1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Olejki pod lupą

Postanowiłam dziś przyjrzeć się bliżej ,,kolekcji” [3 sztuki, ładna mi kolekcja] olejkom, które spoglądają na mnie z półki i proszą o częstsze użycie. Oj, pokryły się kurzem buteleczki i to bardzo…Muszę z ręką na sercu przyznać się, że po prostu o nich zapomniałam. To błąd, bo jeszcze kilka miesięcy temu podczas gorszego samopoczucia wspomagaliśmy się nimi bardzo często. Z olejkami trzeba ostrożnie, zwłaszcza w przypadku naszych brzdąców. Jedna kropla za dużo i podrażnienie skóry i układu oddechowego gotowe. Stosowane jednak w rozsądnych (zalecanych) ilościach mogą zdziałać dużo dobrego dla naszego organizmu.

Pierwszym olejkiem z jakim miałam styczność [pomijając oczywiści olejki do ciast 😀 ] był olejek miętowy. Aktualnie mam chyba 3 buteleczkę tego specyfiku. To hit w walce z migreną. 2-3 krople rozsmarowane na czole [uwaga na oczy!] przynosi wielką ulgę przy nawet najbardziej upierdliwym bólu naszej czaszki. Na pewno dostaniecie go bez problemu w aptece, choć ja swój kupiłam w … markecie Aldi. Raczej nie aplikowałabym tego olejku dzieciom. Zresztą na opakowaniu jest napisane, że dzieciom poniżej 3 roku życia w żadnym wypadku nie należy go podawać bo może spowodować skurcz krtani i poważne problemy z oddychaniem. U dorosłych uczulonych na mentol mogą wystąpić reakcje alergiczne w tym duszności. Przekonałam się o tym jeden jedyny raz kiedy to diabeł podkusił mnie zrobić sobie kąpiel z dodatkiem właśnie olejku miętowego… No i zrobiłam sobie kąpiel, która trwała 3 minuty…Tyle wytrzymałam w wodzie i ogólnie w łazience. Musiałam stamtąd spierdzielać bo tak mnie podduszało, że nie mogłam złapać tchu. Nie wspomnę o totalnym uczuciu wychłodzenia skóry, mrowieniu i szczypaniu. Odjęło mi rozum, innego wytłumaczenia nie ma 😀 Dobrze, że tylko tak to się skończyło i nie wylądowałam na OIOMie. Od tego czasu wnikliwie studiowałam etykiety tego typu preparatów 😉 Doczytałam więc sobie na ,,miętusku”, że owszem można go używać na skórę, ale najlepiej rozmieszać go z olejem roślinnym i wtedy będzie idealny np. do masażu. Co ciekawe producent przekonuje nas, że jeśli zmieszamy 3 krople tegoż olejku ze 100 ml wody,uzyskamy odświeżający płyn do płukania jamy ustnej. Ja po tych moich przygodach z kąpielą podziękuję za odświeżanie sobie jamy ustnej 😉

Skład produktu Mildeen med. Olejek miętowy:

  • olejek z mięty polnej, który posiada właściwości łagodzące i antyseptyczne
  • limonen – składnik kompozycji zapachowej mogący podrażniać skórę i oczy
  • alkohol benzylowy – konserwant, który może mieć działanie podrażniające, zwłaszcza dla alergików
  • cytronelol – alkohol, który pełni funkcje zapachowe (podobno przypomina zapachem różę i geranium). Może uczulać.
  • eugenol – również pełni funkcje zapachowe, przy okazji ma działanie antyseptyczne i imituje zapach goździków. Potencjalny alergen.
  • geraniol -silny przeciwutleniacz o bardzo przyjemnym zapachu.
  • linalool – składnik kompozycji zapachowych, imituje zapach konwalii, wywołuje alergię.

Składzik nie powala, zwłaszcza te alergeny. Jednak wujek gogle podpowiedział mi, że da się kupić olejek miętowy nie naszpikowany tak mocno tymi substancjami zapachowymi i alergicznymi jednocześnie.

Drugim przyjemniaczkiem, którego biorę dziś pod lupę jest kuzyn miętuska, czyli olejek herbaciany. Również nabyty w markecie Aldi. Ten gagatek doskonale sprawdzał mi się w … płukaniu zatok.

Więcej o moich przebojach z zatokami znajdziecie tutaj -> http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2017/07/13/zapalenie-zatok-dolegliwosc-uprzykrzajaca-zycie/

Niestety i z tym olejkiem zdarzyło mi się przesadzić bo oczywiście lałam go na oko, a jak wiadomo na oko to chłop w szpitalu umarł…W rezultacie stężenie preparatu było zbyt wysokie i w pierwszych minutach płukania, kiedy płyn dostał się do zatok myślałam, że wypali mi mózg 😀 Potem, dodawałam już tylko jedną kropelkę i było ok. Olejek herbaciany ma działanie przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze i przeciwwirusowe. Producent zaleca stosowanie go nie tylko do masażu, ale także jako środek poprawiający kondycję włosów i skóry głowy (20 kropli wymieszać ze 100 ml wody). Podobnie jak jego poprzednik w większym  stężeniu może wywoływać reakcje alergiczne i nie zaleca się stosować go u niemowląt i małych dzieci. Bardzo dobrze sprawdzał się u mnie w przypadku kiedy pojawiła się na moich ustach niemiła niespodzianka w postaci opryszczki. Olejek dzięki działaniu przeciwwirusowemu ładnie zasuszał ranę i dzięki temu szybciej się ona goiła.

Skład produktu Mildeen med. Olejek herbaciany:

  • olejek z liści drzewa herbacianego, posiadającego działanie przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze i przeciwwirusowe
  • d-limonen, składnik kompozycji zapachowej, mogący podrażniać skórę i oczy
  • eugenol,również pełni funkcje zapachowe, przy okazji ma działanie antyseptyczne i imituje zapach goździków. Potencjalny alergen.
  • geraniol -silny przeciwutleniacz o bardzo przyjemnym zapachu.
  • linalool – składnik kompozycji zapachowych, imituje zapach konwalii, wywołuje alergię.

O ile tych dwóch olejków nigdy nie aplikowałam i nie zamierzam na razie aplikować mojej córce, tak w przypadku trójeczki, czyli Olbas oil sprawa ma się inaczej 😉 Niecały rok temu, kiedy Małą męczyły wieczne katary i kaszle farmaceutka w aptece zaproponowała nam kupno tego preparatu, który podobno zbiera świetne recenzje. Olbas oil to płyn do sporządzania inhalacji parowej w czasie kataru i zapalenia zatok przynosowych. Wdychane olejki mają za zadanie upłynnić wydzielinę i zmniejszyć obrzęk błony śluzowej nosa, tym samym ułatwiając oddychanie. I to się dokładnie pokrywa z moją opinią na temat tegoż produktu. Inhalacja parowa na tyle spodobała się mojej córce, że sama zaczęła się o nią dopominać kiedy nawiedzał ją katar 😉 Trzeba jednak pamiętać aby obchodzić się z tym olejkiem ostrożnie bo tak jak poprzednicy może powodować objawy niepożądane w tym napady duszności i silne podrażnienia skóry. Plusem jest to, że nie brudzi ubrań i nie zostawia tłustych plam, a jego skład jest bardzo przyjemny dla oka, w porównaniu do wyżej przeze mnie opisanych.

Skład produktu Olbas oil. Płyn do sporządzania inhalacji parowej:

  • olejek kajeputowy,  doskonały środek odkażający, anty pasożytniczy, przeciwbólowy, przeciwświądowy i przeciwgrzybiczy
  • olejek goździkowy, działa wykrztuśnie i oczyszcza z nadmiaru śluzu
  • olejek eukaliptusowy, skutecznie przeczyszcza kanały nosowe, ułatwiając oczyszczanie nosa
  • olejek jałowcowy, łagodzi infekcje dróg oddechowych
  • olejek miętowy, działa antyseptycznie
  • salicylan metylu, stosowany miejscowo na nieuszkodzoną skórę jako lek przeciwbólowy, przeciwzapalny i rozgrzewający
  • mentol, niweluje podrażnienia błon śluzowych i działa znieczulająco

 

A Wy macie jakieś ulubione i sprawdzone olejki, które możecie polecić? 🙂

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Pojawiła się (oby nie na chwilę) – ZIMA

Godzina 6:30, dzwoni telefon. Śpimy: dziecię pod ścianą, ja na skraju łóżka. Obydwie powyginane w swoich pozycjach, z tym, że Ona wstanie wypoczęta, a ja połamana z bólem głowy i łupaniem w karku. Oho – dzwoni Tata, miał nas obudzić bo niestety ja jestem technicznym debilem i nie potrafię sobie nastawić budzika w nowym telefonie. Wielkie dzięki za pobudkę, trzeba wstawać. Od pierwszych kroków czuję, że rozsadza mi jedną połowę czaszki. Pani w aptece stwierdziła, że jestem najprawdopodobniej meteopatką. Jakoś muszę żyć z tą świadomością 😉 W kuchni zastałam ciemność, ach tak, muszę podnieść rolety. Bez specjalnego wczuwania się w wykonywaną czynność podnoszę rolety i moim oczom ukazuje się on – ŚNIEG. Wow! Uczucie radości wygrywa z kiepskim samopoczuciem o poranku. Wołam Młodą. Biegnie. Włos rozwichrzony, śpiochy w oczach, ledwo widzi mnie, ale jak tylko podnoszę ją do okna żeby zobaczyła jak fajnie jest na zewnątrz rozpromieniona planuje już … wyjście na sanki. Studzę trochę ten dziecięcy zapał, nie dlatego, że nie mam ochoty pobrykać na sankach, ale termometr przed moją facjatą jak byk pokazuje 4 stopnie na plusie. O godzinie 14 pozostanie już tylko błoto pośniegowe i chodnikowa ciapa. Mina nietęga, ale proponuję małą bitwę na śnieżki w drodze na przystanek autobusowy. Kręcę sama na siebie bata, ale cóż innego mogę na szybko zaproponować? 🙂 Dzika radość w oczach i zapowiedź, że nie będzie mnie oszczędzać. Super. Obym tylko nie dostała w gębę. Grzeję mleczko, ubieram się, myję twarz z naciskiem na posklejane ropą oczy. Potem zalewając sobie herbatę spoglądam jednym okiem na widok z okna.

Ten widok…z kuchennego okna

 

Kurczę, ależ jest pięknie. Uwielbiam białą, śnieżną, mroźną zimę. Taką, jaką pamiętam za dzieciaka. Nie oszukuję się jednak, ten śnieg długo nie poleży i pewnie w Święta zamiast śniegu i mrozu termometry będą wskazywać nam 10 stopni na plusie :/…Sorry, taki mamy klimat. Dlatego jeszcze chwilę upajam się tym widokiem i lecę wykonywać kolejne czynności poranne.

Kiedy przychodzi pora na wyjście z domu jak zwykle skupiam się bardziej na ubraniu odpowiednio do pogody i warunków mojej córki, aniżeli siebie. Wychodzę na tym jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. Młoda od stóp do głów gotowa na bitwę śnieżkową, a ja w cienkiej kurtce, bez szalika i … rękawiczek! W ulubionych kozakach, które są świetne, ale się ślizgają niemiłosiernie i w dodatku palce u stóp odmrażają mi się w nich w ciągu pierwszych 5 minut przebywania w niskich temperaturach. Dam radę, w końcu to mały kawałek do przystanku. Po drodze oczywiście dostaję kulką w plecy. Taką ,, kulką” :

Oberwało mi się tą bryłką 😉

 

Cieszy się Ona, cieszę się i ja. Krótki odcinek zostaje pokonany w żółwim tempie bo jest tyle możliwości zabawy śniegiem, że nawet ja bym na takie oryginalne pomysły nie wpadła. W międzyczasie wysłuchuję dziesiątki próśb o możliwość zrobienia aniołka/ orła na śniegu. Odmawiam tylko dlatego, że na chodniku śnieg jest już błotośniegiem. Obiecuję, że jeśli pod przedszkolem będzie skwer z czystym białym puchem będzie mogła tego anioła zrobić. I robi. Bryka jeszcze chwilę z koleżankami pod przedszkolem. Cieszą się jak szalone z pierwszego w tym roku śniegu.

Gdy wracam do domu nie boli mnie już głowa, jestem pozytywnie nakręcona i porządnie przemarznięta 😉 Jak dobrze, że człowiek potrafi weselić się jeszcze z takiej oczywistej oczywistości jaką jest śnieg…Zwłaszcza ten pierwszy.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Nie idź spać pokłócony

Dziś będzie krótko i na temat. O pewnej żelaznej zasadzie, której przestrzegam, choć łatwo nie jest…Któż z Nas lubi się kłócić? Nie znam takiego osobnika. Tym bardziej nikt nie lubi iść spać pokłócony. Znacie to nieznośne uczucie kiedy po intensywnej kłótni próbujecie zasnąć i za chiny ludowe nie możecie? Z drugiej strony przez gardło nie chce Wam przejść zdanie: ,,Może porozmawiamy spokojnie? Nie chcę zasypiać w złości…” Przerabiałam to i nie chcę już wracać do takich sytuacji. Dlatego kiedy parę ładnych lat temu w znanym polskim serialu (tym ukochanym przez miliony Polaków 😉 ) usłyszałam takie oto zdanie:


,, Pamiętaj żeby nawet po największej kłótni nie kłaść się spać bez wyjaśnienia sobie wszystkiego i pogodzenia się”.


…pomyślałam sobie BINGO!

To jest chyba ten klucz do szczęśliwych i długodystansowych związków. Nie sztuką jest się nie kłócić i trzymać swoje emocje w kieszeni. Sztuką jest po największej kłótni ochłonąć i spróbować sobie wszystko wyjaśnić. Wiem, to nie takie proste… Wręcz przeciwnie, zdaję sobie sprawę, że to cholernie trudna sztuka pogodzić się z osobą z którą przed chwilą skakałaś sobie do gardła. Zwłaszcza jeśli jesteś upartą i niecierpliwą istotą, która obrażać lubi się częściej niż własne (5 letnie!) dziecko. Zdarzało nam się pokłócić, nie raz, nie dwa…Czasami wydawało mi się, że te kłótnie to taki mały koniec świata. Ostatnią rzeczą jakiej wówczas chciałam był rozejm. W złości zabierałam kołdrę i poduszkę i ostentacyjnie wynosiłam się do drugiego pokoju. Wracałam zwykle po kilkunastu minutach, kiedy udało mi się ochłonąć. Po prostu nie umiałabym (a raczej nie chciałabym) zasnąć w złości…przepełniona negatywnymi emocjami…Dlaczego? Bo wiem, że z rana wstałabym jeszcze bardziej nabuzowana, a konflikt nie zostałby rozwiązany.

W moim odczuciu owszem kłótnie są nieuniknione i czasem nawet potrzebne w celu oczyszczenia atmosfery, ale nie po żeby tworzyć między sobą dystans. Wzajemny dystans, który będzie się pogłębiał z każdą awanturą po której walniecie się do wspólnego łoża odwróceni tyłkami i bez wzajemnego słowa przepraszam.

Wyjaśniając sobie wszystkie nieporozumienia przed pójściem spać oszczędzacie sobie po prostu niepotrzebnych nerwów. Dlatego ja staram się trzymać tej zasady. Nie zasypiam dopóty dopóki nie pogodzę się z moim T. 🙂

Źródło: Stock Photos
1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Nasz niedzielny śląski obiad

Wychodząc z założenia, że jedzenie jest jedną z największych przyjemności człowieka nie zamierzam się jakoś specjalnie ograniczać, zwłaszcza w niedzielę. Weekend bowiem to czas kiedy mam zdecydowanie więcej chęci na zrobienie czegoś ekstra, czegoś co zostanie docenione przez domowników. Ostatnio moja wena kulinarna trochę kulała i zrobiło się monotematycznie: kotlet schabowy, frytki, ogórek albo kotlet z kurczaka, frytki i jakaś surówka na szybko. Pomijając fakt, że frytki (nawet z domowej frytownicy) nie są jakieś specjalnie zdrowe, miałam ochotę w tą niedzielę zrobić jakieś konkretne danie z sosikiem. Wiedziałam, że na bank muszą być kluski śląskie z dziurką w rzeczy samej. Moja córka uwielbia mączne potrawy, więc takie kluski zaakceptowała bez mrugnięcia okiem. Tak, muszę z Młodą konsultować menu weekendowe 🙂 Do tego kapusta czerwona, przyrządzona bardzo łagodnie, tak aby nie było kręcenia nosem nad talerzem. No i oczywiście główny składnik – mięsiwo. Nie, tym razem nie były to roladki śląskie, choć bardzo je lubię. Postawiłam na pałki/ podudzia z indyka. Można je przyrządzić na wiele sposobów, ale ja najbardziej lubię dusić je w ,,przedwojennym” żeliwnym garze 😀 . Do okraszenia klusek śląskich potrzebny był mi sosik. Dlatego też pałki z indyka podlewałam wodą, dodałam przypraw, pora i cebulki. Dzięki temu mięso nie tylko przeszło aromatami warzyw, ale też udało się uzyskać naturalny sos, którego jakoś specjalnie nie chciało mi się zagęszczać (tak, robię to czasami mąką i gotowymi tytkami 😛 ).


Składniki:

MIĘSO

  1. Trzy pałki z indyka.
  2. Dwie cebule.
  3. Garść suszonych grzybów.
  4. Pół pora (część biała).
  5. Sól.
  6. Pieprz.
  7. Zioła Prowansalskie.
  8. Papryka słodka.
  9. Woda do podlewania mięsa.

Potrzebne sprzęty: dobry garnek do duszenia mięsa.

KLUSKI ŚLĄSKIE

  1. 10  średnich sztuk ugotowanych ziemniaków.
  2. 250 g mąki. Polecam sypać mąkę na oko, tzn. oceniać konsystencję masy na bieżąco, żeby nie była zbyt rzadka albo zbyt twarda.
  3. Jedno jajko.
  4. Sól – wedle uznania.

Potrzebne sprzęty: stolnica.

PRZYSTAWKA/SURÓWKA

  1. Główka kapusty czerwonej (mała, lub pół)
  2. Jedno jabłko.
  3. Pół cebuli.
  4. Sól.
  5. Pieprz.
  6. Ocet (ja nie miałam i użyłam soku z cytryny).

Potrzebne sprzęty: maszynka do szatkowania warzyw w odpowiednim ostrzem lub ostry nóż.


Całe danie można przygotować na raty. Z samego rana umyłam pałki, umieściłam je w żeliwnym garze, podlałam wodą i zaczęłam dusić na ogniu. Pilnowałam tylko tego aby zbyt nie przywierały do spodu garnka i żeby woda całkowicie nie odparowała dolewając jej co jakiś czas.

Następnie poszatkowałam niewielką główkę kapusty czerwonej w maszynce, zalałam wodą do połowy garnka i gotowałam na wolnym ogniu. Po pewnym czasie dodałam obrane i starte na grubych okach jabłko, pół drobno posiekanej cebulki, sól, pieprz, a pod koniec soku z cytryny bo niestety nie miałam w domu octu. Kiedy kapusta uzyskała zadowalającą miękkość zdjęłam ją z ognia.

Kapustka czerwona i jej śliczny kolorek.

 

Do duszącego się mięsa dodałam 2 pokrojone w kostkę cebule, pół pokrojonego pora (biała część), kilka suszonych grzybów i przyprawy: sól, pieprz, zioła prowansalskie i paprykę słodką.

Duszą się smakowitości.

 

Ziemniaczki obrałam, zalałam wodą, osoliłam i wstawiłam do gotowania. Po ugotowaniu i odcedzeniu ziemniaki zmieliłam maszynką do mięsa. Można użyć praski, jeśli ktoś takową posiada. Najpierw oczywiście ziemniaki musiały ostygnąć. Zmielone ziemniaki łączymy z jajkiem, mąką i solą. Ugniatamy wszystko na jednolitą masę i z małych kawałków formujemy kulki, które następnie lekko rozpłaszczamy na stolnicy (potrzepanej mąką) i robimy małą dziurkę palcem. Ja miałam profesjonalną pomocnicę do robienia dziurek 🙂

Niezastąpiona w kuchni 🙂

 

W sporym garze zagotowujemy osoloną wodę. Na wrzątek rzucamy taką ilość klusek, żeby miały miejsce na ugotowanie się i nie skleiły się ze sobą w jedną wielką kluchę. Kluski należy lekko przemieszać, a od momentu wypłynięcia gotujemy je jeszcze około 1,5-2 minut.

Całe danie nie prezentuje się może jakoś arcypięknie na talerzu, ale jest bardzo smaczne i zdecydowanie nadaje się na niedzielny obiad. Pałki z indyka mają ciemne mięsko, które dzięki duszeniu pod przykryciem dosłownie odchodzi od kości. Domyślam się, że widok nie dla każdego będzie zachęcający, ale skoro powiedziałam A, to muszę powiedzieć również B i wstawić fotę (lekko naruszonego już 😀 ) gotowego dania, które prezentuje się tak:

 

Tacy głodni, że nie czekali na zrobienie fotki i zaczęli jeść 😀

 

Wszystkim bardzo smakowało i z ręką na sercu mogę polecić Wam takie smakołyki 🙂 Niech Was nie zwiedzie ten indyk – świetnie pasuje do klusek śląskich i kapusty 🙂

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Bajki, które potrafią rozśmieszyć dzieci i dorosłych…


*

,,Mamo, pooglądasz ze mną bajeczkę?”

*


Ten tekst słyszę niemal każdego dnia z ust mojej córeczki. Nie da się odmówić, choć z tyłu głowy pojawia się myśl, że w tym czasie mogłabym zrobić tyle rzeczy… No cóż, domowe obowiązki niech poczekają, a ja skuszę się na wspólne oglądanie bajeczki. Wykorzystam też sytuację i poprzytulam się z tą małą psotnicą. Wybieramy bajkę wspólnie, ale szefowa i tak ma decydujące słowo 😀

Założenie jest jedno, mamy się świetnie bawić podczas seansu 🙂 Dlatego też, stawiamy na rozśmieszające i zabawne historyjki, które:

a) nie wywołają u nas obopólnego ziewania i przysypiania, czyli reasumując nudy

b) nie będą totalnie ogłupiające (Kurczak i krowa – sorry, ale podziękujemy).

Pierwszą naszą kultową bajką jest: ,,Tom i Jerry”. Historie kota Toma i myszki Jerry bohaterów stworzonych przez Hanna i Barbera bawią dzieciaki i dorosłych do dnia dzisiejszego. Fabuła jest banalna, przez większość odcinków Tom próbuje schwytać myszkę Jerry wpadając na różne zwariowane pomysły. Dobra zabawa podczas oglądania ich szalonych przygód murowana, a ilość odcinków jest naprawdę spora, więc nie ma mowy o nudzie.

www.pixabay.com

 

Znacie ,,Marta Mówi”? Jeśli nie, koniecznie nadrabiajcie zaległości! Przygody Marty, psa, który po zjedzeniu zupy literkowej zaczyna mówić podbiją serca Waszych dzieci i Wasze zresztą również 🙂 Piosenka tytułowa z łatwością wpada w ucho i nie raz złapałam córkę i … siebie 😀 na podśpiewywaniu tekstu: ,,Marta jak zwyczajny pies, robi…Woof i woof i wrrrr!” 😀  Bajka jest nie tylko zabawna, ale ma również zalety edukacyjne ponieważ koncentruje się na tematyce mowy.

www.pbskids.org

 

Kolejną bajką na naszej top liście są: ,,Smerfy”. Któż Ich nie zna? Dzielne niebieskie ludki na czele z Papą Smerfem stawiające dzielnie czoła Gargamelowi i Jego kocurowi Klakierowi. Hit hitów. Śmieszne dialogi, wciągająca fabuła każdego z odcinków i zakończenie z morałem. Córa ma nawet do zabawy kolekcję gumowych figurek stikeezów, które od czerwca jeszcze się Jej nie znudziły (pisałam o tym tutaj -> http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2017/09/22/czym-sie-bawi-pieciolatka-top-5-ulubionych-zabawek/ ) Nas najbardziej śmieszą wpadki Gargamela i Klakiera, żarty Zgrywusa i wiedźma Hogata 😀 Jeśli nie znacie odcinków z Hogatą koniecznie ich sobie poszukajcie i obejrzyjcie.

www.pixabay.com

 

,,Struś Pędziwiatr i Kojot”, to była moja jedna z ulubionych bajek do pośmiania w dzieciństwie. Nie przypuszczałam, że uda się zachęcić moje dziecię do obejrzenia choćby jednego odcinka.. O dziwo mojemu dziecku na tyle spodobała się ta bajka, że dziś sama się dopomina o włączenie jej. Wie dobrze, że ja również należę do wielkich fanek przygód kojota, nieudolnie próbującego schwytać zwinnego strusia pędziwiatra. Śmiejemy się w czasie oglądania ,,Struśka” na głos i mamy już nawet swoje ulubione sceny, które mimo tego iż znamy od A do Z zawsze nas śmieszą, tak jakbyśmy oglądały je pierwszy raz 🙂

www.warnerbroscartoons.wika.com

 

Lubię to nasze wspólne oglądanie bajek, któremu towarzyszy rechotanie i świetny humor. Nie ma nic przyjemniejszego niż czerpać radość ze spędzania czasu razem. Dlatego warto czasami oprócz wartościowych opowieści z przesłaniem, wyciskających łzy z oczu dziecka i dorosłego zapodać sobie coś rozluźniającego i poprawiającego nastrój. Bajki, które przedstawiłam Wam powyżej zdecydowanie umilą czas spędzony wspólnie z dzieckiem przed telewizorem.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Dlaczego jak co roku nie ulegnę trendom andrzejkowo-sylwestrowym?

Sezon imprez na których rządzić będą cekiny, brokat i pióra zbliża się wielkimi krokami. Niebawem Andrzejki, a miesiąc po nich Sylwester. Zaczyna się polowanie na ubranie wszak Czarny Piątek kusi niemiłosiernie. Wszystko po to aby zabłysnąć w gronie mniej lub bardziej sobie znanych osób. W końcu Twój look jest wtedy najważniejszy. Nie do końca kręci mnie taki klimat, nie będę ukrywać 🙂 Wolę spokojne domówki, w sprawdzonym towarzystwie, w wygodnym i ładnym ubraniu bez … kija w dupie…Bo niestety bale sylwestrowe jakoś tak sztywno mi się kojarzą. Wybaczcie – stałe bywalczynie takich imprez, ale ja myśląc o balu mam przed oczyma wystylizowane gwiazdy z tvn 😉 Pewnie nie wszędzie tak jest, ale wiecie – to jest wpis z kategorii Subiektywnie o życiu, więc macie tutaj tylko i wyłącznie moje skrzywione patrzenie na te tematy 😉

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Słowo TREND działa na mnie jak płachta na byka. Pachnie mi ono wciskaniem ciemnoty na siłę. Jeśli trafi na podatny grunt szybko przerodzi się w stan umysłu. Niestety wielu ludzi ślepo podąża za trendami…

Rok temu myślałam, że spadnę z krzesła kiedy zobaczyłam ten futurystyczny makijaż sylwestrowy, który zaprezentowany został w ,,Pytaniu na śniadanie”. To było coś! Temat stał się przedmiotem kpin i memów, co zresztą wcale mnie nie dziwi. Może miało być właśnie tak kosmicznie, inaczej, dziwniej… Może makijażystka miała jakiś kontakt z Marsjanami, u których taki makijaż to absolutny hit 😉  Podobno na Marsie jest życie, wiec…

Dla przypomnienia:

www.kozaczek.pl

 

Ok, skoro już opanowałyście śmiech, to możecie czytać dalej 🙂

Makijaż, sukienka, włosy…Ok, kobieta musi o siebie dbać, każda na swój sposób, nie wszystkie lubimy makijaż i tonę lakieru do włosów aplikowanego o poranku. Nie każda z nas regularnie robi paznokcie i ubóstwia kiecki imprezowo sylwestrowe. Mnie te przerysowane stylizacje nie przekonują. Kobiety wystrojone jak choinka dają sobie wmówić, że wyglądają cudownie i doskonale wpasowują się w klimat imprezowy. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że ogłupione przez jakieś trendy robią sobie np. taki makijaż jak na zdjęciu powyżej.


Bo przecież pokazali go w telewizji i na bank zrobi furorę. To nic, że będziemy wyglądać jak idiotki lub przybysz z innej planety. Jest trend, ślepo mu ulegamy i zamiast dobrze się bawić czujemy się jak egzotyczne zwierzątko obserwowane przez wszystkich znajdujących się w pobliżu. 


Zastanawiałam się co bym zrobiła gdybym miała możliwość w tym roku pójść na bal sylwestrowy. Czy też szaleńczo poszukiwałabym kiecki? Czy poszłabym do Szwagierki na hybrydę i pomalowała swoją facjatę (Jezu, tylko niech mi nie przyjdzie do głowy oglądać porady w telewizjach śniadaniowych przed Sylwestrem)? Chyba jednak nic by z tego nie wyszło, w sensie nie poszłabym bo to nie moje klimaty. Za to lanie wosku w Andrzejki na jakieś miłej domówce, z dziećmi, to już co innego 🙂 Albo Sylwester z mnóstwem dobrego humoru, fajną muzyką, na totalnym luzie i szampanem o północy. Tutaj mi zdecydowanie bliżej.

Irytuje mnie nagminne wmawianie ludziom, że aby się dobrze bawić w Andrzejki lub Sylwestra trzeba koniecznie wybrać się na zorganizowaną imprezę zamkniętą, na której nie będzie miejsca na spontaniczność i choćby skały srały nie wyjdzie się poza schemat z góry narzucony przez organizatorów. Imprezę na której musisz prezentować i zachowywać się w pewien odpowiedni i określony sposób. Są ludzie, którym to odpowiada, ale ja do takowych nie należę. Nie pobiegnę więc po tą srebrzystą kieckę, gustowne pantofle, boa z piór i samoopalacz z brokatem. Nie zaliczę sesji u kosmetyczki i fryzjerki. Spokojnie – dresu też nie założę 😉 Postaram się dobrze bawić bez tych wszystkich trendy błyszczących ozdobników.

Ps. Jest dla mnie jeszcze nadzieja, będę trendy w Sylwestra! Uczesze mnie fryzjerka, która potrafi taką fryzurę wyczarować w kilka minut i to prawie za free, no dobra może za tabliczkę czekolady. Moja córka się tym zajmie. #BędęJeleniemSylwester2018  😀

 

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

IBUPROM kontra PARACETAMOL, co lepsze na zbicie gorączki u dziecka?

Syropy i czopki przeciwgorączkowe dla dzieci to niezbędnik każdej domowej apteczki. Mają one działanie nie tylko przeciwgorączkowe, ale także przeciwbólowe, a niektóre nawet przeciwzapalne. Na rynku farmaceutycznym jest spory wybór syropów dla dzieci, czym więc kierować się przy kupnie tego odpowiedniego, który okaże się strzałem w dziesiątkę?

Zacznijmy od tego, że składnikiem aktywnym każdego z tych syropów jest :

  • IBUPROFEN lub
  • PARACETAMOL

Pierwszy z tych składników, czyli ibuprofen, jest klasyfikowany jako niesteroidowy lek przeciwzapalny o działaniu przeciwzapalnym, przeciwbólowym i przeciwgorączkowym. Cechuje go duża szybkość działania. Niestety może on podrażniać i uszkadzać śluzówkę żołądka, a także nerki. Należy ostrożnie stosować go w przypadku kiedy nasze dziecko ma bóle brzuszka i wymiotuje, gdyż jest gastrotoksyczny.  Ze względu na działanie przeciwzapalne jest nawet trzykrotnie silniejszy od paracetamolu. Najpopularniejsze preparaty dla dzieci zawierające ibuprofen to: Nurofen, Ibum, Ibufen.

 

Działanie paracetamolu (organicznego związku chemicznego) opiera się na zbijaniu gorączki i łagodzeniu dolegliwości bólowych. Nie ma on z kolei działania przeciwzapalnego, a tym samym nie wpływa na proces krzepnięcia krwi. Jest uznawany za lek bezpieczniejszy od ibuprofenu, nie niszczy on bowiem błony śluzowej żołądka. Jest jednak ryzyko stosowania go równolegle z lekami przeciwwirusowymi ponieważ może wchodzić z nimi w interakcje. Wśród aptecznych syropów posiadających w składzie paracetamol, można wyróżnić: Apap, Calpol, Panadol.

W razie choroby w której przebiegu występuje gorączka i ból pediatrzy zalecają naprzemienne stosowanie leków zawierających paracetamol i ibuprofen. Chodzi głównie o to żeby zapobiec wystąpieniu niepożądanych objawów związanych z możliwością przedawkowania w przypadku monoterapii, czyli podawaniu np. tylko leku z ibuprofenem. Udowodniono, że taka terapia łączona daje lepszy efekt przeciwgorączkowy, jest mniej stresująca dla dziecka bo otrzymuje ono mniejszą liczbę dawek leku i tym samym jest mniej toksyczna.

Jak wygląda taka naprzemienna kuracja przeciwgorączkowa?

Godzina 18:00 – dawka leku zawierającego paracetamol odpowiadająca masie ciała naszego dziecka.

Po 4 godzinach…

Godzina 22:00 – dawka leku zawierająca ibuprofen,  również przeliczona na masę ciała.

Po 4 godzinach…

Godzina 2:00 – lek z paracetamolem.

W międzyczasie oczywiście należy obserwować dziecko. Bardzo ważne jest aby w przypadku dawkowania leku nie sugerować się tylko wiekiem dziecka, ale przede wszystkim jego masą ciała! Wielu rodziców zamiast podawać lek w ilości odpowiedniej do wagi swoich pociech koncentruje się tylko na wieku dzieci i dawkach do niego przypisanych. W rezultacie dziecko otrzymuje za małą lub za dużą ilość leku.

Taki schemat działania wdrażałam w życie kiedy moja córka miała wirusówki objawiające się tylko i wyłącznie wysoką temperaturą, rzędu 39-40 stopni i utrzymującą się 2-4 dni. Sprawdzał się on u nas zdecydowanie lepiej niż podawanie tylko i wyłącznie leku np.: z ibuprofenem. Niestety o ile syropy typu: Nurofen i Ibum są dostępne w różnych wariantach samkowych i względnie smakują mojemu dziecku, tak w przypadku preparatów z paracetamolem tego gorzkawego posmaku nie da się przebić żadnym dodatkiem smakowym i córka wybitnie go nie znosi. Choć w mojej opinii paracetamol zdecydowanie lepiej radzi sobie z bólem. Nie ma on jednak działania przeciwzapalnego więc nie ma sensu podawać go w przypadku tworzącego się w organizmie stanu zapalnego spowodowanego np. przeziębieniem lub grypą.

Na rynku farmaceutycznym istnieje również preparat złożony, który zwiera w swoim składzie obie substancje, czyli ibuprofen i paracetamol razem w jednej buteleczce 😉 Jego nazwa to Kidofen Duo. Nasza Pani pediatra wypisała nam dwukrotnie receptę na ten syrop i muszę powiedzieć, że sprawdził się u naszej córki świetnie. Przede wszystkim ze względu na mniejszą częstotliwość dawkowania i szybkość działania. Minus – dostępny tylko na receptę. Dawkowanie tego syropu u dzieci wygląda w następujący sposób:

Dzieci:
2 do 5 lat (10 – 20 kg) 5 ml zawiesiny 3 do 4 razy na dobę
6 do 12 lat (21 – 40 kg) 5 ml do 10 ml zawiesiny 3 do 4 razy na dobę

 

Zdjęcia pochodzą ze strony: www.doz.pl

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

O służbie zdrowia słów kilka.

Któż z nas lubi włóczyć się po lekarzach, a tym bardziej być zmuszonym do pobytu w szpitalu ? Nikt, no może oprócz osób cierpiących na hipochondrię. Dlatego rękoma i nogami zapieramy się przed wizytą u lekarza, wolimy sobie łyknąć Aspirynkę, suplementować się i zafundować akupunkturę za grubą kasiorę. Żyjemy w przekonaniu, że jak już raz pójdziemy do specjalisty to na jednym razie się nie skończy, po drodze wyjdzie nam pierdylion innych dolegliwości i co najgorsze… będziemy musieli na własnej skórze poczuć jak działa okryta złą sławą służba zdrowia.


A działa w sposób kompletnie niezrozumiały, zaskakujący i czasami szokujący.


Staram się w kontakcie z służbą zdrowia być cierpliwa (spore wyzwanie), kulturalna i miła. Ostatni mój najdłuższy pobyt w szpitalu to niespełna 4 dni. Podczas tego pobytu urodziła się moja córka. Hormony i euforia sprawiły, że kompletnie nie interesowało mnie to czy personel jest dla mnie miły, czy też nie. Wszystko przebiegło książkowo, zadbano o moje dziecko i o mnie całkiem dobrze. Bez ochów i achów, bez nerwów i traumatycznych przeżyć. Potem miewałam sporadyczne wizyty u lekarza, endokrynolog bo mam problemy z tarczycą, neurolog bo miewam potężne migreny i ginekolog bo jestem zwolenniczką regularnego wykonywania cytologii. Takie tam, normalne wizyty 😉 Żadnych większych ingerencji w moje ciało.

Tak było do ostatniego piątku, kiedy to z paskudnie skaleczoną łapą pojechałam na izbę przyjęć. Poczekalnia pełna, ludzie z rękoma na temblaku, z kroplówkami, z rwami kulszowymi, urazami głowy i innymi nieciekawymi dolegliwościami. Rejestracja pusta, w sensie brak osoby rejestrującej. Świetnie – pomyślałam sobie, ciekawe ile będę tutaj kwitła. Po kilku minutach przyszła kobieta, która w miarę sprawnie zarejestrowała mój przypadek w systemie, kazała przejść do poczekalni i … czekać. Odprawiałam córkę i lubego do samochodu (wiedziona przeczuciem zapakowałam tablet dla młodej, żeby nie zanudziła się aucie). Udałam się do poczekalni i mym oczom ukazał się dorodny, wiszący tak aby nikt go nie przeoczył plakacik informacyjny. Oto i on:

Z godną politowania miną zerknęłam na moją elegancko zawiązaną czerwonym bandażem dłoń i wiedziałam, że ja to sobie tutaj dzisiaj posiedzę. Oj posiedzę i to bagatela minimum 360 minut 😀 Rozsiadłam się wygodnie, rozglądnęłam się dyskretnie po licach towarzyszy niedoli i uruchomiła się we mnie ona…ta jedna cecha, którą mam po tacie…która włącza się mimowolnie. Mianowicie paplanina o niczym z obcymi ludźmi…;) Mój tato wychodzi z założenia, że z każdym człowiekiem można ciekawie porozmawiać i generalnie każde jego wyjście z domu kończy się tym, że nawiązuje on dziesiątki interesujących rozmów z obcymi ludźmi. Mama już się z tego śmieje, mi do śmiechu nie jest bo zaczynam mieć tak samo! W poczekalni dorwałam siedzącego obok mnie młodego chłopaczka i zagadałam:

  • Czy Pan się może orientuje ile mniej więcej się czeka na badanie? (bardzo inteligentnie, zważywszy na to, że plakat miałam przed nosem)
  • Wie Pani co, ja będę czekał do godziny … 20 na nastawianie barku. (była godzina 17)

No pięknie! Czyli idąc za głosem rozsądku, skoro ten chłopak ma wybity bark i przyjmą go za 3 (!) godziny to nie umniejszając mojemu skaleczeniu, mnie zastanie tutaj nocka! Dziecko i luby w aucie więc przezornie zaczęłam już pisać sms żeby się zbierali do domu, a ja wrócę jakimś nocnym autobusem…:D I nagle z sali obok słyszę jak wywołują moje nazwisko. Podskoczyłam jak oparzona i pędem ruszyłam do gabinetu. Uradowana szybkością przyjęcia założyłam sobie nawet, że jeśli lekarz będzie totalnym gburem ja będę dla niego arcymiła i uległa. A tutaj zaskoczenie. Pełna kultura i profesjonalizm. Szybka decyzja o szyciu, raz, dwa, trzy, zlecenie na szczepionkę, prośba o poczekanie chwilki w poczekalni na dokumentacje i szczepienie. Prawie podnosiłam szczękę z podłogi z wrażenia. Czy to jest Polska Służba Zdrowia? Gdzie ja jestem?

Oszołomiona usiadłam na ławeczce. I znowu uruchomił się gen ojca, nadawałam do biednego chłopaczka siedzącego obok mnie. Tego nieszczęśnika, który będzie tam kwitł jeszcze kilka godzin, bez jedzenia i bez picia. Tego, który kontuzji nabawił się podczas…gry w kręgle. I tutaj kolejne zaskoczenie bo zamiast tradycyjnej polskiej zawiści, że mi się udało zostać przyjętej wcześniej od niego miałam naprawdę świetną pogawędkę z młodym człowiekiem. Pomimo niezbyt komfortowej sytuacji udało nam się nawet pożartować 🙂 W międzyczasie lekarz przyniósł mi dokumentację i zostałam zawołana na szczepienie. Piękny czerwony bandaż (dzięki Ciocia – oddam jak go przestanę użytkować 😀 ), którym miałam owiniętą ranę wzbudził lekkie szyderstwo Pana wykonującego szczepienie 😉 Pasował mi jak pięść do oka, ale przykuwał uwagę, normalnie rewia mody na izbie przyjęć 😀

I tak oto, wieczorna, piątkowa wizyta na izbie przyjęć trwała niecałe 30 minut. Tylko tyle. Nastawiałam się na bardzo długie oczekiwanie, na nerwy, na nieprzyjemny personel, złośliwych i zniecierpliwionych pacjentów, brud, smród i samo zło. Dlaczego? Bo jak większość z nas chłonę jak gąbka same negatywne historie o naszej służby zdrowia. Wolę nastawić się na najgorsze. O ironio! Idę uzyskać pomoc, a nastawiam się na psychiczne tortury. Tymczasem ostatnie wydarzenia utarły mi trochę nosa. W kontekście mojej osoby bo jakby nie było chłopak z którym rozmawiałam miał przerąbane. On raczej z uśmiechem na ustach stamtąd nie wyszedł. Ja owszem. Chciałabym łudzić się, że to nie był pierwszy i ostatni raz, kiedy mogę dobrze, nie obojętnie lub negatywnie, ale właśnie w superlatywach opowiedzieć o naszej opiece zdrowotnej. Oczywiście nie zamierzam już więcej lądować na izbie przyjęć 😉 ale w praktyce może być różnie. Zwłaszcza, że noże nadal są ostre, a ja bywam roztargniona niemiłosiernie 😀

Na zakończenie moich wywodów i opowieści w stylu : ,,Ta historia nadaje się na scenariusz jednego z odcinków paradokumentu typu SZPITAL” stwierdzam, że dużo w kontaktach z lekarzami, pielęgniarkami czy też obsługą szpitala daje bycie kulturalnym człowiekiem/pacjentem. Wydaje mi się, że nawet najbardziej gburowaty personel medyczny staje się znośniejszy kiedy jesteśmy do niego przychylnie i grzecznie nastawieni. Sprawdzone  na własnym przykładzie 😉

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Prawo jazdy po trzydziestce.

Pochodzę z rodziny, która wszędzie przemieszczała się komunikacją miejską, rowerem albo pieszo. Tata mój nie miał ciągotek do prowadzenia samochodu, mama tym bardziej. Siłą rzeczy, kiedy moja siostra ukończyła 18 rok życia, a dziesięć lat później tyleż samo ukończyłam ja – nasi rodzice mieli zupełnie inne pomysły niż sprezentowanie nam kursu na prawo jazdy. Prawdę powiedziawszy, żadna z nas nie była jakoś specjalnie chętna aby cokolwiek w tym temacie zadziałać. Całe życie w autobusie, na luzaka, bileciki miesięczne, potem semestralne, czasami na gapę, innym razem na piechotę pół miasta. Stolica Podkarpacia w porównaniu z Katowicami jest zdecydowanie przystępniejsza pod względem przemieszczania się. Żeby nie powiedzieć komunikacyjnie totalnie dwie różne bajki. Dlatego kiedy siedem lat temu przeprowadziłam się do Katowic zrozumiałam, że długo bez prawa jazdy to ja nie pociągnę. Od pomysłu do realizacji trochę wody jednak upłynęło, ale w końcu to prawo jazdy zrobiłam i co najważniejsze – jeżdżę samochodem w miarę regularnie.

Mój pierwszy raz za kółkiem to był rok 2011, marzec. Luby postanowił zapoznać mnie (totalnego matoła motoryzacyjnego) z obsługą volkswagena golfa 3, którego wówczas posiadał. Na miejsce pierwszych samochodowych manewrów mój towarzysz wybrał jakieś przemysłowe tereny kompletnie opustoszałe w sobotę i niedzielę. Długo to ja sobie nie pojeździłam, ale spodobało mi się. Bilans przejażdżki: zero zarysowań, kolizji, trochę przypalonego sprzęgła i nastawienie, ze zapiszę się na kurs lada chwila. Nie wypaliło, niedługo potem zaszłam w ciążę, więc miałam już totalne usprawiedliwienie na kolejne lata. Temat ucichł, ale powrócił dosyć niespodziewanie w lipcu 2015 roku. Luby zapisał mnie na kurs, a ja nie oponowałam. I tak oto rozpoczęła się moja przygoda z prawem jazdy. Oto cała moja droga (wypunktowana 😉 ) począwszy od otrzymania PKK do wydania dokumentu prawa jazdy :

  1. Udałam się do Wydziału Komunikacji żeby złożyć wniosek o wydanie numeru PKK (Profilu Kandydata na Kierowcę). Żeby takowy numer otrzymać musiałam przejść badania i otrzymać orzeczenie lekarskie stwierdzające brak przeciwskazań zdrowotnych do kierowania pojazdami silnikowymi (kategorii B). Oprócz tego potrzebna była fotografia o wymiarach 3,5 x 4,5 cm, dokument potwierdzający tożsamość i prawidłowo wypełniony wniosek.
  2. Wraz z nadaniem mi PKK mogłam rozpocząć oficjalnie kurs. Na początek wykłady: 30 godzin.
  3. Po teorii przychodzi czas na praktykę: 30 godzin jazd. Z doświadczenia wiem, że to nie wystarcza, chyba, że mamy do czynienia z wybitną jednostką.
  4. Po wyjeżdżonych godzinach podeszłam do egzaminu wewnętrznego, najpierw teoretycznego, a później praktycznego. Praktykę powtarzałam 😉
  5. Po zdaniu egzaminów wewnętrznych OSK odesłało moje PKK do Wydziału Komunikacji z informacją, że ukończyłam kurs i mogę podejść do egzaminów państwowych.
  6. Podreptałam do WORD-u i zapisałam się najpierw na egzamin teoretyczny (koszt 30 zł). Na egzamin praktyczny były naprawdę potężne kolejki: 3-4 tygodni. Z kolei na teorię czekałam chyba około tygodnia.
  7. Zdałam teorię i zapisałam się na praktykę, czekałam 2 tygodnie (koszt 140 zł)
  8. Brałam dodatkowe jazdy przed egzaminem.
  9. Oblałam pierwszy egzamin – wymusiłam pierwszeństwo – standarcik.
  10. Znowu jazdy doszkalające. Wymarzona waga 60 kg bo stres mnie pożerał.
  11. Po 10 dniach egzamin drugi – zdane.! Ufff.
  12. Dwa tygodnie później miałam już swój dokumencik 🙂

Trzy miesiące przygody, niesamowitych nerwów i emocji. Było warto. Niestety refleks po trzydziestce już nie jest taki wyborny jak u osiemnastolatków (którzy notabene) stanowili 90% kursantów 😀 Kiedy patrzyłam na ich wyczyny za kierownicą było mi trochę wstyd bo ja dwa razy musiałam pomyśleć zanim wykonałam jakiś manewr, stresując się przy tym niemiłosiernie. Młodzież była nastawiona na działanie, dynamiczna i poniekąd motywująca bo spięłam poślady i dopasowałam się!

Korzyści płynących z posiadania prawa jazdy jest mnóstwo, począwszy od niezależności, a skończywszy na czerpaniu czystej przyjemności z jazdy samochodem. Żałuję, że tyle czasu zwlekałam i wcześniej się za to nie zabrałam. Uprawnienia kierowcy zdobyłam więc już jako trzydziestka 🙂 Dlatego każdej kobiecie (która ma już trochę więcej niż osiemnaście wiosenek 😉 ), wahającej się przed podjęciem decyzji związanej z pójściem na kurs, obawiającej się panicznie tego, że nie podoła radzę żeby zaryzykowała i spróbowała. A nóż okaże się, że jesteście świetne i macie duże predyspozycje aby zostać dobrym kierowcą. Dziś jest bardzo duży wybór dobrych szkół nauki jazdy ,a instruktorzy mają naprawdę świetne podejście do kursantów w różnym wieku. Wystarczy po prostu się za to zabrać bo kiedy już zasmakujecie jazdy autkiem wówczas Wasz facet będzie miał przerąbane. Po prostu będzie grzał siedzenie pasażera 😀

Opcja mniej optymistyczna 😀 :

www.wojnaplci.pl

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

,,Last Christmas” i ozdoby choinkowe w listopadzie – Lubię to!

Mogłabym rozpocząć ten wpis od wrzucenia wszystkich Polaków do jednego wora z podpisem:

,, Marudzę bo od listopada huczą, że coraz bliżej Święta…”

Nie chcę jednak generalizować bo wiem, że oprócz wszystkich zbulwersowanych są też takie jednostki jak ja (poza dziećmi 😀 ) , które po Dniu Zadusznym zaczynają mentalnie nastawiać się na piękny Bożonarodzeniowy czas. Cóż mogę poradzić na to, że klimat Świąt lepiej odczuwam słuchając na okrągło w radio odgrzewanego co roku kotleta zespołu Wham!, wdychając nałogowo zapach mandarynek i przypraw korzennych do pierników, a także podziwiając ozdoby świąteczne w sklepach i świąteczne oświetlenie ulic w mieście. Nie wspomnę już o wyczekiwaniu na pierwsze płatki śniegu i corocznej nadziei na to, że Święta będą białe. Żyję też ciągłą nadzieją, że w końcu nie zaśpię na pasterkę uśpiona przez coroczne obżarstwo wigilijne 😉

W tym roku gościmy u nas moich rodziców, z czego wszyscy bardzo się cieszymy, a zwłaszcza córa, która ma zamiar z premedytacją nie odstępować dziadka na krok 😀 Ja zamierzam w końcu dojść do perfekcji w lepieniu pierogów pod czujnym i profesjonalnym okiem mojej mamy. Ma być wesoło, rodzinnie i bardzo świątecznie. Dlatego nakręcam się już od listopada i pozytywnie odbieram wszystkie bodźce, które mi o Świętach przypominają. Wiem, że prawdziwa istota Świąt nie polega na obżarstwie, ozdobach świątecznych, Mikołaju, choince, piosenkach świątecznych i prezentach. Boże Narodzenie to przede wszystkim przeżycie duchowe, święto upamiętniające narodziny Chrystusa, to czysta radość i wdzięczność, skupiam się na tym, ale pozwalam sobie również na radochę z tych przyziemnych umilaczy 🙂 Tak – Kevin sam w domu też będzie 😉

Ktoś mi powie:

  • ,, Przecież to wszystko to są przedświąteczne chwyty marketingowe na które tylko naiwni dają się nabierać”!

Ja to wszystko wiem 🙂 Moja aprobata i świadome uczestnictwo w tym całym szale przedświątecznym wcale nie czyni ze mnie gorszego, niewierzącego egzemplarzu. Przecież Boże Narodzenie to najbardziej radosne świąteczne wydarzenie w całym roku, na które wielu z nas czeka. Mnie kojarzy się z radością w każdym możliwym wymiarze. Wiem jednak, że każdy ma prawo przeżywać je tak jak chce. Jeden będzie naburmuszony i przyjmie taktykę na tzw. przeczekanie, drugi będzie jeździł po sklepach jak szalony, kupował tysiące niepotrzebnych jego zdaniem rzeczy i w tym samym czasie udawał radość z nachodzących świat. Następny skupi się na modlitwie, częściej będzie odwiedzał w tym czasie Kościół, a jeszcze inny postara się znaleźć złoty środek i stworzy sobie swoją prywatną magię świąt… Nie ma sensu piętnować kogokolwiek za tzw. ,,przedświąteczny szoping”, wybieranie prezentów, szał zakupów…  Ja np. w tym roku ,,zgrzeszę” bo zamierzam upolować jakąś większą choinkę, ciekawe ozdoby i światełka…Pojadę do największego złaaaa czyli dużego supermarketu i będę zachwycać się świątecznymi akcesoriami 😉 Potem w moim domu stanie duża choinka z mnóstwem tanich chińskich ozdób i będę się cieszyć jak moje dziecko. To będzie Boże Narodzenie według Dominiki 😉 Z uśmiechem na ustach, radosną atmosferą, Kościołem, kolędami, bliskimi osobami, prezentami i być może śniegiem 😀 Bez narzekania, polityki przy stole wigilijnym, obgadywania i marudzenia … Chcę wszędzie widzieć pozytywy, założyłam sobie różowe okulary.

Na zakończenie…:D