1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Muzyka obok mnie. Ulubione kawałki.

Muzyka towarzyszy większości z nas przez całe życie. Czasami te muzyczne miłości ewoluują i nasze gusta muzyczne drastycznie się zmieniają z wiekiem. Niektórzy mają swoje ulubione kapele, są wierni rock&rollowi, inni słuchają namiętnie popularnych radiowych stacji i to właśnie muzyka popularna kręci ich najbardziej. Od disco polo po muzykę klasyczną. Wszystko dozwolone, wszak ilu ludzi na tej planecie tyle gustów muzycznych. Na wstępie, pragnę oznajmić, że odkąd świadomość muzyczna mi się włączyła, moją ulubioną piosenką był, jest i będzie utwór ,,With or without you” z repertuaru U2. Od pierwszego do ostatniego dźwięku jestem zakorzeniona w tej pieśni. Będąc fanką tegoż zespołu, w ciemno biorę większość kawałków tej kapeli. W związku z tym, generalnie polecam zapoznanie się z twórczością U2.

Wspominając swoje dzieciństwo i wczesną młodość niespecjalnie koncentrowałam się na celebrowaniu muzyki i odkrywaniu w niej czegoś głębszego. Wiadomo – jak każda dziewczyna w moim wieku czytałam ,,Bravo” i ,,Popcorn” i wzdychałam do Briana z Backstreet Boys, a ,,Wannabe” Spice Girls nuciłam w kółko. Oczywiście z mega profesjonalnym odwzorowaniem tekstu: ,,If ju łonna bi maj lawer”… 😀 Kompletny odjazd. W międzyczasie mój rodziciel namiętnie wałkował na magnetofonie hity Anastazji P i Michaiła Burano (posłuchajcie ,,Całe niebo w ogniu” -mistrzostwo świata!). Takie tam – relikty 😉 Na topie były też piosenki Tadeusza Nalepy, Led Zeepelin i hit hitów: ,,Kareta złota”… 😀 Troszkę dobrej muzy zapodawała mi siostra, która częstowała mnie, np.: Alicją Majewską, pierwszą kasetą Kasi Kowalskiej (,,Gemini”), Krzysztofem Krawczykiem.

Na dyskotekach w podstawówce, namiętnie maglowany był kawałek Nirvany: Smells Like Teen Spirit. Działał ten numer na nas, oj działał.W zapryszczałych i zawstydzonych uczniach klasy ósmej, budził się duch waryjota, puste dotychczas centrum parkietu na sali gimnastycznej zapełniało się naszymi spragnionymi szaleństwa istotami. Śpiewaliśmy tekst, podskakiwaliśmy, łapy szły do góry i cały kawałek na pełnych obrotach. Tak po kilka razy, aż wreszcie Pani wicedyrektor zaświeciła ostatecznie światło w sali gimnastycznej. To jedna z tych piosenek, która ma dla mnie wartość sentymentalną.

W liceum byłam dziewczyną słuchającą głównie tego, co było aktualnie na topie. Nie miałam chęci i natchnienia na jakiekolwiek poszukiwania swoich muzycznych gustów. Z resztą do dnia dzisiejszego nie potrafię określić się jasno, jaki gatunek muzyki jest moim ulubionym. Po prostu jeśli coś mnie urzeknie, to nie ma znaczenia czy jest to pop, rock, folk czy też disco…. Zapisuję sobie ten kawałek w mojej pamięci (która zresztą ostatnio szwankuje) i wracam do niego.

Okres wakacyjny – po liceum, przed rozpoczęciem studiów. Dżem Proszę Państwa. ,,Sen o Victorii” wałkowany przy pierwszej miłości.

Na studiach przeżywałam różne mniejsze lub większe miłostki i to stan ducha (niekoniecznie dobry) dyktował mi to, czego na tamtą chwilę słuchałam. Przeważnie słuchałam smętów. Bo z reguły faceci dostarczali mi tylu skrajnych emocji, że od melancholii wpadałam w dziką radość. Stany jednak różniące się od siebie 😉 Dorobiłam się nawet mp3, o skromnej pojemności, na której nagrywałam ukochane numery. Do dziś mam tą listę. Kilka piosenek z niej pozostaje nadal moimi ukochanymi. Top 12 z moich czasów studenckich:

  1. MYSLOVITZChciałbym umrzeć z miłości. Klasyk. To jest jedna z najpiękniejszych polskich piosenek o miłości. Namiętnie słuchana, kojarzy mi się również z moim ówczesnym…ulubionym serialem…:D ,,Magda M”.
  2. KASIA KOWALSKA – Oto ja. Hit z pierwszego albumu Kasi, pt: ,,Gemini”, o którym wspominałam wyżej. Jedna z bardziej lubianych przez moją siostrę wokalistek. Piosenka z którą utożsamia się niejedna zraniona kobieta.
  3. KASIA STANKIEWICZMarzec. Do dnia dzisiejszego nie do końca rozumiem co podmiot liryczny miał na myśli. Niby depresyjnie, niby o nadziei, niby myśli samobójcze. Ale podobało mi się to. Lubiłam się tym katować w chwilach na tamten czas dla mnie trudnych.
  4. PATRYCJA MARKOWSKADeszcz. To dla mnie do dnia dzisiejszego piosenka związana z najbardziej tajemniczą postacią, która przewinęła się przez moje życie. Był czas kiedy pierwsze takty tej piosenki wywoływały u mnie smutek. Fajna nuta, ładny teledysk, niby kawałek jakich wiele, ale nie dla mnie.
  5. IRA – ,,Wiara” i ,,Nadzieja”. Te dwie piosenki to moc przesłań z zakresu pokrzepiającego każdą żyjącą istotę 🙂 To moje dwie ulubione piosenki zespołu IRA i jedne z najlepiej podnoszących na duchu. Wtedy (studia) i teraz (rozkoszna proza życia).
  6. BRIAN FERRYSlave to love. Któż z nas nie oglądał filmu: ,,9 i 1/2 tygodnia” ? 😉 Tam właśnie ta pieśń została ładnie wklejona w scenę dwójki głównych bohaterów. Nie wiem dokładnie czy to stamtąd ją znam, czy może to moje namiętne studenckie słuchanie radia: Złote przeboje zaowocowało miłością do tej piosenki…Ale wiem jedno, to jest bardzo romantyczny numer i nadaje się z pewnością na jesienne wieczory … we dwoje 🙂
  7. The EscapistThe Streets. Końcówka studiów i fantastyczny czas przyjaźni z wyjątkową dziewczyną, która zaraziła mnie pozytywnym myśleniem i zachęciła do podjęcia zawodowych wyzwań. Ta piosenka to takie pierdolnięcie w kąt szpileczek i garsonki i założenie mega wygodnych trampek w kwiatki i dreptanie po swoje. Z uśmiechem na ustach i mega pozytywną emocją na facjacie (Kocham to słowo <3 ).
  8. Shawn Mullins Lullaby . Nie wiem, czy ktokolwiek to kojarzy. Raczej nie grane w naszych rozgłośniach radiowych. Pop. Nastolatka w teledysku, trochę popija, jakieś imprezy w tle. Ale ja, coś tam dostrzegłam. Coś dla mnie interesującego i … w rezultacie wylądowała u mnie w mp3. 🙂
  9. SadeBy your side. Dla mnie Sade to czarodziejka idealnego klimatu. Idelane nuty do namiętnego seksu, pierwszej kolacji, pierwszego tańca, smutnych rozstań i gorących powrotów.
  10. Mazzy StarFlowers in December. Wokalistka przenosi mnie kompletnie do innego świata, to tak jak drink z dużą ilością whisky. Dla niektórych ta piosenka to smęty nad smętami, ale ja mam ciary za każdym razem jak słucham tej piosenki.
  11. Mark AnthonyYou sang to me. Kiedy dziewczyna bardzo chce wierzyć, że jest dla faceta tą jedyną, po którą na pewno zjawi się pewnego pięknego dnia. 😀 Z cyklu pojechane…
  12. Celeste PrinceWherever you are. Oglądałam nieświadomie i świadomie ,,Słodki listopad”. To świadomie chyba boli do dziś. Piosenka piękna. Tekst banał, nie dla twardzieli, dla wrażliwców zdecydowanie.

Po trzydziestce, zamiast spokornieć (na zewnątrz na pewno spokorniałam) zachłysnęłam się rockową muzyką. Brałam garściami od mojego lubego, który jest fanem Metallicy, który pieścił mnie Pink Floydami, zapodawał AC/DC ( You shook me all night long – dzwonek na telefon, personalizowany -tylko dla mnie 😉 ). Trochę mój Rodziciel w dzieciństwie przybliżał klimaciki dobrych starych rockowych brzmień, ale ja dopiero teraz sobie wkleiłam niektóre z nich. I tak oto gustuję w :

  1. Led Zeppelin: ,,Stairway to heaven” (5:57 – odjazd), ,,Whole lotta love”.
  2. Pink Floyd: ,,Wish you were here”, ,,Shine on you crazy diamond”.
  3. Scorpions: ,,Wind of change”.
  4. The Doors: ,,Light my fire”, ,,Break on trought”.
  5. Jimi Hendrix: ,,Little wings”.

Odkrywam także w sobie zamiłowanie do twórczości nieżyjącego już Grzegorza Ciechowskiego, którego : ,,Powoli spadam” jest dla mojej duszy niczym orkan Jerzy i Grzegorz razem wzięci 🙂 Chórki w tej piosence robi Kayah. Cały klimat piosenki, nastrój, słowa. Achy i ochy! Pub ,,Kuźnia” ,Rzeszów – pierwsze zasłyszenie – pierwsze zakochanie w tej piosence.

Pozostając w klimacie Jerzego , Jurka 😉 – Bardzo lubię wracać do Kulturki ,,Piosenka dla Jurka”. Imię wymarzone dla dziecia o płci męskiej z czasów bez Lubego.

Z polskich perełeczek miłuję także ,,Grawitację” i ,,Sanktuarium” Justyny Steczkowskiej. Grawitacja z powodzeniem mogłaby dziś wypłynąć z radiowych rozgłośni robiąc równie wielkie wrażenie co 21 lat temu (1996 rok!). Sanktuarium to nadal modlitwa. Żeby się obudził. Ostatnio nucę także ,,Kiedy nie ma miłości” Marii Sadowskiej. Zwrotki w tej piosence chwytają mnie za serducho.

Być może, któryś z wyżej uzewnętrznionych utworów chwyci Was za serce. Tak jak mnie. Muzyka to jeden z najpiękniejszych darów.

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Rodzice kontra dziadkowie – małe wojny

Ktoś kiedyś powiedział, że rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania. Coś w tym jest, choć moim zdaniem, my rodzice także powinniśmy rozpieszczać (nie mylić z rozpuścić jak dziadowski bicz), a dziadkowie, ze swoim bagażem rodzicielskiego doświadczenia, mogą próbować przekazać naszej pociesze kilka fundamentalnych zapomnianych już wartości. Wszystko jednak w granicach zdrowego rozsądku, wszak coraz częściej nasi rodzice i teściowie zapominają się troszeczkę w tym swoim babciowaniu i dziadkowaniu, przekraczając pewne granice i wchodząc w nasze rodzicielskie kompetencje. Dlatego tak ważne jest, żeby wypracować sobie zdrowe relacje z dziadkami naszych pociech i poprosić ich, o uszanowanie naszej metody wychowawczej, nawet jeśli jest to metoda prób i błędów. Życie. My rodzice też potrafimy dać ciała i generalnie nasze rodzicielstwo nie zawsze jest usłane różami. Mamy jednak prawo nie słuchać dobrych i życzliwych rad starszych.


Warto czasem tupnąć nogą kiedy dziadkowie po raz kolejny wpakowali w naszą pociechę tonę żarcia, a my na wieczór musimy czuwać przy dziecięcym łóżku i próbować zapanować nad bólem brzuszka i mdłościami albo o zgrozo wymiotami.

W praktyce wygląda to tak (wiem, wiem – nie u każdego 😉 ) :

Pierwsze śniadanie, drugie śniadanie, słodycze, przekąska, zupka, drugie danie, podwieczorek, słodycze, deserek, odbieracie dziecię od dziadków i bach! ,,Mamo boli brzuszek”, ,,Mamo niedobrze mi”, ,,Bo babcia dała mi dokładkę obiadku”, ,,Dziadek wcisnął mi jeszcze kilka krówek”. Ach, ta bezgraniczna miłość i rozpieszczanie dziadków, okraszone wciskaniem jedzenia na umór. Też we mnie wciskali dziadkowie, oj wciskali, gdyby nie genialna przemiana materii i kilka ingerencji rodziców wyglądałabym jak księżyc w pełni 🙂 Wtedy mi to nie przeszkadzało, korzystałam do woli z gościnności i dobrego serca dziadków. Wiem, że ich intencje były czyste, ale dziś, kiedy sama jestem rodzicem rozumiem ówczesne frustracje moich rodzicieli, którzy burzyli się, że wracając od dziadków nie chcemy z siostrą nic jeść, jesteśmy przeżarte, zasłodzone masą słodyczy i boli nas brzuch. Kto by pomyślał, że jedzenie może być kością niezgody pomiędzy rodzicami a dziadkami. Cóż. Znam kilka przykładów przesadnego futrowania wnuków, które skończyły się mega nadwagą i ukróceniem kontaktów babcia-wnuki. Miłość babcina przesłoniła kobiecie zdolność trzeźwego oceniania rzeczywistości. Im więcej jedzenia ładowała we wnuki, tym bardziej spełnioną babcią się czuła.


Świeżo upieczone babcie i dziadkowie, bardzo często wejście w nową rolę traktują jak furtkę do przeżywania tzw. drugiej młodości. Nie byłoby w tym nic złego, wszak, któż z nas w wieku 50, 60 i 70 plus nie miałby ochoty poczuć się młodziej? Jest jednak bardzo cienka granica pomiędzy nowymi siłami witalnymi, które wówczas wstępują w seniora, a chorobliwymi próbami bycia mamą lub tatą dla własnych wnuków. Przejmowanie na siłę pałeczki od rodziców, próby rywalizowania o miłość dziecka, upodabnianie się w sposobie bycia do rodziców…

Jak dla mnie:

Mama to mama, babcia to babcia, tato to tato, a dziadek to dziadek…

Chyba, że mamy do czynienia z dzieckiem, które zostało sierotą, zostało porzucone albo ma patologicznych rodziców. Takie dzieciątko, posiadające dziadków, siłą rzeczy będzie ich traktować jak rodziców. Takie sytuacje rozumiem,

ale…

dziadków próbujących zająć miejsce rodziców i mieszających się w wychowywanie swoich wnuków (nie dzieci!!!), nie pojmuję kompletnie. Nie chciałabym być kiedyś na miejscu rodziców, którym przychodzi mierzyć się ze swoimi własnymi rodzicami i ścierać się w kwestiach wychowawczych swoich pociech. Najbardziej męczące jest to dla dziecka, bo taka szarpanina nic dobrego mu nie przynosi.


Czasami marudzę, że jedni dziadkowie mojej córci mieszkają kawałek drogi stąd. Że daleko, że rzadko się widujemy, że tęsknimy, że dziadkowie nie mogą uczestniczyć w codziennym życiu mojej małej…Potem jednak przychodzi refleksja. Ciekawe czy byłoby tak kolorowo kiedy mieszkalibyśmy rzut beretem od nich? Czy wtrącaliby się? Czy miałabym ich czasami dosyć? Czy może nasze stosunki nie byłyby wtedy takie dobre, jak są teraz? Może tak właśnie miało być? I dlatego teraz tak bardzo doceniam każde nasze wspólne spotkanie, a Oni tak bardzo stęsknieni oddają się swojej wnusi na sto procent. Czasami zaborczo, ale mi to akurat wtedy nie przeszkadza. Może dlatego, że nie ma tego na co dzień?

Z kolei bardzo blisko nas mieszka druga babcia Latorośli. Nie wchodzi w moje kompetencje, ale wchodziła. Nie dokarmia pokątnie bo już to przerabiała wcześniej (i dostała pstryczka w nos – zasłużonego)…To babcia z długim stażem. Wtrąca swoje trzy grosze bo taka jej natura. Czasami trochę na pokaz przytuli, pogłaszcze, lubi się pochwalić, wnukami…Jest w miarę ok (mocno naciągane 😉 ), poza tym, że permanentnie dawała mi popalić przez pierwsze miesiące życia mojego dziecka. Pięcioletnie dziecię moje Ją kocha i to jest jeden jedyny punkt zaczepienia. Córka jest łącznikiem dwóch zupełnie obcych sobie osób.


Tak to już bywa z tymi babciami i dziadkami, że są nieocenioną instytucją ratunkowo doradczą, bywają do rany przyłóż, mają niekończące się pokłady miłości i cukierków w kieszeniach 😉 Są też bardzo często przedmiotem kłótni, szarpaniny i bezsensownej gównoburzy. Czasami ich nie doceniamy należycie, czasami musimy na nich naskoczyć i mogą trochę się wtedy na nas obrazić 🙂 Zawsze jednak wracają do swoich ukochanych wnucząt.

www.pixabay.com
1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Rozmawiajcie

Milczenie jest złotem. Ale nie w związku. Wtedy jest zwiastunem końca wspólnej drogi. Końca czegoś, co miało być na całe życie. Końca wszystkiego. Rozmowa, nawet najbardziej burzliwa, zwana kłótnią lub armagedonem jest lepsza od tej ciszy, która was dopada. Ta cisza, czasami bywa zwiastunem burzy, po której wychodzi słońce, czasami jednak przeciąga się i nic nie wskazuje na to aby któreś z was miało ją przerwać. W końcu staje się nieznośna i doprowadza do rozstania. Niekiedy jeszcze w trakcie trwania związku odchodzimy od siebie/ zrywamy psychicznie. Obojętniejemy sobie wzajemnie i wymieniamy tylko tyle słów między sobą ile jest konieczne wypowiedzieć aby na podstawowym poziomie móc się porozumieć. Zrezygnowaliśmy, poddaliśmy się, może walczyliśmy, może próbowaliśmy, a może po prostu pewnego dnia przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Nawet o pierdołach, błahostkach, których każdego dnia wydarza się całe mnóstwo. Zwalanie winy na rutynę nic tutaj nie da. Bo to nie wina rutyny, to po prostu my…nie ma pomiędzy nami komunikacji. Zrezygnowani, wymieniamy uprzejmości na poziomie podstawowym, nie interesujemy się już zbytnio tym, czy któreś z nas ma migrenę piąty dzień z rzędu i ledwo zipie, ma ochotę na kilka szczerych, pokrzepiających słów. W zamian dostaje ochłap, że nie dba o siebie i sama jest sobie winna. Zmęczeni związkiem po cichu zadajemy sobie pytanie jak go uleczyć, co zrobić? Może jakaś romantyczna kolacja przy świecach, seksowna bielizna, czerwone wino, ulubiona muzyka, jakiś wypad weekendowy?…Ratunek na chwilę. Po chwilowej ekscytacji, namiętnym seksie i kilkudniowym mówieniu do siebie per Skarbie, mamy ochotę znowu wydrapać sobie oczy, ale wolimy się nie unosić, nie mamy siły na kłótnię, przeczekamy, pomilczymy….

www.pixabay.com

Jeszcze tylko kilka takich sytuacji, kilka takich cichych dni, przemilczanych i nierozwiązanych problemów, a będziemy … bliżej końca. Powiedzenia sobie ŻEGNAJ. Nie rozumiałaś/ Nie rozumiałeś mnie, moich potrzeb, nie chciałaś/ nie chciałeś rozmawiać, zobojętniałaś/ zobojętniałeś na mnie. Może jeszcze czeka na mnie ktoś, kto zrozumie mnie i moje potrzeby. Nie mając sobie nic wzajemnie do zarzucenia rzucimy się pazernie na kolejny, nowy związek, w którym na początku będziemy się czuli jak ryba w wodzie. Nowa miłość będzie jakże inna od poprzedniej, będzie nas rozumiała i nadawała na tych samych falach. Po kilku tygodniach lub miesiącach pierwszej fascynacji pojawi się proza życia, której znowu nie będziemy umieli wziąć na klatę. Przytłoczy nas codzienność, będziemy oczekiwali zrozumienia i wsparcia, ale nie wpadniemy na to żeby porozmawiać o tych problemach. Porozmawiać, ale nie z najlepszą przyjaciółką/przyjacielem, nie z mamą, siostrą, bratem, psychologiem, terapeutą… tylko właśnie z osobą, z którą jesteśmy w związku. Z którą tworzymy najbliższą relację z możliwych, z którą chcemy spędzić (być może) resztę życia, z którą mamy dzielić nie tylko radość i szczęście, ale także troski i smutki. Nie tworzysz przecież tego związku ze swoją mamą …  😉  A może, gdybyś tak spróbował rozmawiać z poprzednią partnerką/partnerem tamten związek przetrwałby? Może nie trzeba byłoby przerabiać jeszcze raz tego samego schematu…?

<Rozmawiajcie> jest postem pisanym trochę z autopsji. My też przestaliśmy rozmawiać, o Nas… Bo jednak mając dziecko siłą rzeczy wspólne tematy będące łącznikiem zawsze się znajdą. Był moment w którym cisza stała się nieznośna i musiałam wylać z siebie cały żal…Druga połowica na szczęście stanęła na wysokości zadania. Zaczęliśmy częściej rozmawiać, o tym co nas wzajemnie irytuje w sobie (niestety nie zawsze jest słodkopierdząco), co chcielibyśmy zmienić, czasami trzeba pójść na kompromis, nie ma wyjścia 🙂  Dziś nawet po ostrej wymianie zdań nie położymy się do łóżka spać bez wyjaśnienia sobie wszystkiego. Nie ma opcji, nie odwlekamy w czasie spraw teraźniejszych, nie ma nic gorszego niż nieznośna cisza i tematy nierozwiązane kotłujące się w niej…

Rozmowa, jest przez wielu ludzi żyjących w związkach kluczem do tworzenia szczęśliwych relacji na całe życie. Tego się trzymam i widzę, że to naprawdę działa!

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

„MeToo”-„JaTeż” – problem o którym należy mówić głośno

Fizycznie jesteśmy słabsze, ale psychikę mamy niejednokrotnie silniejszą od Was Panowie. Jesteśmy określane mianem ,,Słabsza płeć”. Jedne z Nas, zgadzają się z tym stwierdzeniem i w mężczyźnie szukają opoki i sensu życia. Drugie, burzą się i denerwują na takie określenie, wychodzą poza utarte schematy, zakochują się z wzajemnością w feminizmie i są szczęśliwe. A jeszcze inne mają swój własny sposób na odnalezienie się w tym świecie pełnym podziałów i ról, (które narzucone są nam odgórnie) i odcinają się od skrajności. Nie ważne którą grupę kobiet reprezentujemy, zawsze życzyłybyśmy sobie tego samego od Panów – szacunku. Tylko tyle i aż tyle.

Wszystkie kobiety zamieszczające na swoich profilach w portalach społecznościowych hasztagi ”metoo” i ”jaTeż” wykazały się olbrzymią odwagą. Wszystkie, które opowiedziały swoją historię zasługują na szacunek. Nie ważne czy doszło w ich przypadku „tylko” do słownego molestowania, czy też do brutalnego gwałtu. Koniec ze zmową milczenia, rozwiązywaniem takich spraw ”po cichu”, w obawie przed wstydem. Nie rozumiem i nie godzę się z prymitywnym tłumaczeniem się chłoptasiów vel sku..ieli (których mężczyznami nazwać się nie da):

że to było tak dla żartu,

że przecież dziewczyna miała kusą spódniczkę to można było ją klepnąć po pupie,

że wysyłała mu sygnały,

że nie umiał powstrzymać popędu…

i pierdylion innych powodów, które gówno mnie obchodzą…

Nie ważne, czy to cichociemny tramwajowy zboczeniec, molestujący wujek, gwałciciel – dla mnie to jest ten sam wór – do utylizacji… Od cichociemnego zboczka do seryjnego gwałciciela jeden krok.

Przeczytałam dziś wypowiedź dwójki chłoptasiów, którzy postanowili błysnąć inteligentnym komentarzem w sieci, tym samym zapewniając sobie rozgłos i fejm. Komentarz dotyczył właśnie akcji ”metoo”. Czasami lepiej zamilknąć. Panowie chyba nie przewidzieli, że wyleje się na nich wiadro pomyj. Cóż… Według Nich wpis ze słynnym hasztagiem umieściły w sieci w większości kobiety zwane paszteciarami lub też babochłopami, które próbowały się dowartościować, zamiast sprawę załatwić indywidualnie, najlepiej po cichaczu, na jakiejś terapii. Obydwie wypowiedzi są tak ohydne, że mam ochotę wyrzygać się na ich przystojne męskie lica (bo na oko, to Panowie z gatunku Dżolero) , ale  pozostaje mi jedynie życzyć dużo, dużo siły bo najbliższe dni na pewno nie będą należały do najmilszych, wszak jak to już nie raz pisałam – Internet pamięta. Dosyć jednak o szambie.

Najważniejsze w tej akcji jest nagłośnienie problemu i wzajemne wsparcie, nie tylko ze strony środowiska kobiet, ale także mężczyzn. Dlatego, tak ważne jest aby Panowie wspierali całą akcje, wspierali kobiety i byli czujni. Nie zamiatajmy dłużej tego problemu pod dywan, szanujmy się wzajemnie i bądźmy empatyczni. Jeśli tego nie potrafisz – zamilcz.

 

 

Fotka: www.pixabay.com

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Perełki w pielęgnacji twarzy i włosów

Trójka z przodu towarzyszy mi od dwóch lat. Powinnam w związku z przekroczeniem tej magicznej cyferki jakoś bardziej przywiązywać wagę do pielęgnacji przeciwzmarszczkowej i ujędrniającej. W praktyce wygląda to tak, że coraz mniej kosmetyków zdobi moje łazienkowe półki. Kilka lat temu nie do pomyślenia było dla mnie używanie do mycia ciała mydła w kostce, podobnie jak z używaniem tegoż samego kremu na dzień jak i na noc…Cóż…Odkąd zostałam matką trochę mi się pozmieniało. I wcale nie jest mi z tym źle. Taka totalna minimalizacja kosmetyków nie tylko nie zaszkodziła mojemu ciału, ale również pozwoliła mi mocno zaoszczędzić 😉 Są jednak produkty, które posiadać muszę, np. krem do twarzy i szampon do włosów 😀 Mam cerę raczej bezproblemową, choć raz na jakiś czas lubi pojawić się na niej nieprzyjaciel. Z kolei po lecie, moje włosy wymagają nieco więcej czasu niż tylko mycie na szybko i zaaplikowanie jedwabiu żeby je wyczesać. I tak oto należało rozglądnąć się za jakimiś specyfikami, które pomogą doprowadzić je do ładu i składu.

W ubiegłą sobotę byliśmy na zakupach w sklepie Aldi. W jednym z koszy zawierających produkty wyprzedażowe natrafiłam na zestaw trzech produktów do włosów Radical – seria wzmacniająca do włosów osłabionych, zniszczonych i wypadających. Te dwa pierwsze problemy dotyczą właśnie moich włosów, z wypadaniem nie jest źle, bynajmniej na razie…W zestawie (który notabene był przeceniony na 12 zł!) znajdowały się: szampon (330 ml), serum (30 ml) i mgiełka (200 ml). Produkty zawierają w swoim składzie ekstrakt ze skrzypu polnego, wyciąg z zielonej herbaty, prowitaminę B5 i inulinę z cykorii. Mgiełkę można stosować na suche lub wilgotne włosy, natomiast serum na włosy wilgotne. Obydwa te produkty nie obciążają włosów, dodają natomiast blasku i sprawiają, że włosy wydają się grubsze i gęściejsze. Szampon z kolei doskonale oczyszcza włosy i skórę głowy. Ma przejrzystą konsystencję i nie obciąża włosów. Uważam, że jest to naprawdę niezłe trio, nie tylko oczyszcza, ale też pielęgnuje nie zostawiając włosów w stanie ,,suchego siana”. Za taką cenę (4 zł za każdy produkt!) jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem. Pamiętam też, że w czasach studenckich miałam problem z nadmiernym wypadaniem włosów i wówczas w aptece zakupiłam ampułki Radical do wcierania w skórę włosów, które znacznie zminimalizowały ich wypadanie. Po latach powracam do produktów Faromona Radical i jestem ponownie bardzo zadowolona z ich działania.

Drugą perełeczką pielęgnacyjną jest tzw. Elixir Jeunesse Yves Rocher Night (serum). Egzotyczna nazwa 😀 z której niewiele zrozumiałam, ale wujek google mnie oświecił. Otóż całkiem niedawno firma Yves Rocher wypuściła na rynek nową linię produktów do pielęgnacji, które w swoim składzie zawierają skoncentrowany wyciąg z rośliny o nazwie Aphloi, która posiada zdolność pochłaniania zanieczyszczeń środowiska. Generalnie skład tego serum jest oparty na 94% składników pochodzenia roślinnego. Po zastosowaniu tegoż eliksiru/ serum nasza buzia ma być pełna blasku, wypoczęta i chroniona przed zanieczyszczeniami powietrza, np. smogiem. Niestety jestem w posiadaniu zaledwie próbki tego kosmetyku (7 ml), do którego podchodziłam zresztą bez większej wiary w jego skuteczność. Po jednej aplikacji byłam bardzo zaskoczona. To jest kosmetyk z tzw. wyższej półki i jego działanie naprawdę jest widoczne. Twarz ma jednolitą strukturę, widać wypoczętą zdrową skórę. Produkt ma konsystencję serum i nie zapycha porów, będzie według mnie idealny do skóry z problemami trądzikowymi. Jedno wielkie WOW. Myślę, że to jeden z tych produktów w który warto zainwestować, choć cena przyprawia mnie trochę o ból głowy, kto wie, może jednak się skuszę bo efekty są niesamowite.

Wpis nie jest sponsorowany. Fotografie własne.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Krokiety z kapustą kiszoną i grzybami

W tym roku nazbierałam więcej grzybów niż w całym moim dotychczasowym życiu grzybiarza. Moja mama jest zachwycona bo przydadzą się one do potraw wigilijnych, a mi tymczasem zamarzyły się krokiety. Niestety pewne traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa wykluczają to abym przygotowała krokiety z mięsem, ale na takie z kapustką i leśnymi grzybkami mam niezmierną ochotę. Namoczyłam więc sporą ilość grzybków i dawaj – jedziemy z krokietami. Mogłabym niczym perfekcyjna Pani domu przygotować do nich barszczyk czerwony do popicia, ale znowu mam skojarzenia…Tym razem z moją przyszłą niedoszłą teścióweczką, która takie gustowne połączenia promuje wszem i wobec i według niej skoro są krokiety to i barszczyk musi być. A, że ja na opak , to nie ma opcji. Jutro barszczu nie będzie. Będą same krokiety, a barszcz, taki na boczku, z czosnkiem, jajem i ziemniakami (ugotowanymi i pokrojonymi w talarki) będzie w środę 😛 Swoją drogą do dziś mam traumę i nie dam rady zjeść barszczu obojętnie czy czerwonego czy białego z utłuczonymi kartoflami władowanymi do talerza i zalanego barszczem. Po prostu rośnie mi to w ustach i mam odruch wymiotny. Nie ta konsystencja. Fee. No dobrze. To skoro już ustaliłam pewne fakty, że będą krokiety bez barszczu to jeszcze wypadałoby podać przepis jak owe krokiety przyrządzam 🙂

Składniki:

Farsz:

1 kg kapusty kiszonej (ja użyłam kapusty kiszonej z marchewką z wiaderka, którą kupiłam w Biedronce)

4 solidne garście suszonych grzybów (można zastąpić pieczarkami)

jedna cebula

sól

pieprz

Ciasto do naleśników:

3 szklanki mąki pszennej

jajko

2-3 szklanek wody gazowanej

1 szklanka mleka

opcjonalnie zioła prowansalskie do smaku.

Z wyżej wymienionych proporcji wyszło mi 20 naleśników.

Sposób przygotowania:

Grzyby namaczamy na noc w zimnej wodzie. Następnego dnia gotujemy je w tejże wodzie około 40 minut. W drugim garnku gotujemy kapustę (30 minut). W międzyczasie przygotowujemy ciasto do naleśników. Łączymy wszystkie składniki aż uzyskamy gładką konsystencję, najlepiej żeby była lejąca i rzadka, gęstsza będzie ciężko rozprowadzała się na patelni. Na rozgrzaną patelnię odkrawamy malutki kawałek tłuszczu (np. margaryny), lub dodajemy krople oleju. Nasze ciasto rozlewamy równomiernie na patelni i smażymy naleśnika z dwóch stron. Kiedy nasze naleśniki są już usmażone, zabieramy się za mielenie składników na farsz. W maszynce o drobnym sicie przepuszczamy odsączone grzyby i kapustę, a także jedną cebulę. Wszystkie zmielone składniki mieszamy i doprawiamy do smaku solą i pieprzem.

 

 

 

 

 

Na naleśnik nakładamy 1-2 kopiatych łyżek farszu i równomiernie go rozprowadzamy. Z jednej i z drugiej strony zawijamy delikatnie naleśnika, a potem rolujemy go tak aby powstał krokiet.

 

 

 

 

Tak przygotowane krokiety maczamy w rozbełtanym jajku i obtaczamy w bułce tartej. Smażymy na rozgrzanym oleju do zrumienienia.

 

 

 

 

Smacznego!!!

Fotografie własne.

 

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

O zwyczajnej a jednak niezwykłej SIOSTRZE

Post ten skierowany jest zarówno do osób posiadających rodzeństwo, jak i do jedynaków. Nie mam tutaj zamiaru w jakikolwiek sposób nachalnie promować instytucji rodzeństwa, nie będę również krytykować jedynaków. W tym poście zawrzeć chcę tylko i wyłącznie kwintesencję relacji siostrzanej…Mojej i Siostry. Krótka opowiastka o tym, jak dzięki Niej doceniłam to, że nie jestem na tym świecie sama z moimi dziecięcymi strachami, z moimi piętrzącymi się problemami wieku nastoletniego i dorosłymi rozterkami rodzicielsko partnerskimi … Jest bowiem na świecie ktoś, kto zrozumie mnie bez słowa. Zna mnie czasami lepiej niż ja sama, niż moja druga połowica, niż najlepsi przyjaciele. Stawia mnie do pionu kiedy trzeba, pokrzepi dobrym słowem, doradzi…


,,Jak dobrze mieć przy sobie kogoś, kto akceptuje mnie takim, jakim jestem.

Matczyna miłość bywa ślepa. Siostrzana – nigdy.”


10 lat. Taka różnica wieku sprawiła, że we wczesnym dzieciństwie siostrę traktowałam bardziej jak drugą mamę niż rodzeństwo. Kiedy mama była w pracy, musiała pilnie coś załatwić, pójść do sklepu, siostra spokojnie potrafiła mnie ogarnąć 😉 a lekko nie było bo należałam do wyjątkowo rozbrykanych i psotnych dzieci. Wszędzie było mnie pełno, trzeba było mnie pilnować bo do głowy przychodziły mi pomysły niejednokrotnie wystawiające mnie na duże niebezpieczeństwo. Oczywiście buntowałam się i stawiałam się siostrze, ale Ona miała do mnie anielską cierpliwość i nawet muszę przyznać, że nie skarżyła na mnie mamie 🙂 Nasza więź umacniała się coraz bardziej. Troska mojej siostry opierała się także o moją edukację. Podczas gdy mama kapitulowała bo byłam okropnym leniwcem i kłamczuchem (nigdy nie miałam nic zadane do domu i oczywiście sprawdzianów też nie miałam żadnych) siostra miała na tyle werwy, że motywowała mnie do nauki i przekonywała, że wystarczy ,,posiedzieć nad książkami”, poświęcić trochę czasu, a efekty na pewno się pojawią. Nie myliła się. Napocić się musiała przy mnie sporo, ale jestem Jej za to bardzo wdzięczna bo to w dużej mierze dzięki Jej pomocy w liceum doczekałam się swojego pierwszego świadectwa z paskiem, a maturę zdałam z bardzo dobrymi wynikami.


,,Mówiłam Ci, że sobie poradzisz?!”

Któż inny w taki sposób wita wiadomość o moich najbardziej niewiarygodnych osiągnięciach?

Jesteś tą osobą, z którą chcę jak najszybciej podzielić się dobrymi nowinami.

Dlatego, kiedy odniosę jakiś sukces i przyjaciele głośno mi gratulują – choć z Twojej twarzy promienieje szczęście, w milczeniu ściskasz moją dłoń.

Bo tylko Ty wiesz, ile tak naprawdę mnie to kosztowało.”


To właśnie w liceum zaczęłam odczuwać, że przepaść wiekowa między nami nie ma już żadnego znaczenia. Nie zniknęły co prawda opiekuńczość i wsparcie ze strony siostry, ale pojawiło się coś nowego : partnerstwo i kobieca siostrzana przyjaźń. Tak też zostało do dziś. Mamy wiele wspólnych  wspomnień. Wspólny śmiech, łzy, tajemnice, tarapaty, wygłupy…Historie, które śmieszą nas do dziś, które opowiadamy sobie przy każdym spotkaniu, śmiejąc się wniebogłosy. Żeby nie było tak słodko, sporo kłótni za nami, niektóre mogłyby zwiastować całkowity rozpad naszej relacji, ale tak się nie stało. Tej więzi nie zerwie nikt i nic. Wręcz przeciwnie, ona umacnia się pomimo dzielących nas kilometrów i upływającego czasu. Bo niestety, z przyjaciółmi bywa rożnie, mogą się pojawiać i znikać.


,,Chociaż czas bardzo nas odmienił, to jednak jesteś ze mną złączona na zawsze.

Zawsze będziesz bardzo ważną osobą mego życia.”


Nie znam słowa rywalizacja z siostrą…Nigdy nie rywalizowałyśmy, nie skakałyśmy sobie do gardeł, nie knułyśmy przeciwko sobie. Najpierw Ty motywowałaś mnie, a potem ja starałam się swoim wsparciem pokrzepiać Cię w ważnych dla Ciebie chwilach. Ktoś by powiedział: „E, starsza siostra to nie to samo co starszy brat, który stanie w Twojej obronie kiedy trzeba”. A moja siostra nie raz udowodniła, że jest w stanie zabić wzrokiem jakiegoś trolla, który próbował uprzykrzyć mi życie. Była i jest solidarna. Wiem też, że ciężko Jej było zaakceptować moje życiowe wybory. Nie wszystkie z nich do dnia dzisiejszego rozumie, ale szanuje je. Za to właśnie Ją kocham. Pomimo różnych przeciwności losu i zawirowań nie przestała mnie kochać. Wiem, że mogę zawsze do Niej zadzwonić, że mnie wysłucha i doradzi albo chociaż spróbuje. Widzę z jakim uczuciem i troską patrzy na moją córkę, która zresztą ubóstwia swoją ukochaną Ciocię 🙂  Łączy je piękna relacja i tak sobie po cichu liczę i gdybam, że może kiedyś moja córka będzie taką starszą super siostrą. Wierzę, że Ona również stworzy ze swoją młodszą siostrzyczką lub braciszkiem podobną więź jaka jest pomiędzy mną a moją siostrą.


,,Dziękuję za Twoją nieustanną obecność przy mnie.

Będąc całkowicie sobą, byłaś zarazem częścią mnie.”


Doceniam i dziękuję za to, że jest mi dane mieć rodzeństwo w postaci SIOSTRY. Dziś każde nasze spotkanie to dla mnie wspaniały czas, który spędzamy wykorzystując do maksimum każdą wspólną minutę.


,,Aż do końca moich dni będziesz częścią mego życia.

Chociaż różnimy się, pozostajemy dla siebie nawzajem kimś ważnym.”


 

Wszystkie piękne cytaty z dzisiejszego wpisu pochodzą z książeczki pt. ,,Zwyczajnej, a jednak niezwykłej siostrze”, którą dostałam ponad 10 lat temu w prezencie od mojej siostry J… Autorką tekstów jest: Pam Brown.

 

Fotografia własna
1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Niedzielne spotkania, które COŚ znaczą…

Wiara i polityka – dwa tematy, które mogą poróżnić przy stole wigilijnym nawet najbardziej kochającą się i prawą rodzinę. Wywołują skrajne emocje i rzadko kiedy udaje się omijać je szerokim łukiem na rodzinnych imprezach. A szkoda. Bo bez ich poruszania byłoby miło i spokojnie. Wujek Heniek nie skakałby do gardła Ciotce Gertrudzie tylko dlatego, że Ona akurat ma wielkie zastrzeżenia do aktualnie rządzących, a wujkowi żyje się od czasu nowych rządów wspaniale. Dziadek Mietek nie kręciłby nosem na wnuczkę Basię, która z chłopakiem to już ze trzy lata chodzi i ślubu brać nie chce. Że na kocią łapę i co na to proboszcz…A fe! Trudne sprawy 😉

Sięgam pamięcią czasów dziecięco/ nastoletnio/ studenckich. Widzę nasze rodzinne spotkania gdzie oprócz niezmąconej radości biesiadowania z kuzynostwem mam też przed oczyma gestykulujących: mojego nieżyjącego już wspaniałego Dziadka Krzyśka i wujka. Spierających się o politykę oczywiście. Potem kilka uszczypliwości w stronę moich rodziców, że trochę na bakier u nas z Kościołem 😉 I tak było zawsze. To była dla mnie norma. Jako dziecko za bardzo tego nie rozumiałam, a kiedy byłam już starsza jednym uchem wpuszczałam napływające informacje, a drugim wypuszczałam – jak najmniej biorąc do siebie. A że byłam wrażliwą dziewczyną, coś tam zostawało i zawsze uwierało mnie to, że jednak średnio u mnie ze sprawami wiary. No bo niby wierzyłam, modliłam się (oczywiście tylko wtedy kiedy działo się źle), do Kościoła poszłam od święta, wyspowiadałam się dwa razy w roku i uważałam, że jestem z Górą kwita. Że mam ochronkę i jestem katoliczką. Do dziś uważam, że przesadne latanie do Kościoła niczemu nie służy, ale zaczęłam dostrzegać pozytywy uczestnictwa w niedzielnej mszy. Może dlatego, że mam już swoją rodzinę i chciałabym żeby Latorośl wiedziała, że jest Ktoś, kto trzyma ten świat jako tako w swoich ryzach. Chciałabym, żeby przyjęła Sakramenty Święte i żeby potem, kiedy będzie już na tyle duża żeby podjąć decyzję czy chce żyć w wierze katolickiej, czy też odchodzi – podjęła ją świadomie. Godzina w tygodniu. Uczęszczamy, od niedawna. Razem. We trójkę. Jest spoko. Trochę nudy, pomieszanej z Błogosławieństwem na cały tydzień, z całkiem smerfnymi kazaniami księży (wszak to msza dla dzieci), z podpytywaniem Młodej : ,,Mamo, a kiedy będzie koniec”?, z trzymaniem monet na ofiarę, które oczywiście z dziesięć razy wypadają z tych małych rączek pod ławkę i trzeba się po nie schylać.

Sukcesem jest to, że nie traktujemy tego jako obowiązku. Weszło nam to w krew i o dziwo polubiliśmy ten stan 🙂 Znamy już nawet trochę kościelnych pieśni, mamy swoją miejscówkę ulubioną i czujemy się swojo w Kościele. Nie idziemy tam dla lansu, księży i odbębnienia. Mamy w sobie chęci, niezmącone jeszcze niczym.

Jedna godzina w tygodniu…nie czyni ze mnie od razu Katoliczki Roku. Nie śmiałabym nawet pretendować do tak zacnego tytułu 😉 Ta godzinka zbliżyła mnie jednak do Góry. Choć wciąż trudno mi zrozumieć niektóre zagrywki Kościoła…Dużo do myślenia daje mi świadomość ilu wiernych Kościół Katolicki już stracił, poprzez własne zacięcie. Ludzie odwracają się, nie tyle od Boga, co właśnie od Kościoła. Chciałabym, żeby coś w tym temacie się zmieniło, żeby Kościół wychodził na przeciw ludziom, żeby księża byli otwarci, pełni zrozumienia, pozostając jednak w pełnej zgodzie ze swoją wiarą. Pomarzyć zawsze można… 🙂

Zdjęcie: www.pixabay.com

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Czy warto stworzyć sobie obraz idealnego faceta?

Im człowiek starszy tym więcej wymaga od siebie i od innych, nie zadowala się już byle czym, nie interesują go półśrodki. Tyczy się to każdej płaszczyzny życia, także tej teoretycznie najważniejszej, czyli miłości. Ewoluujemy, nasze potrzeby zmieniają się, a różne doświadczenia wyostrzają nasze krytyczne spojrzenie na płeć przeciwną. Młodość rządzi się swoimi prawami. Wtedy w facecie fajne jest przede wszystkim to, że zawiesił na nas oko, próbuje poderwać, jest przystojny, fajnie ubrany i z dobrego domu. Wymagań żadnych, ślepa ,,miłość”, narzeczeństwo, małżeństwo, dzieci, a potem lament świętokrzyski bo On jest jednak taki inny niż mi się wydawało…Totalne niedopasowanie. Nie generalizuję jednak bo wiem, że bywają młodzi ludzie, którzy brzydko mówiąc nie kupują kota w worku i wiedzą jakie wartości powinna posiadać osoba z którą zechcą się związać.

Gdy byłam singielką wiedziałam już, że nie interesują mnie rozrywkowi chłoptasie, samce alfa i faceci typu Piotruś Pan. U płci przeciwnej ceniłam szczerość, naturalność i poczucie humoru. Nie byłabym w stanie spotykać się z wystylizowanym gogusiem, ponurakiem i bawidamkiem. Czyli chcąc nie chcąc stworzyłam sobie w głowie obraz faceta idealnego, z którym ewentualny związek może wypalić, ale nie musi 😉 Dziwiłam się dziewczynom, które ,,brały jak leci”, zarzekając się, że to miłość od pierwszego wejrzenia, choć facet prezentował sobą cechy, które wcześniej tak bardzo raziły je u innych. Po jakimś czasie okazywało się, że pewnych rzeczy się nie przeskoczy, związek okazywał się niewypałem, a dziewczyna zastanawiała dlaczego w ogóle zwróciła na kogoś takiego uwagę. Pisząc kogoś takiego nie mam wcale na myśli pijaka, damskiego boksera czy też permanentnego kobieciarza. Tutaj, ktoś taki, to człowiek z innej bajki z różnicami poglądowymi i charakterologicznymi nie do pogodzenia.

Idealny facet – pojęcie względne. Czuły pracuś? Romantyczny marzyciel? Odpowiedzialny siłacz? Bogaty prezes? Skromny kawaler? A może połączenie kilku lub kilkunastu cech, znanych tylko Tobie? Twój obraz faceta z którym mogłabyś konie kraść, z którym poszłabyś na koniec świata. Idealny dla Ciebie, z tymi cechami, które Tobie imponują, które Ciebie porwą i sprawią, że to właśnie przy tym facecie zatrzymasz się i zostaniesz…Nie musisz od razu jechać z grubej rury i tworzyć listy cech idealnego faceta 😉 Nawiązuję tutaj do słynnego już filmiku Olfaktorii, pt.: ,,8 cech idealnego faceta”, który podbija Internety. Jego autorką jest Dorota, która prowadzi na YouTubie kanał urodowo-lifestylowy. Ten filmik wzbudza niemałe kontrowersje, jedni wręcz szydzą z wymagań Olfaktorii (powstały nawet parodie tegoż filmiku), drudzy rozumieją i przybijają Jej piąteczkę. Kiedy obejrzałam ten filmik opadła mi lekko kopara, nie powiem…:) Miałam mieszane uczucia bo z jednej strony gdzie tutaj miejsce na spontaniczność, na pewien element zaskoczenia…? Szaleństwa…Wszystko konkretnie ustalone, kawa na ławę, a Ty widzu zbieraj szczękę z podłogi, zwłaszcza jeśli jesteś mężczyzną 🙂 Podejrzewam, że pod tym filmikiem kryje się także pewnego rodzaju zachęta dla kobiet, do tego aby jednak miały jakieś wymagania w stosunku do panów…Żeby nie były totalnie bezkrytyczne i wybierały zgodnie z pewnymi kryteriami. Żeby jednak ten obraz idealnego faceta w swojej głowie posiadać.

Przyjęło się , że my kobiety mamy brać wszystko jak leci, pierwszy lepszy mężczyzna spojrzy na nas łaskawym okiem, a my odrzucając naszą intuicję mamy lecieć ślepo jak ćma do światła. Marzymy o troskliwym i wesołym facecie, a kusimy się na relację z nerwowym lekkoduchem…Bo nie wypada, żebyśmy miały jakiekolwiek wymagania…Bo czas ucieka i potem już nikt nas nie będzie chciał. Guzik prawda Drogie Babeczki! Nie rezygnujcie ze swoich preferencji tylko dlatego, że:

  • Boicie się zostać wyśmiane przez koleżanki
  • Rodzina Was naciska i podpytuje kiedy się w końcu doczekają wielkiego weselicha (wrrrr!!!)
  • Boicie się samotności i upływającego czasu
  • Tracicie wiarę w to, że znajdziecie tego (DLA WAS) idealnego faceta

Odpowiadając więc na pytanie zadane w tytule wpisu…Czy warto stworzyć sobie obraz idealnego faceta?

Tak, warto. Zwłaszcza jeśli tworzysz go na podstawie cech charakteru i prezentowanych wartości.

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Opryszczka wargowa / zimno w natarciu

Co kilka miesięcy konsekwentnie powraca i doprowadza mnie do maksymalnej złości bo zawsze jest ogromna. Na górnej wardze albo na dolnej, czasami także w nosie….Bolesna, zaraźliwa, niechciana i długo gojąca się. Opryszczka wargowa zwana także zimnem.

Szacuje się, że ponad 80 procent populacji ludzkiej jest nosicielem wirusa HSV1 czyli złoczyńcy wywołującego opryszczkę. Atakuje on jednak wtedy kiedy nasz organizm jest w słabszej formie. Oto kilka czynników sprzyjających rozwinięciu się opryszczki:

  • przewlekły stres,
  • u kobiet: menstruacja,
  • zbyt długa ekspozycja na słońce,
  • zabiegi dentystyczne,
  • gorączka,
  • przemęczenie organizmu,
  • zatarcie warg brudnymi rękoma

W początkowym etapie jej rozwoju czujemy delikatne swędzenie i możemy zaobserwować lekkie zaczerwienienie miejsca w którym potencjalnie pojawi się opryszczka. Najlepiej jest reagować już wtedy bo wtedy istnieje szansa, że dziadostwo nie przybierze olbrzymich rozmiarów. Jeżeli jednak przegapimy ten moment, w ciągu kilku godzin lub przez noc pojawi nam się pęcherz lub pęcherzyki wypełnione płynem surowiczym. Jest to bardzo nieprzyjemne uczucie, czujemy jakby warga nabierała i puchła. Po kilku dniach pęcherz pęka i rana zaczyna zasychać. Jest to moment w którym można bardzo łatwo kogoś zarazić opryszczką, dlatego lepiej unikać na ten czas picia z jednego kubka i obcałowywania ukochanego 😉 Zaschnięty strup bardzo łatwo można naruszyć i rozkrwawić, lepiej też nie zdzierać go przedwcześnie i pozwolić zagoić się ranie. Zwykle po 1,5 tygodnia nie ma śladu po opryszczce. Ten czas można jednak skrócić albo chociażby zminimalizować wielkość opryszczki stosując kilka sprawdzonych sposobów. Oto kilka z nich:

  • Smarowanie opryszczki kremem typu Hascovir, Vratizolin, Zovirax, których substancje czynne hamują namnażanie się wirusów.
  • Plastry typu Compeed, które oprócz działania leczniczego mają poniekąd działanie maskujące opryszczkę.
  • Doustne tabletki lub syropy wzmacniające odporność i działające przeciwwirusowo typu: Neosine, Groprinosin.
  • Aplikowanie na opryszczkę rozgniecionej i rozpuszczonej lekko w wodzie tabletki typu Polopiryna.
  • Przykładanie do rany kawałka cebuli lub czosnku, które mają silne działanie antyseptyczne.
  • Stosowanie maści cynkowej, która bardzo dobrze zasusza opryszczkę.
  • Przyspieszający gojenie zimna, działający przeciwwirusowo silny olejek herbaciany, którego najlepiej zaaplikować na opryszczkę na noc.

Niestety żaden z powyższych preparatów nie przegoni z naszego organizmu wirusa opryszczki na amen. Co kilka miesięcy, u szczęśliwców – co kilka lat, będzie ona powracała i irytowała nas tak samo mocno. Oprócz tego, że jest bardzo nieprzyjemna, bolesna i rzuca się w oczy może być niebezpieczna dla niemowląt i małych dzieci, u których zakażenie opryszczką może skończyć się groźnymi dla życia powikłaniami. Maluchy nie mają bowiem jeszcze dobrze rozwiniętego układu odpornościowego i wirus HSV1 może powodować u nich nawet opryszczkowe zapalenie mózgu.  Dlatego niezwykle ważne jest przestrzegane w tym czasie zasad higieny.

 

Zdjęcie: www.euractiv.com