Krótki wpis o tęsknocie

Miało dziś nie być wpisu. Bo dziecko chore i kaszle tak donośnie, że na każde jego kaszlnięcie podskakuję do sufitu całym swoim jestestwem. Bo chałupa jakaś taka pusta po wyjeździe moich rodziców i siostry. Bo nie mogę się w niczym odnaleźć i już sama nie wiem ile tych BO jeszcze naliczę. Pomiędzy oddechem gruźlika, a odgrzewaniem wczorajszej zupy, którą na szczęście przezornie zrobiła mi moja mama nasunęła mi się pewna refleksja.


Czy to dobrze, że moja rodzina jest daleko?


Mamie mogę się co najwyżej wypłakać w telefon, tata z rodzaju tych co to przez telefon niewiele powie, a moja kochana siostra ma swoje życie i nie może wiecznie słuchać moich narzekań. A ja chciałabym tak najzwyczajniej w świecie czasami wybrać się do mamy na małą kawkę, zagrać z tatą w remika albo pójść z siostrą na zakupy. Odległość wszystko uniemożliwia, kontakt jest ograniczony bo pomimo mobilności jednej i drugiej strony pochłaniają nas setki spraw i ciężko się zgrać…

Fajnie byłoby móc ,,podrzucić” dziecko rodzicom i pójść do kina na wieczorny seans albo sobie zrobić romantyczny wieczór tylko we dwoje. Pewnych spraw jednak nie przeskoczymy. Być może dzięki tej odległości tak bardzo doceniam te nasze nieczęste spotkania, dosłownie od święta…. I celebruję każdy drobny gest…każdą chwilę, spacer, wspólny posiłek, śmiech i radość …

A potem przeżywam – ich wyjazd… Wracają do swojego życia, nie mogę ich zatrzymać i wkleić w swoją codzienność. Mogę jedynie oczekiwać kolejnych spotkań i oglądać wspólne fotografie próbując wytłumaczyć mojej córce kiepską częstotliwość wszystkich wizyt moich rodziców. Biorę to jednak na klatę. Któż to wie jakby wyglądały nasze relacje gdybyśmy mieszkali blisko siebie i mieli siebie na wyciągnięcie ręki? Być może nie dogadywalibyśmy się najlepiej…? Cieszmy się więc z tego co jest…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *