. Zamiast skupiać się na nauce – dzieciaki muszą spiąć tyłki i walczyć o przetrwanie, prawie jak w dżungli. Co rusz w mediach słyszy się o tym, że uczniowie znęcali się nad kolegą, bili go, wyłudzali pieniądze, przypalali petami… Że gimnazjalistki skopały koleżankę, ot tak dla zabawy i nakręcenia filmiku dla beki…Po kilku takich wiadomościach, które przechodzą często bez echa dostajemy obuchem w głowę – samobójstwo nastolatka gnębionego w szkole. Życie odbiera sobie młody człowiek, który nie wytrzymał. Nie mógł znieść upokorzeń, gnębienia, wyzwisk. Poruszone środowisko zaczyna szukać winny w rodzicach, z bandy wyrachowanych gówniarzy robi się zagubione owieczki, które nie mają dobrego przykładu w domu i dlatego stosują przemoc wobec innych – słabszych. Sprawa zamiatana jest pod dywan, dyrekcja swoje, psychologowie szkolni swoje, rodzice swoje, reszta młodzieży milczy, a życie toczy się dalej. Następna ofiara znajdzie się szybko.

Potencjalne ofiary zwykle są:

  • grzeczne,
  • dobrze uczące się (tzw. kujony),
  • słabsze fizycznie,
  • posiadające tylko jednego z rodziców,
  • posiadające swój własny styl, np. oryginalnie ubierające się,
  • z rodzin niezamożnych,
  • wykazujące odmienną orientację seksualną .

Moje dziecko żyje sobie jeszcze w błogiej nieświadomości, pod przedszkolnym kloszem i czujnym okiem pedagogów. Czas płynie bardzo szybko, dwa lata zlecą jak z bicza strzelił…A potem pozostaje mi bycie czujną i utrzymywanie dobrej komunikacji z córką. Żeby w razie czego móc w porę zareagować…

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Podkarpacki przysmak – PROZIAKI

Nazywają je bieszczadzkimi bułeczkami na sodzie, pochodzą z Podkarpacia, ale znane są także w innych częściach Polski. Do ich przygotowania potrzebujemy w zasadzie tylko 4 tanich składników, a sposób ich przygotowania jest banalnie prosty. PROZIAKI – bo o nich mowa, zostały wpisane na listę produktów tradycyjnych w 2006 roku. Doskonale zastępują tradycyjny chleb. Mnie najbardziej smakują na ciepło, posmarowane samym masłem.


PROZIAKI:

Składniki:

500 g mąki

jajo

kefir lub kwaśna śmietana

2 łyżeczki sody

Opcjonalnie sól do smaku

Składniki

 

Sposób przygotowania:

Na stolnicy mieszamy ze sobą wszystkie składniki, zaczynamy od wymieszania sypkich składników tj.: mąki, sody i soli, potem wbijamy jedno jajo, a następnie stopniowo dodajemy kefir cały czas zagniatając ciasto. Kiedy ciasto jest już wyrobione (powinno być dosyć kleiste/wolne) rozwałkowujemy je na stolnicy na grubość 7 – 8 mm i wycinamy koła szklanką o dowolnej średnicy, w zależności od tego jaką wielkość proziaka chcemy uzyskać.

Wyrabianie ciasta
Wykrojone kółka

 

Uformowane proziaki obsmażamy z dwóch stron na rozgrzanej patelni. Ja nie używam żadnych tłuszczów. Proziaki powinny być mocno zrumienione z obu stron. Ze względu na dodatek sody zwiększą one pod wpływem ciepła swoje rozmiary. Po obsmażeniu wykładamy świeże proziaki na talerz. Można zjadać je same lub przekroić tak jak bułkę i posmarować masłem i dodać np. wędliny lub sera. Niektórzy jedzą proziaki na słodko np. z marmoladą.  Z podanych w przepisie proporcji wyszło 14 proziaków.

Proziaczki na rozgrzanej patelni (nadgryzionej zębem czasu)
Gotowe!

 

Smacznego!

 

Fotografie własne.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Plastikowe szczęście na okładkach ekskluzywnych gazet

Wydawać by się mogło, że wraz z pojawieniem się plotkarskich portali typu: pudelek i kozaczek minął szał na kolorowe czasopisma w których możemy poczytać o życiu gwiazd. Tak jednak nie jest, a magazyny typu: Viva, Gala, Party cieszą się wciąż dużą popularnością wśród społeczeństwa. Sama kilkakrotnie zakupiłam owe pozycje i z zainteresowaniem czytałam wywiady z osobami znanymi potocznie nazywanymi gwiazdami 😉 Nie uważam tego za szczyt obciachu, wolę takie czytadło o wiele bardziej niż polityczne dyrdymały.

Ostatnio głośno zrobiło się o słynnej sesji i wywiadzie Małgorzaty i Radosława Majdan dla dwutygodnika Viva. Ta para wzbudza bardzo skrajne emocje, a sesja w dubajskiej scenerii tylko podkręciła zainteresowanie ową parą. Zarzuca się Majdanom sztuczność, przepych, epatowanie bogactwem i odrealnienie. Bo w końcu którego Kowalskiego stać na taką egzotyczną podróż ze swoją lubą w pierwszą rocznicę ślubu?! Mało którego. Dlatego też internety wykorzystując czytelników i odbiorców, których imię drugie brzmi ZAWIŚĆ zaczęły nakręcać nagonkę na Majdanów. Że to niby Małgorzata jak dubajska księżniczka wygląda, botoksem ocieka, a nogi to Jej na pewno wydłużyli, że zdjęcia wyretuszowane, że Radosław jakiś taki sztywny, jak kelner…Że wyskakują z lodówki „Te Majdany jedne”. Bo to „Azja Express” i reklamy Plusa i cholera jasna ,,Nie mów do mnie teraz”!  No i oczywiście, że ta sesja ma na celu wpędzenie biednego społeczeństwa w kompleksy i że twarz Pani Małgorzaty z okładki gazety doprowadza zrozpaczone Polki do zaciągania kredytu na botoks…

Bohaterowie sesji udzielili też wywiadu, w którym po prostu opowiadają o swoim szczęściu, w sposób dla jednych infantylny, dla drugich wzruszający. Nie robią siary tym wywiadem, są otwarci, szczerzy i prostolinijni. Mają ochotę podzielić się swoim szczęściem? Dlaczego nie? Może dla kogoś staną się inspirujący? Może dla kogoś ich słowa będą motywujące? Dwójka ludzi z przeszłością próbuje sobie układać życie na nowo, ciągle pracując nad swoim małżeństwem. Może to właśnie ta otwartość i epatowanie szczęściem za pośrednictwem mediów jest taka wkurwiająca dla społeczeństwa? Bo jak ktoś jest szczęśliwy to powinien siedzieć cicho, nie zapeszać i nie kusić losu! To są jednak osoby publiczne i siłą rzeczy ich prywatność jest ograniczona do minimum.

Wchodzę raz jeszcze na stronę internetową magazynu VIVA. Czytam: „VIVA!” to ekskluzywne wywiady, piękne sesje zdjęciowe i unikalne materiały video. Przeglądam raz jeszcze gazetę – jest ekskluzywnie, jest piękna sesja, a na stronie oficjalnej – unikalne materiały video z pobytu Małgorzaty i Radosława w Dubaju. Wszystko się zgadza. Całość wpasowuje się w ideę dwutygodnika. Więc o co do cholery chodzi? Kto tutaj widzi sprzeczność? Gdyby to był magazyn „Sens” to ja rozumiem zniesmaczenie, ale jeśli kupujemy ekskluzywny magazyn o gwiazdach to do jasnej cholerki nie spodziewajmy się tam zdjęć sołtysa Zenona robionych tosterem w Pścimiu Dolnym! (z całym szacunkiem dla wszystkich Zenków 😉 )To się rozumie samo przez się, że jeśli wkurwiają nas ludzie, którym się dobrze powodzi i zazdrościmy wszystkim dookoła, to nie kupujemy takiej gazety! Dotknie ona nas do żywego i będziemy sypać „Kurwami” pod nosem, a potem wskoczymy na fejsa i pierdykniemy komentarz na publicznym profilu Pani Majdan, że ,,jest zbotoksowaną odrealnioną starą babą, która ma zły wpływ na społeczeństwo”… Więc czego oczekiwałeś człowieku po takiej prasie? Unikaj jak ognia, chyba, że uwielbiasz się pastwić nad sobą, zarażając nienawiścią w social mediach innych podatnych „czytelników”.

Człowiek rozumny, zadowolony z życia po obejrzeniu zdjęć i przeczytaniu tego wywiadu nie będzie się wyśmiewał, nie będzie też rzucał obraźliwymi tekstami, nie będzie źle życzył i chorobliwie zazdrościł. Jeżeli mu się coś nie spodoba – skomentuje z klasą, nie będzie pisał i wygłaszał sądów o złym wpływie ,,plastikowych krezusów Majdanów” na społeczeństwo polskie. Nie będzie też siał niepotrzebnej nienawiści na podatny grunt. Jeżeli ktoś poczuje niesmak, kulturalnie zamilknie.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Czym się bawi pięciolatka? Top 5 ulubionych zabawek.

Nie rozliczam, nie rozliczałam i nigdy nie zamierzam rozliczać rodziców z tego, ile kupują zabawek swoim dzieciom i ile na nie wydają. To kwestia indywidualna, zależna nie tylko od pieniędzy, ale także od pewnego światopoglądu. Można mieć świetną sytuację finansową, ale być np. minimalistą. Priorytety w wychowaniu dzieci bywają podobne, chcemy żeby nasze dziecko wyrosło na mądrego, pewnego swojej wartości człowieka. Jednak każdy z rodziców ma swój jedyny i niepowtarzalny plan na to, jak to dziecko wychować. Jeżeli rodzic jest przeciwnikiem częstego kupowania dla swojego dziecka zbędnych według niego zabawek – to jego sprawa, może woli inwestować w rozwój dziecka w inny sposób, np.: zapisując go na różne zajęcia dodatkowe? Ilu ludzi, tyle opinii, ilu rodziców, tyle metod wychowawczych. Tyle tytułem wstępu 😉 Przechodzimy więc to rozwinięcia tytułu wpisu 🙂


Nasze subiektywne top 5 zabawek, którymi nasza pięciolatka lubi się bawić i robi to często:

  1. Pluszaki/maskotki/misie

Nie ważne czy to miś, lala szmaciana, moje pluszaki z dzieciństwa (najstarszy ma 29 lat), świeżaki, pluszowi bohaterowie kreskówek, kotek z chińskiego sklepu czy też wielki Olaf z Krainy Lodu. Wszystkie są w użyciu, choć jasną sprawą jest, że kiedy Córka zostaje obdarowana nową maskotką, częściej nosi ją do przedszkola, zasypia z nią, itp. Na czym taka zabawa pluszakami polega u tej mojej pięciolatki? 🙂 Banalnie proste. Sadza pluszowych osobników na dywaniku, układa, bawi się nimi w przedszkole, udaje, że serwuje kawę lub herbatkę do filiżanek, tuli i układa do spania, przykrywa kołderką, wozi w wózeczku. Pluszaki są też wykorzystywane przez nas do wspólnej zabawy, np. w teatrzyk. Każda z nas wybiera misie, którymi się w danej chwili bawi i ze zmienionym głosikiem udajemy jakieś postaci. Córka zasypia z miśkami, a co wieczór wybiera sobie kilka sztuk i układa w swoim łóżku. Nad ranem często zdarza się, że zbiera się z całym tym bagażem i przychodzi do naszego łóżka, kiedyś przyniosła Olafa…którego rozmiary naprawdę są spore i który to prawie zepchną Tatę z łóżka … 🙂

Cześć, jestem Olaf i trochę brakuje mi ciepła 🙂

 


2. Klocki: drewniane, LEGO i duże plastikowe.

O zaletach klocków wie chyba każdy rodzic. Budowanie z klocków to nie tylko świetna zabawa, ale także bardzo rozwijające zajęcie, pobudzające wyobraźnię, dobrze wpływające na koncentrację dziecka. W naszej skromnej kolekcji są: drewniane klocki elefun toys, klocki plastikowe -no name i klocki LEGO Duplo, które córka otrzymała na 3 urodziny. Klocki drewniane są wykorzystywane chyba najczęściej w zabawie bo najpierw jest tworzenie tzw. domu z wszystkimi pomieszczeniami, później rozmieszczanie ludzików i stworków np., z jajka niespodzianki, a na końcu sama zabawa. Klocki LEGO duplo stają się już powoli zbyt oczywiste dla naszej latorośli i myślimy o kupnie nowych, bardziej wymagających, tym razem LEGO Junior. Do łask powróciły także użytkowane w latach 2-3 klocki plastikowe, z których łatwo zrobić piętrową wierzę albo zagródkę.

Klocki drewniane elefun toys

 

Lego Duplo – sklep

 

Plastikowe klocki nadgryzione zębem czasu

3. Stikeezy. 

Te małe gumowe figurki robiły jeszcze niedawno furorę w Lidlu. Żeby otrzymać Stikeeza należało wydać minimum 50 zł. Podczas ostatniej akcji Lidl zainspirował się bajką będącą wówczas na topie: ” ,,Smerfy-poszukiwacze zaginionej wioski” i stikeezy przybrały formę bohaterów z tej oto bajki. O dziwo udało się nazbierać nam aż 9 z tych figurek i to bez żadnej powtórki. Zdecydowanie te zabaweczki nie nadają się dla małych dzieci bo mogą zostać przez nie np.: połknięte, ale dla starszych dzieciaków to fajna alternatywa dla zabawek z Kinder Niespodzianki. Swoją drogą niektóre z tych niespodzianek nie mają nic wspólnego ze słowem zabawka… Stikeezy mają przyssawki, więc można je przykleić do biurka, szyby, kubka albo … baterii łazienkowej podczas zabawy w kąpieli 😀 Pomysł latorośli 😉

Smerfy stikeezy na baterii łazienkowej 😉

 


4. Lalki.

Jeszcze do niedawna kompletnie Jej nie interesowały, a dziś z chęcią się nimi bawi: LALKI barbie. W ruch idzie szkatułka z frotkami, spinkami, bransoletkami, wisiorami i pierścionkami, wszystko ląduje na dywanie, a moja córka niczym stylistka zaciera ręce i rozpoczyna swoje upiększanie lalkowych ciałek i włosów 🙂 Jedynie lalkę syrenę ominą stylizacje bo czeka sobie na moją córkę na półce koło wanny 😉 Fascynacja lalkami dopiero się rozpoczyna i domyślam się, że jeszcze jakaś dołączy do tego składu, który córka już posiada. Ceny lalek w supermarketach są mocno zróżnicowane, choć moim zdaniem większość z tych lalek jest do siebie bardzo podobna 😉 Niekiedy można trafić na zachęcające promocje, a takowe często pojawiają się przed mikołajkami 🙂

Syrenka

 

Skromna kolekcja

 


5.  ,,Czytanie” i przeglądanie książeczek.

Od jakiegoś czasu nasza mała psotnica lubi zaszyć się w swoim pokoiku i przegląda książki. Oczywiście czytać jeszcze nie potrafi, ale wielką frajdę sprawia Jej udawanie, że czyta 🙂 Najlepiej żeby książka posiadała oprócz tekstu obrazki, wtedy lanie wody gwarantowane 🙂 Mała puszcza wodze fantazji i wymyśla tekst na podstawie obrazów. Nie daj Boże żeby któreś z nas dało się przyłapać na tym że się przysłuchuje tym przemowom 🙂 Często zabawę książeczkami łączy z zabawą misiami. Układa misie, wybiera książeczkę, zapowiada pluszakom wymyślony tytuł bajki i prosi o ciszę, a potem rozpoczyna ,,czytanie”. Czasami uda mi się usłyszeć co nieco z tych wyjątkowych opowieści i powiem Wam, że zawsze mnie to rozbraja 🙂 Na zdjęciu ulubione ostatnio lektury Córki: Obrazki dla maluchów-Strażacy, Chatka Puchatka-A.A. Milne i Gang Świeżaków 2 – gazetka z naklejkami.

Książeczki na topie

 

Wiem, że żadna zabawka nie zastąpi czasu poświęconemu dziecku, a ten wspólnie spędzony jest najważniejszy zarówno dla nas jak i naszych latorośli. Nie zapominam jednak o tym, że zabawki ( nie ogłupiające ) dają mojemu dziecku dużo frajdy i rozwijają je, a na tym rozwoju bardzo mi zależy. Poza tym, można zawsze połączyć przyjemne z pożytecznym i dołączyć do swoich dziecka/dzieci w trakcie zabawy 🙂

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Zwierzak w domu. Kiedy? Co będzie potrzebne? Koszty utrzymania?

Tuż przed czwartymi urodzinami naszej Córki, podjęliśmy decyzję o kupnie świnki morskiej. Wszystko potoczyło się szybko, zaczęliśmy od zakupów na targowisku w Będzinie : klatka, poidełko na wodę, trociny, siano i karma. Kiedy skompletowaliśmy ,,wyprawkę” brakowało tylko najważniejszego: świnki 😉 Wybór padł na długowłosego biało czarnego samca, a nadanie mu imienia przypadło Córce. I tak oto powitaliśmy w naszych skromnych progach nowego członka rodziny o imieniu Tutuś 🙂

Tutuś

Pierwsze dni Tutusia w naszym domu to był typowy okres adaptacyjny. Zwierzątko czuło się trochę nieswojo, było płochliwe i nieruchomiało kiedy podchodziło się do klatki… Jednak po kilku tygodniach oswajania było już coraz lepiej. Świniaczek dawał się głaskać, brać na ręce i jadł z ręki np. kawałek jabłka bądź marchewki. Córka poważnie (jak na te swoje niespełna 4 lata) podeszła do tematu, z rana biegała do Tutusia, po przedszkolu od razu kierowała się do pokoju w którym Tutuś ma swoją klatkę. Uczestniczyła w zmienianiu trocin, dokładała sianka, zanosiła kawałek ogórka lub pomidora. Podsumowując – wczuła się w rolę.

Potem przyszedł czas kiedy minęło pierwsze zauroczenie. Mała miała tysiące ważniejszych spraw do zrobienia i nie wykazywała zbytniego zapału podczas sprzątania śwince klatki, na szczęście pozostały chęci do zabawy z Tutusiem. Zabawy te polegały na ułożeniu go na łóżku i głaskaniu, pokazywaniu maskotek, a starałam się to nadzorować.  Podczas tych zabaw krzywda się Tutusiowi nigdy nie działa 🙂 Razem z Córą pilnujemy przycinania śwince pazurków, robię to specjalnymi dużymi cążkami – mam wprawę – wszak jako dziecko miałam dwukrotnie świnkę morską: Basię i Hipolita i królika: Tulisię  😛 Na dzień dzisiejszy wygląda to tak: staram się angażować dziecko do opieki nad świnką, ale nie oszukujmy się – od czarnej roboty (zmiana trocin, mycie klatki, obcinanie pazurów, podcinanie sierści) jestem ja 😉 Mała z kolei dokarmia, tzn. wkłada jedzonko do klatki, bierze na rączki Tutusia i głaska. Z perspektywy czasu uważam jednak, że troszkę pośpieszyliśmy się z kupnem zwierzaka dla Córki, choć nie wyobrażam sobie teraz żeby Tutusia nie było 🙂 Każde dziecko jest inne, niektóre bardzo wcześnie mają duże poczucie odpowiedzialności, inne natomiast są jeszcze na zakup zwierzaka nie do końca przygotowane i mogą zwierzę traktować jako zabawkę.

Świnki morskie, które posiadałam w dzieciństwie trzymane były w akwariach, natomiast teraz widzę zdecydowaną przewagę klatek – jako potencjalne miejsca do bytowania tych zwierzaków. Klatki są zdecydowanie wygodniejsze w czyszczeniu niż akwaria. Warto pod trociny na dnie klatki wyłożyć np. folię ochronną. Nasza klatka ma wymiary: 60×40 cm. Jest dosyć spora, kosztowała 60 zł. Do tego poidło na wodę o pojemności 320 ml – niestety nie pamiętam ceny. Jako podłoże można wykładać tradycyjne trociny drzewne lub podłoże w granulacie dla gryzoni, które jest zdecydowanie ekonomiczniejsze i lepiej absorbuje wilgoć. To tyle jeśli chodzi o sprzęt 😉 Pozostaje jeszcze kwestia wyżywienia małego stworka, który jak się okazało w praniu naprawdę sporo wcina! Podstawą w klatce jest zawsze: siano, sucha karma i woda. Siano i suche mieszanki dla gryzoni dostaniecie w sklepach zoologicznych i większych supermarketach, np. Auchan, Leclerc. Ja polecam gorąco sianko firmy Megan i karmę dla  świnek morskich z Vitapolu (ma suszone warzywa i pestki dyni-Tutusia przysmaki). Oprócz tzw. suchych pokarmów ważne jest podawanie pupilowi świeżych warzyw i owoców. W naszym przypadku są to: pomidor, ogórek zielony, sałata, marchew, korzeń i natka pietruszki, seler, koperek, jabłko, arbuz, a także świeża trawa, krwawnik, koniczyna i mlecze.

Największe koszty ponieśliśmy na początku, kiedy trzeba było kupić całe wyposażenie i świnkę, która kosztowała tyle samo co klatka…60 zł. Ceny trocin są bardzo zróżnicowane, od 2 zł w supermarkecie po 4-5 zł za jakieś specjalne ekologiczne trociny pochłaniające lepiej wilgoć i niwelujące zapachy. Paczkę trocin zwykle dzielę na pół i mam ją na dwa przebrania. Trociny zmieniam co 2-3 dni, latem raczej co drugi dzień. Opakowanie siana to koszt rzędu 2-4 zł, w naszym przypadku wystarcza ono na około 10 dni. Sucha karma wystarcza na niespełna tydzień, ta z Vitapolu kosztuje 5 zł. Na bieżąco zaopatruję się w warzywa, które kupuję z myślą zarówno o nas jak i o Tutusiu 😉 Generalnie miesięcznie koszty utrzymania i wyżywienia takiej świnki to ok. 60 zł.

Jeżeli klatka będzie utrzymywana w czystości, a trociny zmieniane często nie ma szans na jakieś nieprzyjemne zapachy 🙂 Choć prawdą jest że świnki morskie mają charakterystyczny zapach nie dla każdego przyjemny 🙂

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Domowy smalec z mięsiwem

Swojskie jedzenie to jest to co tygryski lubią najbardziej, a jeśli na dodatek ma się w pobliżu dobre dusze, które robią wyborny smalec i chętnie podzielą się przepisem to już w ogóle pełnia szczęścia 🙂 Nie każdy go lubi, jedni uważają, że jest obrzydliwy, drudzy z kolei zajadają się nim na okrągło. Pajda chleba ze swojskim smalcem i ogórek kiszony – zestaw wymarzony nie tylko dla prawdziwych mężczyzn – takich co to lubią dobrze pojeść 😀  W przeszłości przyrządzałam tylko i wyłącznie smalczyk z samej słoniny, teraz przyszedł czas na wkładkę mięsną, żeby było jeszcze bardziej sycąco i kalorycznie, ale przede wszystkim smacznie! Z podanych poniżej proporcji wyszedł mi jeden cały litrowy słoik i większa połówka drugiego litrowego.

Składniki:

1 kg słoniny

30 dkg boczku surowego wędzonego

1 laska kiełbasy podwawelskiej

1 średnia cebula

2 ząbki czosnku

sól, pieprz i papryka słodka – wedle uznania.

Mięsiwo w pełnej krasie (słonina nadal uwięziona w worku)

 

Cebulka i czosnek
Cebulka i czosnek


Sposób przygotowania:

Wyciągamy pokrytą kurzem 😉 maszynkę do mielenia mięsa. Zakładamy całe ustrojstwo pamiętając żeby wybrać sito o cienkich oczkach. Mięso kroimy na pasy/części – ułatwi to mielenie przez maszynę. Odpalamy maszynkę i mielimy. UWAGA! Trzeba się liczyć z tłustymi rękoma, a mycie maszyny po takiej pracy lepiej powierzyć…zmywarce. Po zmieleniu wyżej wymienionych składników mięsnych dusimy je na wolnym ogniu przez ok 2 do 3 godzin, w zależności od tego jaki stopień wytopienia i podsmażenia chcemy uzyskać.

Widok średnio zachęcający, ale to efekt przejściowy 🙂

 

Zaczynamy duszenie

 

Efekt po około 2 godzinach

 

Na 10 minut przed wyłączeniem kroimy drobno cebulę i wrzucamy ją do wytopionego tłuszczu z mięsem, rozgniatamy 2 ząbki czosnku i również wrzucamy do całości. Doprawiamy. Kiedy cebula jest już zeszklona, ale nie spalona (!) wyłączamy ogień. Do umytych słoików dowolnej wielkości przelewamy np. chochlą nasz smalczyk. Dobrze zakręcone słoiki ustawiamy do góry dnem na ścierce i czekamy na ostudzenie. Dobrze jest wymieszać jeszcze nie stężony smalec żeby nie było efektu opadania na dno cięższych elementów: mięsa i cebuli. Ostudzone słoiki wkładamy do lodówki. Kiedy nasz smalczyk stężeje można zacząć degustację 🙂

Lekcje krojenia cebuli pobierałam u „najlepszych” 😀
Czeka na ostudzenie 🙂

Smacznego!

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Kultowe teksty teściowych

Był już ogólny wpis o teściach opisujący skomplikowane relacje na poziomie teść – zięć, teściowa – synowa. Dziś przyszedł czas na teksty, którymi raczą nas teściowe, wszystkie oczywiście wygłaszane są w „dobrej wierze”…;) No to zaczynamy:

  1. Dziecko! Źle kroisz tę cebulę, miało być inaczej, drobniejsza kosteczka…Aha, w domu pewnie inaczej Cię mama uczyła, no popatrz, co dom, co region to inne zwyczaje…;) Hehehe…jakie to zabawne, no przecież co o gotowaniu, krojeniu, pieczeniu, przyrządzaniu jedzenia może wiedzieć młoda dziewczyna? Nic nie wie, to ja ją nauczę – logika teściówek. Może warto byłoby zamiast narzucania swojego zdania i rygoru w kuchni zaproponować pomoc, nie pouczać i doceniać to, że synowa w ogóle podejmuje próby gotowania. W dzisiejszych czasach coraz więcej babeczek po prostu ma w nosie gotowanie, nie chce się im, nie potrafią lub po prostu nie muszą! Wolny wybór, a jeśli druga połówka to akceptuje to ich sprawa. Mnie dotykały do żywego takie teksty, nie byłam co prawda orłem kulinarnym, ale miałam wiele zapału w kuchni, mogłabym nawet przystać na porady i wsparcie, ale te rozkazy i krytyka wytrącały mnie mocno z równowagi.
  2. Kiedy dzieci? Moja droga, do młodych już nie należysz, ja w Twoim wieku to już dwójkę miałam. Mój syn byłby takim dobrym ojcem, a ja już się nie mogę doczekać kiedy zostanę babcią… Rzygam tęczą…Jest coś takiego jak takt i niestety nie każdy go posiada, a już na pewno nie posiadają go świergoczące przyszłe babcie chcące pochwalić się wnuczką lub wnukiem. To czy para/małżeństwo chce zostać rodzicami jest tylko i wyłącznie ich sprawą. Rodzice czy to jednej ze stron , czy też drugiej, ciotki klotki i piąte wody po kisielu nie mają prawa w chamski i bezczelny sposób dopytywać i wiercić dziury w brzuchu. Dlaczego? Jest to indywidualna i delikatna sprawa dwojga ludzi, którzy dzielą ze sobą życie.
  3. Mój syn tak ciężko pracuje, a Ty siedzisz w domu i nic nie robisz, poszłabyś do jakiejś pracy – młoda jesteś…Ja się zajmę dzieckiem/dziećmi, przecież tak mnie kochają i lubią ze mną spędzać czas. Obstawiam, że wiele z Was usłyszało taki tekst, który mimo, że wypowiedziany w dobrej wierze (chyba…) jest jak pocisk, wyjeżdża nam na ambicje, czujemy się małe, czujemy się jak pasożyty społeczne, jak huby, które nic nie robią, tylko siedzą i pierdzą w stołek. W rzeczywistości – zajmujemy się dziećmi, ogarniamy dom, sprzątamy, gotujemy, prasujemy, pierzemy, odkurzamy…To jest to nic nierobienie…Mamy co prawda swoje marzenia, plany, zamiary, mogłybyśmy nawet zostawić pod opieką swoje latorośle tej babci tak bardzo kochającej swoje wnuki, ale…. Skoro teściowa ma nas za lenia i raczej nie okazuje nam cieplejszych uczuć, szacunkiem zbytnim też nas nie darzy to aż strach pomyśleć jak może wyrażać się o nas przy dzieciach, które zostawimy jej pod opieką… „Leniwa mamusia”, „Babcia kocha bardziej od mamusi”, „Bez mamusi dajemy sobie świetnie radę” – takie teksty niestety padają częściej niż sobie można to wyobrazić, padają z ust babć, odbiorcami są dzieci…
  4. Nie jedziecie na urlop na wieś do cioci Grażynki? Jak to? Wybraliście zagraniczną wycieczkę? Pewnie była droga! Egipt?! Że co?! Tam przecież tyle złego się dzieje! (a po cichu: Pewnie to Ona Go namówiła, trwoni Jego pieniądze, bezczelne dziewuszysko!) Zaglądanie do portfela ludziom: rodzinie, znajomym czy nawet obcym to szczyt obciachu. Teściówka jednak czuwa nad finansami latorośli i planuje Wam wakacje. Współczuje, ja wolę spędzać wakacje w mieście niż czuć się zobowiązana i co rusz słyszeć wypominanie. Gorszy może być tylko fakt, że Twój luby siedzi u swojej mamy w kieszeni…Jeśli jednak tak nie jest, macie swoje pieniądze, jesteście niezależni, a teściowa planuje Wam urlop – dajcie Jej wyraźnie do zrozumienia żeby odpuściła, a jeśli to wyraźne danie do zrozumienia nie zadziała – wpuszczajcie Jej marudzenie jednym uchem, a drugim wypuszczajcie. Niech sama jedzie do cioci Grażynki 😉
  5. Agnieszko, mogłabyś mi podać cukru? Upsss, przepraszam Cię Joasiu, ale mój syn był tak długo z Agniesią, a teraz trudno mi się przyzwyczaić, że już się z Nią nie spotyka. To była taka dobra i piękna dziewczyna, blondynka, zupełne Twoje przeciwieństwo, wiesz…? No i zaczyna się karuzela z opowieściami o byłej ukochanej naszego partnera. Jeśli posiadasz mocne nerwy, przetrzymasz ten potok wzruszających wspomnień, ale zapewne kiedy zostaniesz już sam na sam z lubym – pożyczysz go sobie. Bo teściówka wie kiedy „niechcący” może się „pomylić” i na pewno nie zrobi tego wtedy kiedy będziecie we dwoje 🙂 Wyczeka sobie moment sam na sam i uderzy. Swoją drogą można byłoby śpiewająco odpowiedzieć: „Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka” 🙂

Tych tekściorów można byłoby wyciągać z kieszeni garściami, ale wyłoniłam top 5. Z góry przepraszam wszystkie porządne i normalne teściowe – ten post nie jest o Was tylko o tych jędzowatych teścióweczkach 😉

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Spróbuj być optymistą-krótki wpis ku pokrzepieniu serc

Zdrowie i miłość, dwie najważniejsze wartości w życiu człowieka. Mam i ja. Choć nic nie dane na zawsze, dlatego próbuję cieszyć się nimi póki są. Wypieram z głowy pesymistyczne myśli, a w ich miejsce wplatam optymistyczne nastawienie. Widzę efekty, coraz częściej czuję pełnie szczęścia, pomimo różnych przeciwności, spraw niezałatwionych, nie do przeskoczenia problemów, piętrzących się. Nie mogę i nie chcę dać się zwariować. Marudzenie przychodziło mi od zawsze z łatwością, nie byłam zadowolona z tego jak żyję i jak żyją ludzie wokół mnie. W końcu zaczęło mnie to męczyć i powiedziałam STOP. Zabrałam się za siebie, wzięłam się za mordę kolokwialnie mówiąc. I wcale nie chodzi o to żeby nagle ze skrajności popaść w skrajność i być niepoprawną optymistką. Tak się po prostu nie da, nie oszukuję się i wiem, że jeszcze nie raz i nie dwa zdarzy mi się ponarzekać (taki babski nawyk), ale nie chcę w kółko biadolić i widzieć przyszłości w czarnych barwach.

Gdybyśmy mogli obcować tylko i wyłącznie z optymistami świat byłby nudny, dla równowagi mamy pesymistów i tych pośrodku. Lubię spotykać ludzi wesołych, zarażających pozytywnym nastawieniem do życia. Żal mi tych wystudiowanych aktorów grających rolę wiecznie wesołego człowieka, ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy i doskonale maskujących siebie i swoje życiowe frustracje. Z dwojga złego wolę już prawdziwych ponuraków, na twarzach których uśmiech pojawia się od święta, ale przynajmniej jest szczery… Podziwiam ludzi, którzy pomimo przeciwności losu żyją pełnią życia i nie tracą pogody ducha. Tacy ludzie mogą być świetną inspiracją, a ich postawa życiowa może być pobudką dla wiecznych narzekaczy 😉

Wykrzesać z siebie pozytywną energię i szczery uśmiech to nie jest prosta sprawa, zwłaszcza jeśli dotychczas pożywką dla nas i naszego samopoczucia były wszystkie problemy świata. Spróbowałam – DA SIĘ 🙂 Ameryki nie odkryłam, ale jest mi w takim stanie o wiele lepiej. Warto cieszyć się z każdej drobnostki i doceniać otaczające nas pozytywy, szukać bez spiny rozwiązań problemów, albo po prostu poczekać aż rozwiążą się one same 😉 Bywa i tak 🙂

Samopoczucie fizyczne i psychiczne zawsze idą ze sobą w parze. Nerwica i depresja zacierają rączki jeśli człowiek jest słaby, zmęczony, nastawiony na NIE. Odpuśćmy więc sobie, przestańmy się karmić problemami, nie żyjmy nimi. Dookoła nas są ciekawsze rzeczy z których możemy się cieszyć w sposób niewymuszony, lekki i przyjemny 🙂 A jeśli obok Ciebie są ludzie którzy ciągną Cię w dół – grzecznie podziękuj im za towarzystwo, chyba, że masz w sobie na tyle zapału żeby spróbować ich pociągnąć za sobą, pokrzepić i zarazić pozytywnym nastawieniem do życia. Może Ci się uda?

Osobiście miewam dni kiedy mam ochotę szczerzyć zęby do każdego, roznosi mnie energia i chciałabym żeby wszyscy ludzie to odczuli 😀 Serio, bez wspomagaczy żeby nie było. Fajnie jest być wesołym człowiekiem, nawet jeśli ludzie odbierają Cię jako oderwanego od rzeczywistości krejzola 😉 Na koniec wisienka na torcie:

 

„Optymiści i pesymiści żyją tak samo długo lecz optymiści weselej”

Władysław Bartoszewski

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Ulubione danie – Pierogi ruskie

Pierogi ruskie mają swoje liczne grono miłośników. Proste i łatwo dostępne składniki, tylko to lepienie… O ile farsz jest w stanie zrobić każdy , tak w przypadku lepienia nie każdemu starcza precyzji i cierpliwości. Moja mama przyznała, że metodą prób i błędów dochodzi się do perfekcji w wyrabianiu odpowiedniej konsystencji ciasta. Nie może być ani zbyt lepkie, ani zbite, trzeba to po prostu wyczuć. Ok. Tylko, że ja do cierpliwych nie należę więc lepienie pierogów to dla mnie ciernista i wyboista droga. Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem cała procedura wyrabiania ciasta i lepienia pierogów będzie wychodziła mi lepiej, wszak moja córka jako ulubione danie wymienia bez zastanowienia PIEROŻKI…:) Posiłkując się przepisem rodzicielki postanowiłam zrobić dziś pierogi ruskie. Wszystkie potrzebne składniki w domu posiadałam więc zabrałam się do dzieła.

Składniki:

Farsz:

Kilka sztuk ziemniaków – zależy ile chcecie robić pierogów, mi wyszło ok. 50 sztuk pierogów z 8 różnej wielkości ziemniaków

Ser biały – półtłusty lub tłusty

1 cebula

sól

pieprz

Ziemniaki obieramy, zalewamy wodą, solimy i gotujemy do miękkości. Cebulę drobno siekamy i dusimy (używam tłuszczu roślinnego Rama). Po ugotowaniu ziemniaki odcedzamy i ugniatamy lub przeciskamy przez praskę. Kiedy ostygną dodajemy podsmażoną cebulę i ser ugniatając wszystko razem raz jeszcze. Doprawiamy solą i pieprzem.

 

 

Ciasto:

3-4 szklanek mąki

jajo

szczypta soli

gorąca woda

Do wyrabiania ciasta potrzebna będzie: stolnica i wałek. Do wykrawania kształtów: szklanka.

Kiedy farsz jest gotowy możemy zabierać się za wyrabianie ciasta. Potrzebna będzie stolnica 😉 Na stolnicy usypujemy górkę z mąki (3-4 szklanki), w sam środek wbijamy jajko i delikatnie zaczynamy ugniatać (najlepiej do tej czynności ściągnąć pierścionki). Do zagniatanego ciasta sukcesywnie dolewamy małymi porcjami gorącej wody (ja zużyłam niecałą szklankę). Ciasto musi być elastyczne, ale nie kleiste, nie może być też zbyt twarde.

 

Z gotowego, wyrobionego ciasta odkrawamy kawałek (np.1/3 ciasta) i rozwałkowujemy go energicznie. Z dobrze rozwałkowanego ciasta wykrawamy koła dowolnej średnicy.

Następnie łyżeczkę farszu umieszczamy w środku koła i zlepiamy jego brzegi tak aby powstał nam pieróg.

 

 

Dowolną ilość pierogów wrzucamy do gotującej się wody i gotujemy do wypłynięcia + ok. 3- 5 minut.

Ugotowane pierogi podajemy np. z podsmażoną cebulką, roztopionym tłuszczem (masło, mix) lub ze skwarkami boczku.

Smacznego 🙂

Fotografie własne.