O służbie zdrowia słów kilka.

Któż z nas lubi włóczyć się po lekarzach, a tym bardziej być zmuszonym do pobytu w szpitalu ? Nikt, no może oprócz osób cierpiących na hipochondrię. Dlatego rękoma i nogami zapieramy się przed wizytą u lekarza, wolimy sobie łyknąć Aspirynkę, suplementować się i zafundować akupunkturę za grubą kasiorę. Żyjemy w przekonaniu, że jak już raz pójdziemy do specjalisty to na jednym razie się nie skończy, po drodze wyjdzie nam pierdylion innych dolegliwości i co najgorsze… będziemy musieli na własnej skórze poczuć jak działa okryta złą sławą służba zdrowia.


A działa w sposób kompletnie niezrozumiały, zaskakujący i czasami szokujący.


Staram się w kontakcie z służbą zdrowia być cierpliwa (spore wyzwanie), kulturalna i miła. Ostatni mój najdłuższy pobyt w szpitalu to niespełna 4 dni. Podczas tego pobytu urodziła się moja córka. Hormony i euforia sprawiły, że kompletnie nie interesowało mnie to czy personel jest dla mnie miły, czy też nie. Wszystko przebiegło książkowo, zadbano o moje dziecko i o mnie całkiem dobrze. Bez ochów i achów, bez nerwów i traumatycznych przeżyć. Potem miewałam sporadyczne wizyty u lekarza, endokrynolog bo mam problemy z tarczycą, neurolog bo miewam potężne migreny i ginekolog bo jestem zwolenniczką regularnego wykonywania cytologii. Takie tam, normalne wizyty 😉 Żadnych większych ingerencji w moje ciało.

Tak było do ostatniego piątku, kiedy to z paskudnie skaleczoną łapą pojechałam na izbę przyjęć. Poczekalnia pełna, ludzie z rękoma na temblaku, z kroplówkami, z rwami kulszowymi, urazami głowy i innymi nieciekawymi dolegliwościami. Rejestracja pusta, w sensie brak osoby rejestrującej. Świetnie – pomyślałam sobie, ciekawe ile będę tutaj kwitła. Po kilku minutach przyszła kobieta, która w miarę sprawnie zarejestrowała mój przypadek w systemie, kazała przejść do poczekalni i … czekać. Odprawiałam córkę i lubego do samochodu (wiedziona przeczuciem zapakowałam tablet dla młodej, żeby nie zanudziła się aucie). Udałam się do poczekalni i mym oczom ukazał się dorodny, wiszący tak aby nikt go nie przeoczył plakacik informacyjny. Oto i on:

Z godną politowania miną zerknęłam na moją elegancko zawiązaną czerwonym bandażem dłoń i wiedziałam, że ja to sobie tutaj dzisiaj posiedzę. Oj posiedzę i to bagatela minimum 360 minut 😀 Rozsiadłam się wygodnie, rozglądnęłam się dyskretnie po licach towarzyszy niedoli i uruchomiła się we mnie ona…ta jedna cecha, którą mam po tacie…która włącza się mimowolnie. Mianowicie paplanina o niczym z obcymi ludźmi…;) Mój tato wychodzi z założenia, że z każdym człowiekiem można ciekawie porozmawiać i generalnie każde jego wyjście z domu kończy się tym, że nawiązuje on dziesiątki interesujących rozmów z obcymi ludźmi. Mama już się z tego śmieje, mi do śmiechu nie jest bo zaczynam mieć tak samo! W poczekalni dorwałam siedzącego obok mnie młodego chłopaczka i zagadałam:

  • Czy Pan się może orientuje ile mniej więcej się czeka na badanie? (bardzo inteligentnie, zważywszy na to, że plakat miałam przed nosem)
  • Wie Pani co, ja będę czekał do godziny … 20 na nastawianie barku. (była godzina 17)

No pięknie! Czyli idąc za głosem rozsądku, skoro ten chłopak ma wybity bark i przyjmą go za 3 (!) godziny to nie umniejszając mojemu skaleczeniu, mnie zastanie tutaj nocka! Dziecko i luby w aucie więc przezornie zaczęłam już pisać sms żeby się zbierali do domu, a ja wrócę jakimś nocnym autobusem…:D I nagle z sali obok słyszę jak wywołują moje nazwisko. Podskoczyłam jak oparzona i pędem ruszyłam do gabinetu. Uradowana szybkością przyjęcia założyłam sobie nawet, że jeśli lekarz będzie totalnym gburem ja będę dla niego arcymiła i uległa. A tutaj zaskoczenie. Pełna kultura i profesjonalizm. Szybka decyzja o szyciu, raz, dwa, trzy, zlecenie na szczepionkę, prośba o poczekanie chwilki w poczekalni na dokumentacje i szczepienie. Prawie podnosiłam szczękę z podłogi z wrażenia. Czy to jest Polska Służba Zdrowia? Gdzie ja jestem?

Oszołomiona usiadłam na ławeczce. I znowu uruchomił się gen ojca, nadawałam do biednego chłopaczka siedzącego obok mnie. Tego nieszczęśnika, który będzie tam kwitł jeszcze kilka godzin, bez jedzenia i bez picia. Tego, który kontuzji nabawił się podczas…gry w kręgle. I tutaj kolejne zaskoczenie bo zamiast tradycyjnej polskiej zawiści, że mi się udało zostać przyjętej wcześniej od niego miałam naprawdę świetną pogawędkę z młodym człowiekiem. Pomimo niezbyt komfortowej sytuacji udało nam się nawet pożartować 🙂 W międzyczasie lekarz przyniósł mi dokumentację i zostałam zawołana na szczepienie. Piękny czerwony bandaż (dzięki Ciocia – oddam jak go przestanę użytkować 😀 ), którym miałam owiniętą ranę wzbudził lekkie szyderstwo Pana wykonującego szczepienie 😉 Pasował mi jak pięść do oka, ale przykuwał uwagę, normalnie rewia mody na izbie przyjęć 😀

I tak oto, wieczorna, piątkowa wizyta na izbie przyjęć trwała niecałe 30 minut. Tylko tyle. Nastawiałam się na bardzo długie oczekiwanie, na nerwy, na nieprzyjemny personel, złośliwych i zniecierpliwionych pacjentów, brud, smród i samo zło. Dlaczego? Bo jak większość z nas chłonę jak gąbka same negatywne historie o naszej służby zdrowia. Wolę nastawić się na najgorsze. O ironio! Idę uzyskać pomoc, a nastawiam się na psychiczne tortury. Tymczasem ostatnie wydarzenia utarły mi trochę nosa. W kontekście mojej osoby bo jakby nie było chłopak z którym rozmawiałam miał przerąbane. On raczej z uśmiechem na ustach stamtąd nie wyszedł. Ja owszem. Chciałabym łudzić się, że to nie był pierwszy i ostatni raz, kiedy mogę dobrze, nie obojętnie lub negatywnie, ale właśnie w superlatywach opowiedzieć o naszej opiece zdrowotnej. Oczywiście nie zamierzam już więcej lądować na izbie przyjęć 😉 ale w praktyce może być różnie. Zwłaszcza, że noże nadal są ostre, a ja bywam roztargniona niemiłosiernie 😀

Na zakończenie moich wywodów i opowieści w stylu : ,,Ta historia nadaje się na scenariusz jednego z odcinków paradokumentu typu SZPITAL” stwierdzam, że dużo w kontaktach z lekarzami, pielęgniarkami czy też obsługą szpitala daje bycie kulturalnym człowiekiem/pacjentem. Wydaje mi się, że nawet najbardziej gburowaty personel medyczny staje się znośniejszy kiedy jesteśmy do niego przychylnie i grzecznie nastawieni. Sprawdzone  na własnym przykładzie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *