Janusz matematyki

Odrzuciło mnie od wszelakich paskudztw żywieniowych i postanowiłam, że w parze z aktywnością ruchową wystąpi dieta. Coś w stylu nie daj się zwariować, ale nie jedz śmieciowego żarcia. Para ta razem wywija takie tańce, że nie jestem w stanie za nimi nadążyć. W sensie zrozumienia ich. Bo ciało ma się świetnie. Rozciągnęło się jakoś, może czas więc sięgnąć do kiedyś nieosiągalnych pozycji Kamasutry? 😀 Więcej biegam, mniej jem. Gdzie sens? Gdzie logika? Więcej piję … wody. Nie wiem czym ja się karmie, chyba endorfinami. A najlepsze czasy kręcę przy kawałku: ,,Walking on Sunshine” i oczywiście podśpiewuję. Głosu za grosz nie mam, ale biegam o takich porach, że w parku to żywej duszy nie ma. Prawie…bo ostatnio trafiłam na jakąś imprezę firmową odbywającą się w pobliskiej restauracji. Męskie towarzycho jarające fajki na zewnątrz mogło sobie posłuchać moich śpiewów, ale co mi tam. Endorfiny pozbawiają mnie wstydu. A Panowie spoko, tylko, że ja już zawiesiłam oczy na takim jednym blond dwumetrowcu o piekielnie zgrabnym tyłku. Dożywotnio. Zdarza mi się mijać takich biegaczy, którzy chcą połączyć przyjemne z pożytecznym i oprócz korzyści dla zdrowia płynących z biegania pragną poflirtować (to się tyczy obu płci 😀 ). W sumie jeśli ktoś jest wolny to spoko, czemu nie. A potem przy spotkaniach ze znajomymi będą mówić, że połączyła ich wspólna pasja do biegania… Tymczasem… Za tydzień z hakiem wracam na chwilę do rodzinnego miasta. Tam mam zamiar pośmigać solidnie i odwiedzić stare, zapomniane kąty. Obczajam już trasy 🙂

 


 

A teraz krótka historia sprzed kilku dni, pod tytułem:

 

…nie ma to jak zrobić z siebie głupa w aptece…

Od tych biegowych harców nabawiłam się odcisków i trzeba było udać się do apteki bo mój blond dwumetrowiec nie zna się jaki to plaster kupić trzeba itp. Faceci. Spoko, podjechałam do apteki. A, że zmęczona byłam w cholerę po biegu i mózg działał na niskich obrotach dokonałam zbłaźnienia się w pobliskiej aptece. Pan farmaceuta (notabene niczego sobie) zamiast szybciutko wcisnąć mi najlepszy plaster na moje problemy postanowił wyciągnąć z szuflady cały asortyment. Dżizas, w cholerę tego było. Ja już z nogi na nogę, a On się o szczegóły dopytuje. Jak duży? Gdzie dokładnie? Jak wygląda? Kuva! No wygląda nieciekawie, jest duży i boli, a ja chcę Panie lecieć jutro znowu i ma mnie nie boleć!  Ok…Dokonaliśmy wspólnie wyboru. I teraz padają pytania: Czy chce Pani całe opakowanie kupić? Czy może na sztuki? Można oczywiście na sztuki. W opakowaniu jest pięć plastrów. Z ręką na sercu powiem Wam, że słuchałam go, ale chyba wybiórczo. Oparłam się o blat, podrapałam się po głowie i z rozbrajającą głupotą palnęłam: To ja w takim razie nie biorę całego opakowania, tylko … 5 sztuk.  Mina Pana bezcenna. Brawo ja. Janusz matematyki i logiki. Dobrze, że Pan zrobił marsową minę bo dzięki temu kapnęłam się, że właśnie dokonałam kompromitacji. Oczywiście rumieniec level hard i szybko wybełkotane przeprosiny, że nie dosłyszałam…Jasne….Podsumowując, muszę odczekać zanim znowu tam pójdę. Dobrze, że obok jest druga apteka.

Trzymajcie się ciepło!

Ahoj!

 

 

2 comments
  1. Właśnie mi się przypomniało, jak powiedziałam Szefowej, że biorę urlop drugiego listopada po Bożym Ciele 😉

    1. O cholerka, dobre! Na to bym nie wpadła 😃😃 Nie obraziłaś tą wtopą uczuć religijnych Szefowej ? 😂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.