1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Krótki wpis o tęsknocie

Miało dziś nie być wpisu. Bo dziecko chore i kaszle tak donośnie, że na każde jego kaszlnięcie podskakuję do sufitu całym swoim jestestwem. Bo chałupa jakaś taka pusta po wyjeździe moich rodziców i siostry. Bo nie mogę się w niczym odnaleźć i już sama nie wiem ile tych BO jeszcze naliczę. Pomiędzy oddechem gruźlika, a odgrzewaniem wczorajszej zupy, którą na szczęście przezornie zrobiła mi moja mama nasunęła mi się pewna refleksja.


Czy to dobrze, że moja rodzina jest daleko?


Mamie mogę się co najwyżej wypłakać w telefon, tata z rodzaju tych co to przez telefon niewiele powie, a moja kochana siostra ma swoje życie i nie może wiecznie słuchać moich narzekań. A ja chciałabym tak najzwyczajniej w świecie czasami wybrać się do mamy na małą kawkę, zagrać z tatą w remika albo pójść z siostrą na zakupy. Odległość wszystko uniemożliwia, kontakt jest ograniczony bo pomimo mobilności jednej i drugiej strony pochłaniają nas setki spraw i ciężko się zgrać…

Fajnie byłoby móc ,,podrzucić” dziecko rodzicom i pójść do kina na wieczorny seans albo sobie zrobić romantyczny wieczór tylko we dwoje. Pewnych spraw jednak nie przeskoczymy. Być może dzięki tej odległości tak bardzo doceniam te nasze nieczęste spotkania, dosłownie od święta…. I celebruję każdy drobny gest…każdą chwilę, spacer, wspólny posiłek, śmiech i radość …

A potem przeżywam – ich wyjazd… Wracają do swojego życia, nie mogę ich zatrzymać i wkleić w swoją codzienność. Mogę jedynie oczekiwać kolejnych spotkań i oglądać wspólne fotografie próbując wytłumaczyć mojej córce kiepską częstotliwość wszystkich wizyt moich rodziców. Biorę to jednak na klatę. Któż to wie jakby wyglądały nasze relacje gdybyśmy mieszkali blisko siebie i mieli siebie na wyciągnięcie ręki? Być może nie dogadywalibyśmy się najlepiej…? Cieszmy się więc z tego co jest…

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Bardzo dobre ciacho – chałwowiec z dżemem porzeczkowym

Święta trwają w najlepsze, a obżarstwu nie ma końca. Dziś wpadłam na stronkę z myślą o wrzuceniu Wam przepisu na chałwowiec, który obiecałam w sobotę. Wczoraj nie dałam rady go wrzucić, ale generalnie nie jest ciasto typowo świąteczne więc można go robić o każdej porze dnia i roku 🙂

Składniki:

  1. 3 łyżki mąki pszennej.
  2. 3 łyżki mąki ziemniaczanej.
  3. Pół szklanki cukru.
  4. Dwa żółtka.
  5. 1 litr mleka.
  6. 200 g masła.
  7. 500 g chałwy waniliowej.
  8. 600 g herbatników kakaowych.
  9. 2 słoiczki dżemów z czarnej porzeczki.

Potrzebne będą także: blacha i papier do pieczenia.

Sposób przygotowania:

W misce połączyłam ze sobą mleko (1,5 szklanki z litra), mąkę pszenną, mąkę ziemniaczaną, cukier oraz żółtka. Wszystko dokładnie wymieszałam mikserem. W garnku zagotowałam resztę mleka. Stopniowo dodawałam przygotowaną wcześniej mieszankę. Gotową masę – zgęstniałą odstawiłam do ostygnięcia. W mikserze ubiłam miękkie masło. Następnie małymi porcjami dodawałam przygotowaną masę. Do masy na sam koniec dodałam pokruszoną chałwę i wszystko dokładnie wymieszałam. W blaszce wyścielonej papierem do pieczenia ułożyłam herbatniki, a na wierzchu posmarowałam je masą chałwową. Następnie znowu wyłożyłam herbatniki i na nie wyścieliłam 1 słoiczek dżemu plus troszkę kremu. Ponownie przykryłam całość herbatnikami i wyścieliłam masą chałwową z dżemem. Górną warstwę herbatników pokryłam delikatnie resztką kremu i pokruszyłam całość chałwą żeby ozdobić ciasto. Gotowe ciasto chłodzimy w lodówce przez całą noc. Na następny dzień ciasto jest gotowe do jedzenia, a herbatniczki super miękną.

Bardzo smaczne i syte ciacho 🙂 Smacznego 🙂

 

Fotografie własne.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Szalony przedświąteczny czas i krótki przepisik na uszka :)

23 grudzień 2017 rok. Już jutro Wigilia, moja mama dwoi się i troi w kuchni, pomaga siostra, tato i przede wszystkim najmłodsza słodycz – moja córa. Próbuję dorzucić swoje trzy grosze – zaraz lecę robić ciasto. Najpierw jednak chciałam wpaść tutaj, na moją stronkę, którą bardzo, ale to bardzo lubię, do moich czytelników, których stale przybywa (to nie miało brzmieć jak chwalenie się, po prostu cieszę się, że jesteście 🙂 ) Czas pędzi jak szalony, mniej więcej od środy zapierniczam na wysokich obrotach, zaniedbując niestety troszkę bloga. Jako świeżak blogowy nie napisałam żadnych mega przemyślanych i wykwintnych wpisów na zaś…Czyli nie sypnę teraz tekstem z rękawa, wybaczcie. Cały ten blog to totalny spontan 🙂

Dziś moja mama nalepiła 168 pierogów i 105 uszek z grzybami. Chylę Jej czoła. Po prostu Ona robi najlepsze pierogi i uszka na świecie, ja mogę co najwyżej czyścić Jej buty. Poniżej wrzucę Wam parę fotek z tego imponującego wydarzenia 😀 Przepis na ciasto znajdziecie tutaj: http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2017/09/14/ulubione-danie-pierogi-ruskie/

Natomiast jeżeli chodzi o farsz: na te 105 uszek (u na mają kształt pierogów) przypadło 700 g grzybów już ugotowanych, odciśniętych i zmielonych. Do grzybków dodałyśmy jedną podsmażoną na masełku cebulkę pokrojoną w kostkę. Farsz doprawiłyśmy solą i pieprzem.

Uszka podgotowałyśmy lekko i włożyłyśmy do naczynia żaroodpornego. Leżakują sobie do jutrzejszej kolacji kiedy to wylądują w przepysznym barszczyku czerwonym.


Ta gorączka przedświąteczna tak bardzo była mi potrzebna…Tak bardzo potrzebowałam tego aby w końcu coś się działo, abyśmy byli w końcu razem i moja córka czuła się wyjątkowo. Dlatego nawet słowem nie pisnę, że jest mi źle. Teraz pędzę robić chałwowca i nie omieszkam napstrykać dla Was fotek oraz skrobnąć wpis z przepisem 🙂

Dla tych, którzy tak jak ja są zwarci i gotowi do boju – dużo siły.

Dla odpoczywających – miłego chillowania 🙂

 

Foty własne.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Potrawy wigilijne, które zagoszczą na moim stole

Boże Narodzenie tuż tuż, a w mojej głowie pojawia się lista dań, które obowiązkowo pojawią się na naszym stole wigilijnym. Muszę z ręką na sercu przyznać się, że nie ma szans na zrobienie aż kultowej dwunastki potraw wigilijnych. Nigdy zresztą nie uczestniczyłam w takiej kolacji wigilijnej podczas której miałabym możliwość degustacji aż dwunastu dań. Stawiam na kultowe i lubiane przez naszą rodzinę dania. Takie, które podchodzą smakiem wszystkim domownikom i które z powodzeniem można pałaszować jeszcze w Boże Narodzenie 🙂 Nie ma opcji żeby na Wigilijnym stole nie pojawiły się:

  1. PIEROGI. Najlepsze danie pod słońcem, zarówno dla mnie jak i dla mojej córci, która już przebiera nogami ze zniecierpliwienia bo wie, że wraz z przyjazdem swojej babci (a mojej mamy) ma gwarantowane pierogi nie tylko na Wigilię, ale też w inne dni 😀  Najbardziej lubimy ruskie, z ziemniaczkami, serem białym i podsmażoną cebulką, z dużą ilością pieprzu w smakowitej okrasie! Ślinka cieknie mi na samą myśl 🙂
  2. BARSZCZYK CZERWONY. Aromatyczny, wyrazisty i krwiście czerwony. Solidnie doprawiony i naczosnkowany. Taki, którego będzie można się napić jeszcze następnego dnia i będzie smakował jeszcze lepiej. No i oczywiście do barszczyku czerwonego koniecznie pasują:
  3. USZKA Z GRZYBKAMI. Nazbierało się sporo tych leśnych grzybków w tym sezonie 😉 Będą one stanowić przepyszny farsz do naszych uszek. Satysfakcja niemała, wszak ceny grzybów przyprawiały o zawrót głowy!
  4. RYBKA SMAŻONA i do tego frytki. Smażenia ryby podejmuję się w tym roku ja, ponieważ mojej mamie ryba przeważnie przywiera i rozpada się. Ja mam na smażenie filetów rybnych swój patent. Najpierw obtaczam w mące, następnie w rozbełtanym jajku, a potem dopiero w bułce tartej. Patent od Dobrej Duszy 🙂 Zapewne skuszę się na filety z dorsza atlantyckiego. Do ryby idealnie będą pasowały frytki prosto z frytkownicy 🙂 Mniam!
  5. KAPUSTA Z GROCHEM. O tym jeszcze moja mama nie wie, ale zamierzam takową kapustę przyrządzić. Jest przepyszna i rozsmakowałam się w niej dzięki… (o zgrozo!) teściowej 😀 Można połączyć ją z rybą, jeśli ktoś nie preferuje frytek do ryby, albo pałaszować ją samą. Myślę, że będzie wszystkim bardzo smakowała.
  6. CIACHO! Obowiązkowo wjedzie na deser ciacho. Zamiast kutii i klusek z makiem, które nie są lubiane przez niektórych wigilijnych gości – na stole wigilijnym pojawi się ciasto, tym razem będzie to chałwowiec z dżemem porzeczkowym (na zimo).

Wspominając Wigilie organizowane przez moją babcię i nieżyjącego już dziadka, mam w pamięci wszystkie przepyszne i wyjątkowe potrawy wigilijne, którymi delektowaliśmy się co roku. Nie zapomnę smaku kompotu z suszek, karpia w galarecie, do którego przekonałam się z czasem, babcinego pysznego piernika i kutii w której się rozsmakowałam. To były piękne czasy, które dziś wspominam z łezką w oku. Natomiast mieszkając już w Katowicach zapoznałam się z totalnie nieznaną mi wówczas potrawą, czyli rybą po grecku. Okazało się, że ta potrawa wcale nie jest taka trudna w przygotowaniu jak mi się wydawało. Dlatego rozważam jeszcze czy przypadkiem zamiast tej ryby z … frytami (fast food w Wigilię! 😀 ) nie przyrządzę ryby po grecku.

Jedno jest pewne, nie zamierzam sobie niczego odmawiać i w jakikolwiek sposób ograniczać sobie przepysznego i jedynego w swoim rodzaju wigilijnego jedzenia 😉 Tylko ten jeden dzień w roku smakują one tak wyśmienicie i niepowtarzalnie 🙂

www.pixabay.com

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Karmienie piersią – moja historia

Kiedy niespełna sześć lat temu na świat przyszła moja córka miałam ambitny cel aby karmić Ją piersią. Wydawało mi się to naturalne i PROSTE, a temat ten podczas ciąży w ogóle nie spędzał mi snu z powiek. Miałam typowe myślenie pierworódki: mam cycki, jest siara, potem mleko i karmię na żądanie. Mleko matki jest najzdrowsze dla malucha i szczerze marzyłam, że przynajmniej z rok uda mi się moją córkę karmić piersią. Nie przypuszczałam, że kilka dni po powrocie z Małą do domu moja laktacyjna przygoda stanie się jazdą bez trzymanki z zaliczaniem co chwila gleby. W szpitalu karmiłam Młodą piersią, pamiętam też, że przyszła do mnie na chwilkę jedna z pielęgniarek i ściskając mi pierś (ku mojemu nie tyle oburzeniu co zaskoczeniu) próbowała władować ją mojej córeczce do buźki. Kiedy córa załapała o co w tym chodzi i zaczęła ssać położna z triumfalnym uśmiechem wyszła z sali. Tyle. Choć może powinnam być wdzięczna i za to bo wiadomo, że z położnymi i pielęgniarkami, a także ich zaangażowaniem bywa różnie. Zdarza się, że trafisz na wspaniały personel z powołania lub na totalnie zmęczonych swoją pracą ludzi, którzy nie kwapią się do pomocy.

Niestety w domu kompletnie nie umiałam ogarnąć niczego. Przytłaczał mnie tłum ludzi, których na co dzień darzę sympatią i szacunkiem, ale wtedy tak bardzo chciałam świętego spokoju i miałam dosyć ciągłego wpierdalania się w karmienie, przewijanie i kąpiele mojego dziecka. Na szczęście miałam obok siebie osoby, które z totalnym wyczuciem potrafiły mnie wspierać, szanowały stan w jakim się znajdowałam (heloł byłam w połogu!) i ocierały łzy bezsilności. Tak się już w tym życiu układa, że jedne mamy karmią piersią, a inne mlekiem modyfikowanym z butelki. Z różnych powodów, pobudek, w wyniku różnych wypadków losowych i postanowień. Żadnej matki nigdy nie oceniałam pod kątem tego jak karmi swoje dziecko. To prywatna sprawa każdej kobiety. Za każdym karmieniem kryje się jakaś historia. Na przykład moja mama karmiła moją siostrę i mnie mlekiem modyfikowanym. Dlaczego? Zarówno po pierwszym jak i po drugim porodzie dopadła mamę jeszcze w szpitalu ciężka infekcja, od razu w ruch poszedł antybiotyk i z karmienia nic nie wyszło. Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy żeby z tego powodu mieć do niej jakiekolwiek pretensje. Z kolei w drugim obozie była moja teściowa, maniakalna zwolenniczka karmienia piersią, która nie rozumiała moich problemów z laktacją i terroryzowała swoimi wywodami na ten temat. Miałam tego serdecznie dosyć, taka toksyczna osoba w pobliżu potrafi zajebiście uprzykrzyć życie. W mojej głowie panował chaos, byłam nerwowa, a córka wyczuwała to napięcie…Zarówno Ona jak i ja byłyśmy tym zmęczone. Kiedy w ruch poszła butelka miałam poczucie, że moje dziecko lepiej się najada.Idąc tym tropem wmówiłam sobie, że moje mleko jest guzik warte, że dziecko tylko męczy się przy piersi. Karmiłam coraz rzadziej, aż w końcu przestałam karmić w ogóle…

Tak. To moja osobista porażka, której być może nie przeżywam już tak intensywnie jak jeszcze kilka lat temu, ale to nadal siedzi gdzieś tam z tyłu głowy. Czasami przypominam sobie pierwsze tygodnie życia mojej córeczki, powinny to być spokojne i radosne chwile, tymczasem ja byłam totalnie smutna i zrezygnowana. Położna próbowała podnieść mnie na duchu, coś tam doradzała, ale wówczas chyba tylko święty spokój z dala od ludzkości mógł uratować moją laktację. Stąd moje postanowienie, że jeśli kiedykolwiek będzie mi dane mieć drugie dziecko po przyjeździe do domu chciałabym mieć tylko i wyłącznie święty spokój…. Niestety zbyt dużo bodźców zewnętrznych potrafi spieprzyć nawet najpiękniejsze chwile w życiu. A jak wiadomo kobieta która zostaje matką, będąca w połogu, jest nadwrażliwa i emocjonalnie przyjmuje każdą krytykę. Wiem, że może to wyglądać na usprawiedliwianie się, ale jestem daleka od wybielenia się i zrzucenia winy na wszystkich dookoła. Koniec końców to ja skapitulowałam i powiedziałam ,,Nie karmię”. Mogłam wykazać się większą cierpliwością, spokojem, opanowaniem i olać presję…Nie zrobiłam tego. Mam nauczkę i wyciągnęłam wnioski. Uważam, że to najlepsza droga do tego aby w przyszłości nie popełnić już tych samych błędów 🙂

Bardzo cenię sobie ludzi, którzy nie terroryzują, ale pięknie motywują i zachęcają do karmienia piersią. Nie owijają w bawełnę, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie. Na swoim przykładzie udowadniają, że warto zacisnąć zęby i pomimo przeszkód nie poddawać się. Dziś bogatsza o doświadczenia po pierwszym porodzie, wiem, że nie poddam się łatwo i ograniczę do minimum ,,głosy doradcze terrorystów laktacyjnych”. Chętnie przyjmę każdą radę od ludzi życzliwych, którzy nie straszą i nie oceniają. Wiem, jak ważne jest karmienie piersią.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że aby karmienie piersią powiodło się, oprócz czynników medycznych najważniejsze są:

  • silna motywacja
  • spokój wewnętrzny i zewnętrzny
  • wsparcie drugiej połówki
  • wytrwałość

Każdej przyszłej mamie chciałabym życzyć tych czterech rzeczy 🙂 Grunt to mieć świadomość, że może być różnie i nie poddawać się za szybko. Warto też pokrzepić się przykładami z życia, którymi dzielą się z nami blogerki znające temat od podszewki 🙂

 

www.pixabay.com

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

6 powodów dla których jestem zwolenniczką internetowych randek

Być może wspominałam Wam już, że swoją drugą połówkę poznałam przez Internet. Znam sporo par, które właśnie w ten sposób się poznały, a ich relacja przerodziła się w coś głębszego i po dziś dzień są razem. Niektóre z nich w obawie przed totalnym niezrozumieniem otoczenia boi się przyznać do tego jakie były ich początki. Ja natomiast nie mam kompletnie problemu z tym żeby śmiało odpowiedzieć pytającej mnie osobie jak poznałam swojego T. Zresztą zanim poznałam Lubego większość swoich randek aranżowałam przez neta 😉 Niektóre z nich okazywały się kompletną klapą, ale były też udane spotkania i jakieś dłuższe znajomości. Nie zraziłam się niepowodzeniami. W swoim otoczeniu nie miałam zbyt wielu facetów, którzy jakoś specjalnie urzekaliby moją osobę. Nie znosiłam pozerów i Panów ,,dwie lewe ręce”, którzy nie umieli przybić gwoździa do ściany albo trzymać wiertarki w ręce 😀 Niestety dzisiejszy świat jest pełen takich pseudo mężczyzn, którzy zapewne mają swoje grono wielbicielek, ale ja mam alergię na takich picusiów 😉

Szukanie partnerki / partnera w Internecie niesie za sobą spore ryzyko. Wszyscy wiemy, że w Internetach nikt nas nie widzi (no, może nie do końca jest to prawda 😉 ) i w związku z tym możemy stworzyć portret totalnie różny od naszego prawdziwego oblicza. Takie lekkie podrasowanie swojej osoby 😀 Inną sprawą jest to, że można trafić na totalnego psychola albo psycholkę i gorzko pożałować randkowania przez Internet…


Dziś jednak chciałabym skupić się tylko na tych pozytywnych aspektach szukania drugiej  połówki przez neta 🙂

Oto sześć subiektywnych powodów dla których jestem zwolenniczką internetowych randek:

  1. Nie ma drugiego takiego ,,miejsca” na ziemi, które skupiałoby tak dużą ilość ludzi, totalnie różniących się od siebie pod względem charakteru, wyglądu i upodobań. Dzięki temu możemy z powodzeniem podjąć próby znalezienia osoby godnej uwagi 🙂
  2. Przeglądając profile randkowe możemy dowiedzieć się sporo rzeczy, które mogą albo zachęcić nas do poznania danej osoby, albo też totalnie zniechęcić. Jeśli ktoś ma podobne do Twoich zainteresowania/hobby jest szansa, że złapiecie wspólny język.
  3. Umawianie się przez Internet to dobry patent dla nieśmiałych osób, dla których pójście do biura matrymonialnego i odpowiadanie obcej osobie o sobie i swoich preferencjach może być mocno stresujące. Możesz umawiać się na randkę w domowych pieleszach popijając herbatkę 😉
  4. No dobra, przyznam się 🙂 Lubiłam ten dreszczyk emocji, który towarzyszył całej procedurze internetowego poszukiwania osoby z którą można było nawiązać fajną znajomość. Emocjonowałam się np. wysłaniem fotografii, wymianą numerów i pierwszego telefonu, pierwszym spotkaniem 🙂
  5. Wizja znalezienia osoby z zupełnie innego miasta i innego środowiska (zwłaszcza dla osób z mniejszych miejscowości) jest dla wielu samotników z różnym bagażem doświadczeń jedną z szans na znalezienie szczęścia gdzie indziej. Czasami ogranicza nas nasze otoczenie.
  6. W sieci też możesz odnaleźć miłość swojego życia! Jeśli oczywiście to właśnie jej tam poszukujesz 😉 Bo jak wiadomo istnieją poszukiwacze różnorakich wrażeń. Nie daj sobie wmówić, że Internet to samo zło i możesz tam poznać tylko seksoholików i zboczeńców, zapewniam Cię, że są tam też osoby godne Twojego zainteresowania 🙂

 

www.pixabay.com
1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Niezły BIGOS – W klimacie nadchodzących Świąt

Zabierałam się za przyrządzenie bigosu już jakiś czas i … zebrać się nie mogłam 😉 Wydawało mi się, że to może być Mount Everest moich zdolności kulinarnych. Przełomem okazał się ubiegłotygodniowy Jarmark na Nikiszu, gdzie w Centrum Zimbardo miałam przyjemność ugościć się przepysznym bigosem, którego spożycie i smak okazały się na tyle motywujące, że wczorajszego popołudnia zapragnęłam upichcić swój. Nie mając wszystkich potrzebnych składników wskoczyłam w autko i podjechałam do pobliskiego sklepu. Tam zaopatrzyłam się w składnik numer 1 czyli kapustę kiszoną (wzięłam 2 kg!) i połówkę główki kapusty surowej białej. Po powrocie zabrałam się od razu do dzieła. Mój zdrowiejący tajfun energii – córka 😉  kręciła nosem na zapach kapusty kiszonej i zapowiedziała, że Ona tego na pewno jeść nie będzie. Spoko. Byłam przygotowana na taką ewentualność, zrobiłam wczoraj spory gar zupy jarzynowej 🙂 Poza tym próbując dziś bigosu (który przeżarł się przez noc) muszę z pełną świadomością przyznać, że raczej to nie jest smak, który przypadłby do gustu mojemu dziecku. Za to mnie i mojemu Lubemu zdecydowanie podchodzą takie klimaty 😉 Pierwsze koty za płoty, wyszło pysznie, ale i ostro (!) Na drugi raz nie będę jak opętana sypać pieprzu ognistego! Święta tuż tuż i być może spróbuję zrobić wersję mniej pikantną na Wigilię, zwłaszcza, że w tym roku mamy gości i cieszę się jak dziecko na te Święta 🙂

 


Składniki:

  1. 2 kg kapusty kiszonej (jeżeli będziecie gotować bigos w wielkim garze).
  2. Pół główki kapusty białej surowej.
  3. 30 dkg pieczarek.
  4. 4 garście suszonych grzybów.
  5. Koncentrat pomidorowy.
  6. Około 1 kg mięsa: łopatka lub szynka wieprzowa.
  7. Jedna laska kiełbasy toruńskiej.
  8. 2 cebule.
  9. Sól.
  10. Pieprz.
  11. Kostka rosołowa.
  12. Przyprawa Maggi.
  13. Liść laurowy.
  14. Ziele angielskie.
  15. Inne przyprawy które dodałam: papryka słodka, pieprz ognisty (z chili), tymianek, majeranek, rozmaryn, zioła prowansalskie, gorczyca, kminek i kurkuma.
  16. Olej do podsmażenia kiełbasy.

Sposób przygotowania:

 

Kiszoną kapustę wstawiamy do gotowania zalewając ją wodą do 1/3 wysokości garnka, dodajemy ziele angielskie, kminek i liść laurowy. Kapustę surową szatkujemy drobno i również dodajemy do gara. Wszystko dobrze mieszamy i do naszych kapust dodajemy suszone grzyby i pokrojone w plasterki pieczarki. Całość dusimy na wolnym ogniu pod przykryciem około 45 minut. W międzyczasie wstawiamy nasze mięsko w całości do gotowania. Do gotującego się mięsa wrzucamy kilka ziaren gorczycy. Kiełbasę kroimy w drobną kosteczkę (jeśli chcecie żeby kiełbasa była bardziej wyczuwalna pokrójcie ją tylko w grube talarki) i podsmażamy na odrobinie oleju z cebulką tak, aby wszystko ładnie się zeszkliło. Po upływie 45-50 minut wrzucamy kiełbaskę i cebulkę do gara z gotującymi się kapustami i grzybkami. Całość nadal gotujemy na wolnym ogniu i mieszamy składniki. Co jakiś czas podlewamy wodą żeby bigos nie przywarł nam do dna garnka. Kiedy surowa kapusta jest już miękka dodajemy koncentrat pomidorowy i przyprawy. Trzeba pamiętać, że bigos sam w sobie jest dosyć wyrazistą potrawą i lepiej nie przesadzać z solą i pieprzem. Mnie coś podkusiło i dodałam zdecydowanie za dużo pieprzu przez co mój bigos jest naprawdę ostry 🙂

Kiedy mięso będzie już na tyle miękkie i kruche, że po wbiciu widelca będzie odchodzić płatami wyciągamy je na talerz i studzimy. Natomiast wodę w której gotowało się mięso wlewamy do naszego bigosu. Ostudzone mięsko kroimy w drobne kosteczki i dorzucamy do naszego pysznego dania 🙂 Podsumowując: mój pierwszy bigos gotował się 4 godziny. Nie wiem czy to dużo czy mało bo generalnie nie sugerowałam się żadnymi przepisami. Wszystkiego dodawałam na oko i chciałam żeby był to taki freestyle 🙂 Wyszło ogniście, ale smacznie 🙂

Smacznego!

Fotki własne.

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Kiedy moje dziecko choruje…

… choruję też ja …

Zamartwiam się każdym kaszlnięciem. Biorę pod lupę katar i po kolorze ( 😉 !) próbuję poznać, czy to tylko zwykłe przeziębienie czy już coś więcej i skończy się antybiotykiem. Dotykam dziesięć razy na minutę czoła…żeby się upewnić, czy przypadkiem nie jest nieco bardziej ciepłe niż zwykle. Nakłaniam do częstego wydmuchiwania nosa, ku niezadowoleniu mojej córki. W kuchni przykładam się do gotowania prawie tak samo jak wówczas gdy mają przyjść do nas goście albo zbliżają się święta…Wszystko po to żeby ugotować mojej małej chorowitce to co lubi najbardziej. Herbatka z miodem i cytryną podsuwana pod nos. Całe moje jestestwo podporządkowane jest właśnie Jej.

Zapominam wtedy o sobie. Nagle okazuje się, że moje włosy były myte pięć dni temu i są tak tłuste, że można byłoby ugotować z nich rosół 😉 Śpię czujnie, budząc się kilka razy w ciągu nocy, tylko po to żeby sprawdzić czy moje dziecko nie ma gorączki. Kombinuję jakby tutaj zabić tą nudę, która po kilku dniach siedzenia w domu staje się nieznośna i doprowadza do niepotrzebnych nerwów Jej i moich…Nie zawsze mi to wychodzi. Posiłkuję się często tabletem, włączając ulubione bajki. Czasami popłakuję w kącie, tak żeby Ona nie widziała. W końcu w takich hardcorowych sytuacjach wielu rodzicom pomagają dziadkowie. Moi są 240 km stąd. Muszę porządnie się wtedy opierdolić w myślach żeby nie obwiniać nikogo o taki stan rzeczy. To był tylko i wyłącznie mój wybór. Wspierają mnie jak umieją. Przecież mam tylko (albo aż) jedno dziecko. ,,Życzliwa” Matka Polka zaraz sprowadziła by mnie do parteru i zrugała za to, że inne matki mają gorzej bo:

a) mają więcej dzieci,

b) są same bez chłopa w domu,

c) pracują ciężko i nie ma kto im zostać z dziećmi,

d) muszą siedzieć na L4 i nie wiadomo czy roboty nie stracą.

Ok. Biorę to na klatę. Nie polemizuję ze znawczyniami tematu 😉

Podczas choroby córki moja aktywność w innych sferach życia poza macierzyństwem spada do zera. Snuję się po domu jak cień siebie i czekam aż mojemu dziecku się poprawi. Stan umysłu – Matka. A gdy przychodzi poprawa i dziecko prawie demoluje mi chałupę bo taka energia je roznosi, wtedy budzę się z letargu i odliczam czas powrotu do przedszkola. Tak właśnie wyglądały ostatnie dni. Dziś mamy drugi dzień armagedonu. Zamiatam rozsypane okruchy po śniadaniu, ścieram rozlane picie, potykam się o klocki, odsuwam nogą zabawki robiąc sobie wąską dróżkę, walczę z mega apetytem mojego dziecka…- apetytem na słodycze oczywiście…;) Słyszę kilkadziesiąt razy powtarzane słowo NUDA, wypowiadane z wyrzutem, podczas gdy ja już prawie tańczę breakdance żeby zapewnić mojemu dziecku jakieś atrakcje 😉

Ten wpis to kartki z pamiętnika ostatnich naszych dni 🙂 Wracam jednak ze zdwojoną siłą i od jutra naciąga lawina wpisów 😀 Wszak mam inspirację w najlepszej postaci 🙂

www.pixabay.com
1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Magiczny Jarmark na Nikiszowcu 2017

W tym roku po raz dziesiąty na górniczym osiedlu Katowic – Nikiszowcu odbył się Jarmark Bożonarodzeniowy. Przez trzy dni lokalni mieszkańcy Katowic, a także przyjezdni mieli możliwość delektować się magiczną atmosferą, która bez wątpienia jest jednym z największych atutów tego wydarzenia. Tysiące osób przechadzało się pomiędzy kramami pełnymi wyjątkowych, ręcznie robionych ozdób świątecznych, biżuterii, malowanego szkła i obrazów. Nie zabrakło również straganów z śląskimi przysmakami, rozgrzewającymi trunkami i własnymi wyrobami np. miodami, sokami. Nad organizacją jarmarku czuwało jak zawsze Stowarzyszenie Fabryka Inicjatyw Lokalnych, a dzięki wsparciu i energii wolontariuszy z Centrum Zimbardo w Nikiszowcu cała impreza jak co roku przebiegła doskonale 🙂

 

 

Nigdy nie byłam specjalną fanką rękodzieła, ale przechadzając się pomiędzy kramami zachwyciła mnie prostota i piękno tych wyrobów. Jedno jest pewne – te cudeńka przyciągają wzrok, widać, że wystawcy włożyli ogrom pracy i serca w tworzenie tych przedmiotów.

Jarmark na Nikiszu to nie tylko kramy z rękodziełem, ale także atrakcje dla dzieci. Tradycyjnie w tym roku dzieci mogły zaliczyć przejazd karuzelą wiktoriańską i ciuchcią złożoną z kilku wagoników.

Moje serce w tym roku było zdecydowanie przy jednym wyjątkowym kramiku, który reprezentował przedszkole do którego uczęszcza moje dziecko 🙂 Można tam było zakupić min.: domowe ciasto, pierniczki i unikalne produkty handmade: pajacyki, poszewki na poduszki, bombki choinkowe i ozdoby świąteczne. Dwa pajacyki robią jak widać furorę u mojej córy, która sama nie wie, czy bardziej podoba Jej krasnal który nie śpi, czy ten śpiący 😉

 

 

Nikiszowiec to magiczne miejsce, zabytkowa zabudowa, wspaniali ludzie i niepowtarzalna atmosfera. Jarmark doskonale podkreśla wyjątkowość tego miejsca, które cieszy się dużym zainteresowaniem turystów. Zdecydowanie warto odwiedzić jedną z najstarszych dzielnic w Katowicach, a już na pewno gorąco polecałabym zarezerwować sobie czas na przyszły rok, pojawić się na jarmarku i poczuć tą niezwykłą świąteczną atmosferę 🙂

Fotografie własne.

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Lek dla kobiet, który powinien być dostępny bez recepty, ale niestety nie jest.

Czasami zastanawiam się jak to możliwe, że są jeszcze takie leki, które powinny być powszechnie dostępne BEZ RECEPTY a nie są! Oczywiście nie mam na myśli jakiś silnych opioidów lub leków psychotropowych, ale preparat, który spora część kobiet musi mieć pod ręką. Mowa o przeciwgrzybiczych globulkach dopochwowych. Niestety coraz częściej zdarzają się kobietom grzybicze infekcje intymne. Problem dotyka już 75% kobiet, czyli wcale nie mało, a apteczne i reklamowane środki dostępne bez recepty nie są w stanie wyleczyć rozwiniętej już infekcji bo są one przede wszystkim preparatem profilaktycznym. Kobiety, u których infekcja pojawia się pierwszy raz nie są w stanie wyłapać momentu w którym można jeszcze poratować się profilaktyką. Dlatego zwykle dochodzi do tego, że grzybica pochwy jest już bardzo rozwinięta i dokuczliwa, a po globulki, które pomogą trzeba pofatygować się do ginekologa. Nie twierdzę broń Boże, że ginekolog to samo zło, wręcz przeciwnie, jestem zwolenniczką regularnego badania cytologicznego. Niemniej jednak zdecydowanie prościej byłoby gdyby preparaty, które realnie pomagają były powszechnie dostępne bez recepty. Czy ktoś potrafi mi racjonalnie wytłumaczyć dlaczego tak nie jest ? 🙂

Źródło: www.pharmacyplace.com

 

Grzybica pochwy to bardzo upierdliwa dolegliwość, która objawia się swędzeniem i pieczeniem w miejscach intymnych, towarzyszą temu upławy białawo żółte występujące w postaci grudek. Siedzenie i chodzenie sprawiają dyskomfort, czasami chwilową ulgę przynosi podmywanie płynami do higieny intymnej. Niestety nie leczona infekcja nie minie sama. Chorobę wywołują drożdżaki Candida. Bardzo często grzybica pochwy pojawia się po kuracji antybiotykowej bądź hormonalnej. W teorii nie wygląda to być może aż tak przerażająco, ale w praktyce jest to jedna z dolegliwości, które potrafią wielce uprzykrzyć życie. Przerabiałam nie raz i nie dwa. Nie ma się czego wstydzić 😉 Podobno to przypadłość kobiet nadmiernie dbających o higienę narządów płciowych. Niektóre z nas sądzą, że jest wręcz przeciwnie, że jesteśmy za mało higieniczne i dlatego dopada nas grzybica. Pudło. Zbyt częste podmywanie i aplikowanie różnych zapachowych i agresywnych kosmetyków może zaburzyć florę bakteryjną w pochwie. Wszystko z głową, nie popadajmy w skrajności typu podmywanie raz w tygodniu lub szorowanie i perfumowanie się kilka razy dziennie 😉

Kiedy już dochodzi do nas, że najprawdopodobniej złapałyśmy infekcję grzybiczą warto byłoby móc zadziałać od razu i poddać się kuracji globulkami. Wbijacie do apteki, chcecie kupić coś skutecznego, a tam Pani farmaceutka pyta Was o receptę. Jeśli recepty nie macie, ona z uśmiechem oznajmia, że ma dla Was półśrodki, głośno reklamowane w tv, nie tanie oczywiście, ale leku, który pomógłby Wam od razu nie może sprzedać.


Recepta.


Czuję wewnętrzny bunt, żyjemy w XXI wieku, a lek, który powinnam dostać w aptece od ręki mogę otrzymać dopiero wtedy kiedy lekarz wypisze mi receptę…Super. A co jeśli Twój ginekolog jest na urlopie albo na wizytę możesz się dostać dopiero za tydzień?! Ano nic, musisz czekać, chyba, że masz znajomego lekarza w rodzinie, który bez problemu wypisze Ci odpowiednią receptę. Paranoja. Cóż jest niebezpiecznego w globulce przeciwgrzybiczej? Działającej miejscowo! 😉 Dla porównania – bez recepty są dostępne i nagminnie reklamowane tzw.: środki przeciwgrypowe, które zawierają pochodne efedryny – substancji zaburzającej sprawność psychofizyczną kierowców! Przyjmowane takich leków może stwarzać poważne zagrożenie zarówno dla zażywającego, jak i innych ludzi.

Clotrimazolum, Nystatyna, Pimafucin, oto jedne z kilku skutecznych i szybkich w działaniu preparatów na intymne infekcje grzybicze dostępnych na rynku farmaceutycznym. Bez recepty ich niestety nie kupisz…