Pojawiła się (oby nie na chwilę) – ZIMA

Godzina 6:30, dzwoni telefon. Śpimy: dziecię pod ścianą, ja na skraju łóżka. Obydwie powyginane w swoich pozycjach, z tym, że Ona wstanie wypoczęta, a ja połamana z bólem głowy i łupaniem w karku. Oho – dzwoni Tata, miał nas obudzić bo niestety ja jestem technicznym debilem i nie potrafię sobie nastawić budzika w nowym telefonie. Wielkie dzięki za pobudkę, trzeba wstawać. Od pierwszych kroków czuję, że rozsadza mi jedną połowę czaszki. Pani w aptece stwierdziła, że jestem najprawdopodobniej meteopatką. Jakoś muszę żyć z tą świadomością 😉 W kuchni zastałam ciemność, ach tak, muszę podnieść rolety. Bez specjalnego wczuwania się w wykonywaną czynność podnoszę rolety i moim oczom ukazuje się on – ŚNIEG. Wow! Uczucie radości wygrywa z kiepskim samopoczuciem o poranku. Wołam Młodą. Biegnie. Włos rozwichrzony, śpiochy w oczach, ledwo widzi mnie, ale jak tylko podnoszę ją do okna żeby zobaczyła jak fajnie jest na zewnątrz rozpromieniona planuje już … wyjście na sanki. Studzę trochę ten dziecięcy zapał, nie dlatego, że nie mam ochoty pobrykać na sankach, ale termometr przed moją facjatą jak byk pokazuje 4 stopnie na plusie. O godzinie 14 pozostanie już tylko błoto pośniegowe i chodnikowa ciapa. Mina nietęga, ale proponuję małą bitwę na śnieżki w drodze na przystanek autobusowy. Kręcę sama na siebie bata, ale cóż innego mogę na szybko zaproponować? 🙂 Dzika radość w oczach i zapowiedź, że nie będzie mnie oszczędzać. Super. Obym tylko nie dostała w gębę. Grzeję mleczko, ubieram się, myję twarz z naciskiem na posklejane ropą oczy. Potem zalewając sobie herbatę spoglądam jednym okiem na widok z okna.

Ten widok…z kuchennego okna

 

Kurczę, ależ jest pięknie. Uwielbiam białą, śnieżną, mroźną zimę. Taką, jaką pamiętam za dzieciaka. Nie oszukuję się jednak, ten śnieg długo nie poleży i pewnie w Święta zamiast śniegu i mrozu termometry będą wskazywać nam 10 stopni na plusie :/…Sorry, taki mamy klimat. Dlatego jeszcze chwilę upajam się tym widokiem i lecę wykonywać kolejne czynności poranne.

Kiedy przychodzi pora na wyjście z domu jak zwykle skupiam się bardziej na ubraniu odpowiednio do pogody i warunków mojej córki, aniżeli siebie. Wychodzę na tym jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. Młoda od stóp do głów gotowa na bitwę śnieżkową, a ja w cienkiej kurtce, bez szalika i … rękawiczek! W ulubionych kozakach, które są świetne, ale się ślizgają niemiłosiernie i w dodatku palce u stóp odmrażają mi się w nich w ciągu pierwszych 5 minut przebywania w niskich temperaturach. Dam radę, w końcu to mały kawałek do przystanku. Po drodze oczywiście dostaję kulką w plecy. Taką ,, kulką” :

Oberwało mi się tą bryłką 😉

 

Cieszy się Ona, cieszę się i ja. Krótki odcinek zostaje pokonany w żółwim tempie bo jest tyle możliwości zabawy śniegiem, że nawet ja bym na takie oryginalne pomysły nie wpadła. W międzyczasie wysłuchuję dziesiątki próśb o możliwość zrobienia aniołka/ orła na śniegu. Odmawiam tylko dlatego, że na chodniku śnieg jest już błotośniegiem. Obiecuję, że jeśli pod przedszkolem będzie skwer z czystym białym puchem będzie mogła tego anioła zrobić. I robi. Bryka jeszcze chwilę z koleżankami pod przedszkolem. Cieszą się jak szalone z pierwszego w tym roku śniegu.

Gdy wracam do domu nie boli mnie już głowa, jestem pozytywnie nakręcona i porządnie przemarznięta 😉 Jak dobrze, że człowiek potrafi weselić się jeszcze z takiej oczywistej oczywistości jaką jest śnieg…Zwłaszcza ten pierwszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.