Kiedy moje dziecko choruje…

… choruję też ja …

Zamartwiam się każdym kaszlnięciem. Biorę pod lupę katar i po kolorze ( 😉 !) próbuję poznać, czy to tylko zwykłe przeziębienie czy już coś więcej i skończy się antybiotykiem. Dotykam dziesięć razy na minutę czoła…żeby się upewnić, czy przypadkiem nie jest nieco bardziej ciepłe niż zwykle. Nakłaniam do częstego wydmuchiwania nosa, ku niezadowoleniu mojej córki. W kuchni przykładam się do gotowania prawie tak samo jak wówczas gdy mają przyjść do nas goście albo zbliżają się święta…Wszystko po to żeby ugotować mojej małej chorowitce to co lubi najbardziej. Herbatka z miodem i cytryną podsuwana pod nos. Całe moje jestestwo podporządkowane jest właśnie Jej.

Zapominam wtedy o sobie. Nagle okazuje się, że moje włosy były myte pięć dni temu i są tak tłuste, że można byłoby ugotować z nich rosół 😉 Śpię czujnie, budząc się kilka razy w ciągu nocy, tylko po to żeby sprawdzić czy moje dziecko nie ma gorączki. Kombinuję jakby tutaj zabić tą nudę, która po kilku dniach siedzenia w domu staje się nieznośna i doprowadza do niepotrzebnych nerwów Jej i moich…Nie zawsze mi to wychodzi. Posiłkuję się często tabletem, włączając ulubione bajki. Czasami popłakuję w kącie, tak żeby Ona nie widziała. W końcu w takich hardcorowych sytuacjach wielu rodzicom pomagają dziadkowie. Moi są 240 km stąd. Muszę porządnie się wtedy opierdolić w myślach żeby nie obwiniać nikogo o taki stan rzeczy. To był tylko i wyłącznie mój wybór. Wspierają mnie jak umieją. Przecież mam tylko (albo aż) jedno dziecko. ,,Życzliwa” Matka Polka zaraz sprowadziła by mnie do parteru i zrugała za to, że inne matki mają gorzej bo:

a) mają więcej dzieci,

b) są same bez chłopa w domu,

c) pracują ciężko i nie ma kto im zostać z dziećmi,

d) muszą siedzieć na L4 i nie wiadomo czy roboty nie stracą.

Ok. Biorę to na klatę. Nie polemizuję ze znawczyniami tematu 😉

Podczas choroby córki moja aktywność w innych sferach życia poza macierzyństwem spada do zera. Snuję się po domu jak cień siebie i czekam aż mojemu dziecku się poprawi. Stan umysłu – Matka. A gdy przychodzi poprawa i dziecko prawie demoluje mi chałupę bo taka energia je roznosi, wtedy budzę się z letargu i odliczam czas powrotu do przedszkola. Tak właśnie wyglądały ostatnie dni. Dziś mamy drugi dzień armagedonu. Zamiatam rozsypane okruchy po śniadaniu, ścieram rozlane picie, potykam się o klocki, odsuwam nogą zabawki robiąc sobie wąską dróżkę, walczę z mega apetytem mojego dziecka…- apetytem na słodycze oczywiście…;) Słyszę kilkadziesiąt razy powtarzane słowo NUDA, wypowiadane z wyrzutem, podczas gdy ja już prawie tańczę breakdance żeby zapewnić mojemu dziecku jakieś atrakcje 😉

Ten wpis to kartki z pamiętnika ostatnich naszych dni 🙂 Wracam jednak ze zdwojoną siłą i od jutra naciąga lawina wpisów 😀 Wszak mam inspirację w najlepszej postaci 🙂

www.pixabay.com
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.