Przyjaźń … córki i mamy

Przyjaźń to bardzo często słowo, którego używa się na wyrost. Którym się szasta na lewo i prawo. Zwierzysz się komuś i już określasz go mianem przyjaciela. Mówisz: „Mam dużo przyjaciół – mogę na nich zawsze liczyć”. A potem wydarza się  coś  co weryfikuje to zawsze i „przyjaciele” znikają. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Albo dajmy na to osiągasz sukces, pniesz się na szczeblach kariery zawodowej niczym zwinna pantera, zyskując doświadczenie, pozycję i lepsze pieniądze. Gdzie są wtedy Twoi przyjaciele? Czy cieszą się razem z Tobą? Czy czują maksymalny wkurw i przeobrażają się w Twoich wrogów? Odpowiedz sobie na te pytania. Tak całkiem szczerze. Czy masz przyjaciół? Prawdziwych? Czy może masz jednego prawdziwego przyjaciela? Nie piszę tego złośliwie.  Szastałam w ostatnich latach tym słowem. Słowem: przyjaźń. I wytarło się… Życie sobie wszystko pięknie zweryfikowało. Mam jednak garstkę ludzi, którzy po prostu są. Moim przyjacielem jest Tomek, mój partner. Z sercem na dłoni.. Moją przyjaciółką jest siostra, a od niedawna także … mała kobietka o imieniu Julia. Córka.  Ona, lat sześć. Ja, lat trzydzieści trzy. Blondynka i brunetka. Obydwie brązowookie. Córka i mama. Przyjaciółki dwie.

www.zyciebezmakeupu.pl

 

Słyszałam opinie, że dziecko to jest dziecko – nie przyjaciel/przyjaciółka. Że nie powinno się mieszać rodzicielstwa z przyjaźnią. Zew krwi z pewnością nie musi determinować przyjaźni. Nie zawsze siostry zostają przyjaciółkami, czasami wręcz przeciwnie – skaczą sobie do gardeł…Są matki, które nigdy swoim córkom nie zaoferują przyjaźni. Są rodzice, którzy swoim dzieciom dadzą wszystko, ale w tym wszystkim nie będzie słowa klucza dzisiejszego wpisu.

Szczerze mówiąc, kiedy moje dziecko miało kilka miesięcy i wesoło gugało w łóżeczku kompletnie nie wyobrażałam sobie tej naszej … przyjaźni. Patrzyłam na córkę tylko i wyłącznie przez pryzmat rodzicielstwa, miłości. Lata lecą, moje dziecko się zmienia, dojrzewa i jest doskonałą rozmówczynią, pocieszycielką, kompanką przygód, powierniczką. Staram się jednak nie wymagać od Niej żeby mamę traktowała jak najlepszą przyjaciółkę. Ona przecież ma swój przedszkolny świat, w którym zawarła już pierwsze dziecięce przyjaźnie. Nie będę Jej tego psuła. Nie będę Jej świergotać nad uchem, że jest moją małą, kochaną przyjaciółką. Zostawię to dla siebie 😉

www.pixabay.com

 

Tak jak pisałam wyżej, przyjaźń nie zawsze musi iść w parze z rodzicielstwem. Dlatego tym bardziej cieszę się, że w naszej relacji córka-mama ona po prostu jest, pojawiła się i niech sobie ewoluuje przez całe życie. Nasze życie.

Czy Was i Wasze dzieci również połączyły takie piękne przyjaźnie?

 

Zmarszczka, problematyczna i bezlitosna, zupełnie inaczej niż … wiosna.

Jeśli po tytule zastanawiacie się, czy ten wpis jest na serio, to ja szczerze odpowiem Wam, że nie wiem. Chciałam połączyć pewną refleksję (o zmarszczkach – moich na domiar złego) z upajającym faktem (niezaprzeczalnym), że w końcu zrobiło się wiosennie na zewnątrz. [Gdybym mieszkała nadal w Rzeszowie powiedziałabym, że na polu] [Ale mieszkam na Śląsku więc prawić powinnam, że na dworze]. To będzie jeden wielki miszmasz. Delikatne nawiązanie do mojego wpisu sprzed 2 tygodni. http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2018/03/11/nieprzygotowana-na-wiosne-krotki-wpis-kwasny-jak-ocet-siedmiu-zlodziei/

Stuknęły mi już jakiś czas temu trzy dyszki, a że należę do osób, które mają metrykę w czterech literach nie próbowałam na siłę doszukiwać się znaków czasu na mojej facjacie. Ba! Nawet moja pielęgnacja się jakoś szczególnie nie zmieniła. Zawsze jednak miałam tendencję do kupowania kremów 50+ (nawet będąc w wieku dwudziestu paru lat). Byłam…nazwijmy to – zapobiegawcza 😀 Tymczasem jakiś czas temu, zupełnie przypadkowo, podczas kolejnej zabawy srajfonem, pierdyknęłam niewinne selfie. Miało to być kolejne do kolekcji selfie typu: nie muszę robić głupich min żeby wyglądać głupio. Niestety tym razem moją uwagę przykuły one…: Kurze łapki, zmarszczki mimiczne – zwał jak zwał.

Oho! Zaczyna się. Kremy 50+ przestają działać, czy to aby nie czas żeby sięgnąć po te 60+ ?!  Coś w każdym bądź razie muszę z tym zrobić? Tylko co?! Upływającego czasu nie zatrzymam. Zawsze mogę powiedzieć, że te zmarszczki to życie na mej twarzy wyrzeźbiło. Mogę walnąć jakimś banałem w stylu, że mi dodają uroku, jak piegi, które permanentnie wychodzą jak tylko pojawi się pierwsze wiosenne słońce. Że są moim talizmanem i zdobią moje lico. I one się będą pogłębiać, a obok nich będą pojawiały się nowe. Głębsze.

Tymczasem jednak zakasałam rękawy i co nieco zmieniłam w pielęgnacji mojej twarzy. Postawiłam (dzięki Dobra duszo za oświecenie w temacie) na:

  • naturalne peelingi, (prawie jak efekt pumeksowania twarzy. Twarz niczym pupa niemowlaka)
  • picie sporej ilości wody, (jędrniejsza skóra plus nerki pracują)
  • trochę lepsze żarełko, (czasami zgrzeszę)
  • regularną  suplementację witaminy E, (pogromca wolnych rodników)
  • olejowanie twarzy (ostatnio olejki na twarz służą mojej buzi zdecydowanie bardziej niż kremy).

 

Oprócz tych jakże ważnych punktów (pasujących do wpisu jak pięść do oka)  zdecydowałam się … często i gęsto wystawiać lico do słońca (wiosenna pogoda winna obfitować w słońce) i przestać się zamartwiać o sprawy, na które nie mam wpływu. Więc skorzystałam zarówno wczoraj jak i dzisiaj z pięknej i słonecznej pogody, przyswajając witaminę D. Ławeczka na podwórku wciąż na mnie czeka, ale dziś po prostu nie miałam ochoty na towarzystwo czającej się w krzakach teściowej…;) Wiecie, że budzą się już po zimie owady? Dziś nawet takiego jednego przyjemniaczka sfotografowałam 🙂 Tak, nawet ja się cieszę. Że ta wiosenka już przyszła.

Fot: www.zyciebezmakeupu.pl

 

Był taki Ktoś …

22 marzec od jedenastu lat jest dla mnie dosyć specyficznym dniem. Przypominającym mi o rocznicy śmierci wspaniałego człowieka, który bardzo kochał swoje wnuki, w tym mnie. Najmłodszą. Jedyny dziadek jakiego znałam, kochałam i uwielbiałam. W 2007 roku miałam 22 lata. Niby byłam już dorosła, studiowałam i zdążyłam nacieszyć się dziadkiem. Teoretycznie mogłam Go już nie potrzebować i dzielnie znieść tę stratę. Tymczasem nie mogłam opanować łez kiedy się  z Nim żegnałam i kiedy dotarło do mojej świadomości, że tracę osobę, która kochała mnie bezinteresownie. To się czuło. Na każdym kroku, mimo tego, że nie sypał mi z rękawa słowami: „Kocham Cię moja wnusiu”, czułam Jego atencję. Okazywał dobre serce i był wspaniałym dziadkiem. Kiedy nadeszła choroba, przeczuwał, że to mogą być Jego ostatnie miesiące. Wyniki tomografii komputerowej były jednoznaczne. Nie było szans na operację, ratunek, pozostawała jedynie opieka paliatywna.

Bał się. Był silny, ale nie radził sobie z tym strachem. Wokół Niego pełno było niepotrzebnego zamieszania, ale nie miałam wtedy dostatecznej siły przebicia żeby zapewnić Mu to czego tak bardzo potrzebował – spokoju. Starałam się dużo uśmiechać, opowiadać, czasami milczałam. Dostrzegałam w kącikach Jego oczu łzy, bezsilności. To był bardzo dziwny czas. Doszło wtedy do mnie po raz kolejny, że nic nie dane jest człowiekowi na zawsze. Zdrowie, szczęście i miłość mogą prysnąć jak bańka mydlana. A Ty tylko patrzysz i nic nie możesz zrobić. Możesz uczestniczyć, możesz jedynie dać obecność. Więc, dałam swoją obecność. Nieporadnie, ale jednak…

Kilka dni przed „tym dniem” pod oknami dziadków, w przydomowym ogródku, zakwitł jeden jedyny malutki żonkilek. Wokoło rośliny bardzo powoli budziły się do życia po zimie. Ale ten jeden jedyny kwiatek przykuwał wzrok. Żółty, słoneczny, piękny. Kiedy dziadek na zawsze zamknął oczy poszłam do tego ogródka aby go zerwać. Zapragnęłam go zasuszyć. Utrwalić wspomnienia. Bo to była śmierć, która doświadczyła każdego z rodziny na swój sposób. Mniejszy, większy, widoczny gołym okiem, niektórym złamała serce na zawsze, ale Oni milczeli i nie uronili ani jednej łzy. Dlatego wiem, że nie mogę, nie mam prawa i nie chcę się licytować z żadnym człowiekiem, który przeżył śmierć bliskiej osoby. Bo dla każdego słowo bliski oznaczać może coś innego…

 

18 urodziny…

 

 

Wpis ten powstał z potrzeby serca.

Urodziny w sali zabaw – jestem za.

Za miesiąc moje dziecko obchodzić będzie swoje szóste urodziny. Strzelając banałem – nie wiem kiedy to zleciało. Sześć lat. Zwariowanych. Pięknych. Szczęśliwych. Celebrowanie urodzin odbywało się dotychczas w gronie rodzinnym, ale rok temu nasza córka mocno zapaliła się do pomysłu organizacji urodzin w sali zabaw. Miała okazję zobaczyć ,,z czym to się je” uczestnicząc w takich imprezach jako gość. Przyznam się, że i mnie spodobała się taka forma organizacji urodzin. I tak oto w roku ubiegłym córka po raz pierwszy świętowała z koleżankami i kolegami urodziny w sali zabaw. Spodobało się zarówno solenizantce jak i nam – rodzicom, do tego stopnia, że w tym roku postanowiliśmy kuć żelazo, póki gorące i z miesięcznym wyprzedzeniem zaklepać termin urodzin naszej sześciolatki.

Tym razem jednak impreza odbędzie się w innym miejscu. Inna sala zabaw, która ma zdecydowanie większą powierzchnię, a co za tym idzie więcej atrakcji. Zrezygnowaliśmy z animatora ponieważ wszystkie dzieciaki znają się świetnie i potrafią doskonale bawić się razem. Nie potrzeba organizować im zabaw, a to właśnie min. należy do kompetencji animatora. Będzie za to torcik (z Maszą 😀 ), malowanie buziek lub warkoczyki dla dziewczynek i słodki poczęstunek, tzw. zestaw małego smakosza. Do wyboru były dwie opcje. Pierwsza – zdrowsza, druga – mniej zdrowsza (samo złooo). Z ciekawości zapytaliśmy Panią, która nas obsługiwała o to,  jaki zestaw cieszy się większą popularnością (domyślając się jaką odpowiedź usłyszymy 😉 ). Nie będzie zatem zdrowiej … Wszelaką krytykę biorę na klatę 😀

www.pixabay.com

 

Urodziny w sali zabaw mają swoich zwolenników, ale również przeciwników. Spróbuję zatem wypunktować argumenty za, jak i przeciw takim uroczystościom. Resztę dopowiedzieć można sobie samemu. Are you ready? 🙂

ARGUMENTY ZA:

  1. W sali zabaw dzieci raczej się nie zanudzą. Szanse żeby z ust jakiegoś brzdąca padły słowa: NUDZĘ SIĘ są naprawdę nikłe.
  2. Twój dom/mieszkanie nie ucierpi, nie przejdzie przez niego tornado w postaci energetycznych kilkulatków! Czysta wygoda! (to będzie także argument PRZECIW 😉 )
  3. Nie musisz przygotowywać żadnego jedzenia (no, chyba, że chcesz sama upiec tort i przywieźć go na imprezę do sali- taka opcja jest oczywiście dozwolona).
  4. Nie musisz przebierać się za klauna i zabawiać dzieci bo ktoś może zrobić to za Ciebie 😉
  5. Możesz śmiało potraktować organizację tych urodzin jako formę lub uzupełnienie prezentu dla swojego dziecka.
  6. Twój metraż nie pozwala na organizację urodzin w miejscu zamieszkania.

 

ARGUMENTY PRZECIW:

  1. Nie ma się co oszukiwać – to nie jest tania impreza. Za całość jak nic wydacie 500+
  2. Zapraszanie potencjalnych gości. Wiadomo, że dziecko chciałoby zaprosić większość kolegów i koleżanek z grupy, ale jednak musi dokonać wyboru. Jest to w pewnym sensie krzywdzące dla dzieciaków, które nie zostaną zaproszone, mających świadomość, że niektóre dzieci to zaproszenie otrzymały. (Całego świata jednak nie zadowolimy).
  3. Jak wspomniałam wyżej – takie uroczystości mocno rozleniwiają zarówno nas rodziców, jak i nasze dzieci. Przyzwyczajamy się do tego, że większość zrobi się za nas. Z kolei dziecko, które już raz zasmakowało urodzin w sali zabaw siłą rzeczy będzie nastawione na kolejne również w tym miejscu …
  4. Dla rodziców z dziećmi, które często chorują lub są świeżo po chorobie, impreza w takim miejscu, gdzie mamy jednak duże skupisko dzieciaków (a wraz z dziećmi różnych bakterii i wirusów) może być nie do zaakceptowania.
  5. Nie każde dziecko lubi tłoczne miejsca, pełne obcych dzieci – nie zawsze grzecznych i przyjaźnie nastawionych, często dokuczających. Wszystko zależy od temperamentu dziecka i stopnia trzymania go pod kloszem. Rodzicom przyjdzie ocenić, czy jest to odpowiedni klimat dla ich dzieci.

 

www.pixabay.com

 

Spotkałam się również z opiniami, że organizowanie urodzin w sali zabaw to … snobizm, nic wartościowego nie wnoszący do życia naszych dzieci. Umówmy się – jeśli ktoś jest do szpiku kości przesiąknięty snobizmem – to fakt, że zorganizuje swojemu dziecku urodziny w sali zabaw nie zrobi z niego jeszcze większego snoba 🙂 Mamy zatem organizować dziecku urodziny w teatrze lub operze, żeby łyknęło trochę kultury?! Wyluzujmy. O to przecież chodzi, żeby dziecko swobodnie mogło cieszyć się tym wyjątkowym dniem. Jeśli chce go spędzić bawiąc się świetnie ze swoimi rówieśnikami, podjadając przy tym umówmy się – średnio zdrowe – przekąski, wspinać się, turlać i skakać na trampolinie – spróbujmy wziąć to pod uwagę. Kto jak nie my – rodzice – znamy najlepiej temperament naszej pociechy? Zorganizujmy zatem te wymarzone urodziny w zgodzie z charakterem naszego dziecka, uwzględniając jego potrzeby, swoje możliwości i finanse.

 

 

Kiedy następne dziecko?!

Przywykłam już do zadawanych (w sposób mający z delikatnością guzik wspólnego) pytań o to, kiedy … następne bejbe? Moje jedyne dziecko lada moment skończy sześć lat, więc mniej więcej od dwóch lat powinnam (?) już być matką dwójki dzieci. Ale jestem mamą jedynaczki. Posiadanie jednego, dwójki lub trójki dzieci definiuje mnie jako człowieka, jako kobietę i matkę? Pytania te zadawane są oczywiście w tzw.: ,,dobrej wierze”. Przemowy wygłaszane prawie jak z mównicy. Argumenty sypiące się z rękawów. Ludziom się wydaje, że mają prawo włazić z buciorami w życie drugiego człowieka. Przecież te niewinnie wypowiedziane teksty jeszcze nikomu nie zaszkodziły! Oto kilka z nich:

,,Przydałby /przydałaby się braciszek/siostrzyczka”

,,Zegar biologiczny tyka, jesteś już po trzydziestce” 

,,Jedynacy wyrastają na egoistów”

,,Wygodnie tak z jednym dzieckiem, pewnie nie chcesz się znowu w pieluchy pakować”

,,Pewnie macie jakieś problemy zdrowotne bo coś długo nie zachodzisz w drugą ciążę?!”

www.pixabay.com

 

Uwierzcie mi, bywają jeszcze bardziej uszczypliwe, pozbawione dobrego smaku, po prostu chamowate komentarze. W 90% padają one z ust znajomych, sąsiadów, piątej wody po kisielu czyli po prostu obcych nam ludzi, którym wydaje się, że robienie zakupów we wspólnym osiedlowym sklepie uprawnia do zadawania pytań dotyczących życia intymnego. Niestety rodzina i przyjaciele również mogą błysnąć wnikliwą analizą jakości Twoich jajeczek … I to jest cholera – smutna prawda. Bycie wścibskim przychodzi ludziom tak łatwo, bycie taktownym już niestety dużo trudniej. Jak żyć skoro otoczenie non stop Cię kategoryzuje i próbuje upchnąć do jednego z worów? :

  1. Nie masz dzieci – fatalnie. Twoje jajeczka albo jego nasienie należy koniecznie przebadać! Co? Nie masz jeszcze faceta? Zamroź jajeczka!
  2. Masz jedno – też źle bo wychowasz pieprzonego egoistę.
  3. Masz dwójkę – lepiej, ale mogłabyś się postarać o trzecie i potem o czwarte, piąte, szóste… Musisz się wykazać demograficznie…
  4. Masz trójkę i więcej – patologia – rozmnażasz się jak króliki…Chodzi Ci tylko o 500+

 

Pod lupę bierze się także Twój wiek rozrodczy:

  1. Zaszłaś w ciążę poniżej 20 roku życia – jesteś puszczalska.
  2. Zaszłaś w ciążę między 20, a 25 rokiem życia – młodo – nie wyszalałaś się dostatecznie. Odbije Ci po trzydziestce.
  3. Macierzyństwo 25-30 lat – ostatni dzwonek, wyrobiłaś się, zdążyłaś!
  4. 30-35 – Lepiej późno niż wcale i najlepiej w tym pięcioleciu machnijcie dwójkę – będzie znośniej jeśli chodzi o Twoją metrykę.
  5. 35 + Będziesz matką geriatryczną K..A jego mać!
  6. 40+ Chcesz być babcią dla Twojego dziecka?!

 

Nie wiem, czy się śmiać czy płakać. Jestem aktualnie na etapie lepiej późno niż wcale…Może jest dla mnie jeszcze cień szansy i wyrobię się do 35 roku życia?! Inaczej będę jak Bridget Jones – matką geriatryczną 😉

A teraz już całkiem poważnie… Nie pozwólcie sobie Drogie Dziewczyny wmówić, że jesteście niepełnowartościowe z powodu braku potomstwa lub posiadania X liczby pociech. Ludzi lubiących sensacje, ploty i ploteczki nie brakuje, lubią oni oceniać innych przez pryzmat życia osobistego/intymnego. Wszędzie stereotypy. Świat nie przestaje mnie zaskakiwać. Z jednym, ukochanym dzieckiem jest nam jako rodzicom naprawdę bardzo dobrze. Nie czuję presji czasu, nie słyszę tykającego zegara biologicznego, owszem moje dziecko ma w sobie szczyptę zdrowego egoizmu, zapewne tyleż samo co dzieci posiadające rodzeństwo.  Zdrowotnie też dajemy radę, póki co nie zamierzam mrozić jajeczek, a w pieluchy jeszcze może kiedyś się wpakujemy 😉 I na pewno nie stanie się to za radą Pani Zdzisi z kiosku z gazetami 🙂

 

 

„Żyj i daj żyć innym…”