Niedzielne spotkania, które COŚ znaczą…

Wiara i polityka – dwa tematy, które mogą poróżnić przy stole wigilijnym nawet najbardziej kochającą się i prawą rodzinę. Wywołują skrajne emocje i rzadko kiedy udaje się omijać je szerokim łukiem na rodzinnych imprezach. A szkoda. Bo bez ich poruszania byłoby miło i spokojnie. Wujek Heniek nie skakałby do gardła Ciotce Gertrudzie tylko dlatego, że Ona akurat ma wielkie zastrzeżenia do aktualnie rządzących, a wujkowi żyje się od czasu nowych rządów wspaniale. Dziadek Mietek nie kręciłby nosem na wnuczkę Basię, która z chłopakiem to już ze trzy lata chodzi i ślubu brać nie chce. Że na kocią łapę i co na to proboszcz…A fe! Trudne sprawy 😉

Sięgam pamięcią czasów dziecięco/ nastoletnio/ studenckich. Widzę nasze rodzinne spotkania gdzie oprócz niezmąconej radości biesiadowania z kuzynostwem mam też przed oczyma gestykulujących: mojego nieżyjącego już wspaniałego Dziadka Krzyśka i wujka. Spierających się o politykę oczywiście. Potem kilka uszczypliwości w stronę moich rodziców, że trochę na bakier u nas z Kościołem 😉 I tak było zawsze. To była dla mnie norma. Jako dziecko za bardzo tego nie rozumiałam, a kiedy byłam już starsza jednym uchem wpuszczałam napływające informacje, a drugim wypuszczałam – jak najmniej biorąc do siebie. A że byłam wrażliwą dziewczyną, coś tam zostawało i zawsze uwierało mnie to, że jednak średnio u mnie ze sprawami wiary. No bo niby wierzyłam, modliłam się (oczywiście tylko wtedy kiedy działo się źle), do Kościoła poszłam od święta, wyspowiadałam się dwa razy w roku i uważałam, że jestem z Górą kwita. Że mam ochronkę i jestem katoliczką. Do dziś uważam, że przesadne latanie do Kościoła niczemu nie służy, ale zaczęłam dostrzegać pozytywy uczestnictwa w niedzielnej mszy. Może dlatego, że mam już swoją rodzinę i chciałabym żeby Latorośl wiedziała, że jest Ktoś, kto trzyma ten świat jako tako w swoich ryzach. Chciałabym, żeby przyjęła Sakramenty Święte i żeby potem, kiedy będzie już na tyle duża żeby podjąć decyzję czy chce żyć w wierze katolickiej, czy też odchodzi – podjęła ją świadomie. Godzina w tygodniu. Uczęszczamy, od niedawna. Razem. We trójkę. Jest spoko. Trochę nudy, pomieszanej z Błogosławieństwem na cały tydzień, z całkiem smerfnymi kazaniami księży (wszak to msza dla dzieci), z podpytywaniem Młodej : ,,Mamo, a kiedy będzie koniec”?, z trzymaniem monet na ofiarę, które oczywiście z dziesięć razy wypadają z tych małych rączek pod ławkę i trzeba się po nie schylać.

Sukcesem jest to, że nie traktujemy tego jako obowiązku. Weszło nam to w krew i o dziwo polubiliśmy ten stan 🙂 Znamy już nawet trochę kościelnych pieśni, mamy swoją miejscówkę ulubioną i czujemy się swojo w Kościele. Nie idziemy tam dla lansu, księży i odbębnienia. Mamy w sobie chęci, niezmącone jeszcze niczym.

Jedna godzina w tygodniu…nie czyni ze mnie od razu Katoliczki Roku. Nie śmiałabym nawet pretendować do tak zacnego tytułu 😉 Ta godzinka zbliżyła mnie jednak do Góry. Choć wciąż trudno mi zrozumieć niektóre zagrywki Kościoła…Dużo do myślenia daje mi świadomość ilu wiernych Kościół Katolicki już stracił, poprzez własne zacięcie. Ludzie odwracają się, nie tyle od Boga, co właśnie od Kościoła. Chciałabym, żeby coś w tym temacie się zmieniło, żeby Kościół wychodził na przeciw ludziom, żeby księża byli otwarci, pełni zrozumienia, pozostając jednak w pełnej zgodzie ze swoją wiarą. Pomarzyć zawsze można… 🙂

Zdjęcie: www.pixabay.com

2 comments
  1. […] jak Niedzielne spotkania, które COŚ znaczą…Jeśli chcecie, odsyłam Was do wpisu: http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2017/10/10/niedzielne-spotkania-ktore-cos-znacza/  Wspólne niedzielne msze to coś, co robimy dla Góry, dla siebie i naszej córeczki, dla naszej […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.