1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Co jest z tą młodzieżą?

Dzisiejszy wpis będzie zlepkiem obserwacji i przemyśleń dotyczących młodych ludzi (nie wszystkich w rzeczy samej! 🙂 ). Z góry przepraszam za słownictwo, ale trzeba nazywać rzeczy po imieniu 😉 Pamiętajcie – to moje subiektywne spojrzenie ,,starego zgreda” rocznik ’85 😀

Z zaciekawieniem (i lekkim przerażeniem) obserwuję ostatnio pewne zjawisko. Mianowicie coraz więcej młodzieży płci męskiej w dzisiejszych czasach ma dwie lewe ręce i kompletnie nie odnajduje się w najprostszych męskich czynnościach, takich jak wbicie gwoździa w ścianę, złożenie mebli z instrukcją, którą ogarnęłaby niejedna kobieta (nawet taka która czego się nie dotknie to spier..li) czy też trzymanie w ręku wkrętarki…Młodzi mężczyźni (rzec się chce chłoptasie) swój pozalekcyjny czas wolą spędzać w galeriach wisząc na fejsie i robiąc sobie coraz wymyślniejsze selfie w fatałaszkach za niemałą kasiorę. Nie kwapią się oni do podjęcia jakichkolwiek działań poza wyszukiwaniem w Internecie coraz to piękniejszych, droższych i bardziej wypasionych srajfonów i robieniem zakupów ciuchowych za bagatela pięć stówek…Czasami mogą się jeszcze porwać na zrobienie najlepszej biby w mieście i zapewnienie swoim gościom cudów na kiju. Natomiast kiedy przyjdzie do porąbania drzewa albo wymiany uszczelki nie wiedzą po jakie narzędzie sięgnąć, którą ręką i czy aby przypadkiem nie za dużo się od nich wymaga?! Przecież ich głównym zajęciem i zadaniem na tej planecie jest nauka i przyjemności, obowiązków zero 😉


Czy tak wygląda i zachowuje się większość naszej młodzieży podstawówkowo – gimnazjalno – licealnej?! [Uszczypnijcie mnie proszę!]


Będąc mamą dziewczynki – już nie tyle z zaciekawieniem, ale opadającą szczeną podpatruję [nie mylić ze szpiegowaniem 😀 ] nastolatki, mijane na ulicy, spotykane w autobusach, sklepach…

CO WIDZĘ?

Pierwsze co rzuca mi się w oczy to tona makijażu (gruba krecha, dużo pudru, szminka – generalnie na bogato), wzrok wbity w iPhone, słuchawki na uszach z muzyką na full – co zresztą skutkuje totalnym wyłączeniem jakiegokolwiek myślenia w sytuacji, np.: jestem pieszym – wtargnę na czerwonym na przejście [bo w uszach mi dudni muza z youtuba – heloł, wolno mi!]. Druga sprawa – REWIA MODY wśród NATOLATEK. Ja rozumiem: że są sieciówki, że są wyprzedaże, że ,,starzy” mają kupe forsy, że dla chłopaka musi się wystroić…No i najważniejsze -> że sobie może strzelić w nowym fatałaszku focie i wrzucić ją do sieci 😉 Aby być prawdziwie docenioną i podziwianą. Aby największa rywalka dostała niemalże zawału kiedy zobaczy Ją w tej nowej wystrzałowej kiecce i futerku z H&M 😉 Te dziewczyny to klony. Jedna upodabnia się do drugiej, a gdy nie daj Boże znajdzie się jakaś szara myszka, która mówi takiej postawie NIE – zostaje outsiderem. Stare malutkie, którym wydaje się, że skoro już współżyją z chłopakiem, palą papierosy, piją alkohol, chodzą na melanże i trwonią kasę rodziców to są już DOROSŁE. Tak mają być traktowane i kropka! Tymczasem w większości przypadków ich postawa życiowa to totalne dno i dwa metry mułu. Problemów zero, obowiązków zero, zachcianek cała masa, roszczeń i wymagań jeszcze więcej. W ustach cygar, słownictwo jak z rynsztoka, gnębienie innych, knucie i intrygi międzyklasowe.

I tak się teraz zastanawiam? Czy ja cholera jasna dramatyzuje? To tylko moje obserwacje i wysnute wnioski, może przerysowałam tę naszą młodzież, może ją zdemonizowałam…?! A może po prostu jestem już stara i nie nadążam ?! Tak, chyba właśnie tak jest…

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Dobre kremy za przystępną cenę.

Kto by przypuszczał, że w niemieckiej sieci sklepów Aldi będzie można znaleźć prawdziwe perełki pielęgnacyjne w postaci kremów do twarzy. Są to kremy przeciwzmarszczkowe, rewitalizujące, nawilżające, a nawet koloryzujące (coś w stylu kremów BB). Mowa o kremach BIOCURA Beauty, w opcjach na dzień i na noc. Ich pojemność to standardowe 50 ml, a koszt każdego kremu to: 9,99 zł ! 🙂

Za taką cenę jakość jest naprawdę świetna. Oto wszystkie kremy Biocura dostępne w polskich sklepach Aldi:

www.aldi.pl
www.aldi.pl

 

Muszę przyznać, że jestem zachwycona kremami serią Anti Aging ( krem zielony i niebieski). Odkąd bowiem pierwszy raz spróbowałam zielonego kremu przeciwzmarszczkowego na dzień totalnie się zauroczyłam. Świetnie się wchłaniał i ładnie pielęgnował moją buzię, od razu stał się ulubieńcem w codziennej porannej pielęgnacji. Szybko dokupiłam również wersję na noc, ma ona nieco bogatszą konsystencję niż krem na dzień, ale nie zapycha porów i równie dobrze się wchłania. Głównymi składnikami kremów Biocura Anti Aging na dzień (zielony) są: kompleks peptydowy, LSF 6 i kwas hialuronowy. Natomiast Biocura Anti Aging na noc (niebieski) zawiera w swoim składzie: kompleks retinolu i lipidy z awokado. Kremy te są przeznaczone dla kobiet między 30 a 45 rokiem życia, takie zalecenia wiekowe widnieją na opakowaniu….ale ja osobiście kompletnie nie sugerowałabym się tymi zaleceniami 😉 Uważam, że z powodzeniem można używać tych kremów w każdym wieku  🙂 Zwłaszcza, że delikatna pielęgnacja przeciwstarzeniowa jeszcze żadnej młodej kobiecie nie zaszkodziła 🙂

Drugą parą kremów na dzień i na noc są: Biocura Revital Calcium do cery dojrzałej. Jak sama nazwa wskazuje mają one za zadanie poprawić witalność naszej skóry, jak również jej elastyczność. W swoim składzie mają: wapń, koenzym Q10, LSF 6, witaminę E, pielęgnacyjne olejki i pantenol. Kremy te zalecane są dla kobiet po 45 roku życia. Moja mama jest nimi zachwycona i regularnie zaopatruje się będąc u mnie w te kremiki, ponieważ na Podkarpaciu nie ma jeszcze sklepów Aldi 🙁

Ostatnio będąc w Aldiku wpadł mi w oko świeżak 😉 czyli Biocura Beauty krem koloryzująco nawilżający, doskonały przede wszystkim dla młodej skóry. Nadaje skórze naturalny odcień, wygładza nierówności, przy tym nawilża i nadaje skórze zdrowego wyglądu. Wzięłam go na spróbowanie ponieważ ostatnio z rana jestem wręcz trupioblada i chciałam nadać sobie troszkę kolorku. A jak wiadomo jestem nogą makijażową i nie mam żadnych fluidów i pudrów na stanie 😉 Przede wszystkim zapach – dla mnie bomba! Pozostałe pachną równie ładnie, nie nachalnie, nie czuć wściekłych perfum 😉 Delikatna konsystencja, dobrze się rozprowadza i zakrywa co nieco (małe zaskórniki, zaczerwienienia). Ma przy tym w swoim składzie: kwas hialuronowy, witaminę E, olej abisyński i SPF 6. Czyli na bogato 🙂

fotografia własna
fotografia własna

 

Dużą zaletą tych kosmetyków, poza oczywiście ceną i działaniem jest także wydajność. Starczają na naprawdę długo. Są również tańszą alternatywą dla drogich kremów i wcale nie ustępują im jakością. Warto dodać, że kremy tej marki wygrywały już w testach konsumenckich z najlepszymi zagranicznymi markami. Jeśli więc macie w swojej okolicy sklep Aldi polecam kupno kremiku, który najbardziej podpasuje Waszej cerze. Warto 🙂

 

Wpis nie jest sponsorowany.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Czy Ty też masz w domu pomieszczenie do którego lepiej nie wchodzić?

W naszym domu jest kilka takich pomieszczeń, które nazywamy górnolotnie: gospodarczymi…Żeby tam wejść musisz być domownikiem lub należeć do rodziny. Reszta raczej ciężko zniosłaby ten widok. Panuje tam najprościej rzecz ujmując bałagan, artystyczny nieład lub brzydziej mówiąc totalna rozpierducha. Taki stan rzeczy zastałam kiedy tutaj przybyłam. Zawsze walało się w owej pralni pełno roboczych męskich (jak się później okazało nie tylko męskich) ubrań, starych szmat, nikomu niepotrzebnych zepsutych urządzeń typu trymer lub zajechana maszynka elektryczna do strzyżenia. Nie rozumiałam jak takie składowisko można nazywać pralnią. Pralka co prawda też tutaj była, ale ginęła gdzieś w stercie gratów.

Kiedy w końcu przyszedł czas żebym zajęła się oporządzeniem tej klitki musiałam najpierw przedzierać się przez gęstwiny ubrań. Większości z nich nawet bezdomny by nie chciał. Po wyniesieniu około 7 dużych worów z tymi cudeńkami nadal nie było widać końca, ale dało się w końcu wejść i względnie ogarnąć ten bajzel. Poukładałam nawet resztę ciuchów na półkach, które zostawiłam pod presją mojego T (bo przecież przydadzą się do roboty, do garażu, na off-road itp.).


Było idealnie…do czasu… To pomieszczenie nadal przypomina starą graciarnię. Ja natomiast wyglądam przed wejściem do niego mniej więcej tak 😀 :


Tuż przed świętami zakasałam rękawy i ruszyłam ze szczotką i mopem w stronę ,,pralni”. Zrobiłam co mogłam, serio 😀 Było naprawdę dobrze, zważywszy na to, że nasze wizyty tam ograniczają się do wstawienia prania, wyjęcia prania i włożenia czegoś do zamrażalki… Moje szczęście nie trwało jednak długo. Nagle z jakiegoś niewiadomego powodu mój mężczyzna w poszukiwaniu jakiejś starej znoszonej koszulki porozwalał ułożone na półkach ciuchy, natomiast te nadające się już tylko do prania (na pewno nie włożę tego do pralki, będę czekać do wiosny i upiorę to ręcznie na dworze) powiesił na wieszakach.

Tadam!

Z kolei po pięknie ułożonych i posegregowanych przeze mnie ubraniach roboczych pozostało tylko wspomnienie…A było tak pięknie…

Totalny kataklizm. Tak wiem. I najgorsze jest to, że te ubrania aż się proszą o ponowne ułożenie tak jak należy 😀  Niestety jak większość kobiet (sorry dziewczyny za uogólnianie) mam przeświadczenie, że tylko i wyłącznie ja mogę zrobić to najlepiej. W sensie poukładać 😉 Także na nic zdaje się teoria mojego T, że On to przecież w 5 minut ogarnie. Mhm…Jasne. Wystarczy, że po zmyciu naczyń nasza suszarka wygląda tak jak na obrazku poniżej 😀

Gdybyście wiedzieli jakie hity udało mi się znaleźć na tych półkach…Oj myślę, że w second handzie nie jedna kobieta byłaby w stanie wyszarpać drugiej kobiecie z rąk takie gustowne wdzianka…:D Na przykład kiecka z fotki poniżej, z jej kroju wnioskuję, że jest to letnia sukienka, ale z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego przeze mnie powodu jest ona wykonana w stu procentach z poliestru…Być może moja teściowa dała radę przechodzić w niej kilka, a może kilkanaście lat i z sentymentu sobie ją zostawiła?! 😀 Nie wiem, nie pytałam bo doprawdy nie ogarnia tego mój umysł. Trzeba przyjąć do wiadomości, że taka była kiedyś moda 😀

Takich wystrzałowych wdzianek w mojej pralni pod dostatkiem, ostatnio nawet moja siostra stwierdziła, że generalnie mam mini lumpeks w tej pralence 😀 Także zapraszam 😉 Oddam w dobre ręce 🙂

Pocieszcie mnie proszę, czy ktoś też ma takie pomieszczenie w domku, które najchętniej zamknął by na klucz i nie wchodził tam przez najbliższe dni, miesiące, lata?! 🙂

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Krótki wpis o tęsknocie

Miało dziś nie być wpisu. Bo dziecko chore i kaszle tak donośnie, że na każde jego kaszlnięcie podskakuję do sufitu całym swoim jestestwem. Bo chałupa jakaś taka pusta po wyjeździe moich rodziców i siostry. Bo nie mogę się w niczym odnaleźć i już sama nie wiem ile tych BO jeszcze naliczę. Pomiędzy oddechem gruźlika, a odgrzewaniem wczorajszej zupy, którą na szczęście przezornie zrobiła mi moja mama nasunęła mi się pewna refleksja.


Czy to dobrze, że moja rodzina jest daleko?


Mamie mogę się co najwyżej wypłakać w telefon, tata z rodzaju tych co to przez telefon niewiele powie, a moja kochana siostra ma swoje życie i nie może wiecznie słuchać moich narzekań. A ja chciałabym tak najzwyczajniej w świecie czasami wybrać się do mamy na małą kawkę, zagrać z tatą w remika albo pójść z siostrą na zakupy. Odległość wszystko uniemożliwia, kontakt jest ograniczony bo pomimo mobilności jednej i drugiej strony pochłaniają nas setki spraw i ciężko się zgrać…

Fajnie byłoby móc ,,podrzucić” dziecko rodzicom i pójść do kina na wieczorny seans albo sobie zrobić romantyczny wieczór tylko we dwoje. Pewnych spraw jednak nie przeskoczymy. Być może dzięki tej odległości tak bardzo doceniam te nasze nieczęste spotkania, dosłownie od święta…. I celebruję każdy drobny gest…każdą chwilę, spacer, wspólny posiłek, śmiech i radość …

A potem przeżywam – ich wyjazd… Wracają do swojego życia, nie mogę ich zatrzymać i wkleić w swoją codzienność. Mogę jedynie oczekiwać kolejnych spotkań i oglądać wspólne fotografie próbując wytłumaczyć mojej córce kiepską częstotliwość wszystkich wizyt moich rodziców. Biorę to jednak na klatę. Któż to wie jakby wyglądały nasze relacje gdybyśmy mieszkali blisko siebie i mieli siebie na wyciągnięcie ręki? Być może nie dogadywalibyśmy się najlepiej…? Cieszmy się więc z tego co jest…

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Karmienie piersią – moja historia

Kiedy niespełna sześć lat temu na świat przyszła moja córka miałam ambitny cel aby karmić Ją piersią. Wydawało mi się to naturalne i PROSTE, a temat ten podczas ciąży w ogóle nie spędzał mi snu z powiek. Miałam typowe myślenie pierworódki: mam cycki, jest siara, potem mleko i karmię na żądanie. Mleko matki jest najzdrowsze dla malucha i szczerze marzyłam, że przynajmniej z rok uda mi się moją córkę karmić piersią. Nie przypuszczałam, że kilka dni po powrocie z Małą do domu moja laktacyjna przygoda stanie się jazdą bez trzymanki z zaliczaniem co chwila gleby. W szpitalu karmiłam Młodą piersią, pamiętam też, że przyszła do mnie na chwilkę jedna z pielęgniarek i ściskając mi pierś (ku mojemu nie tyle oburzeniu co zaskoczeniu) próbowała władować ją mojej córeczce do buźki. Kiedy córa załapała o co w tym chodzi i zaczęła ssać położna z triumfalnym uśmiechem wyszła z sali. Tyle. Choć może powinnam być wdzięczna i za to bo wiadomo, że z położnymi i pielęgniarkami, a także ich zaangażowaniem bywa różnie. Zdarza się, że trafisz na wspaniały personel z powołania lub na totalnie zmęczonych swoją pracą ludzi, którzy nie kwapią się do pomocy.

Niestety w domu kompletnie nie umiałam ogarnąć niczego. Przytłaczał mnie tłum ludzi, których na co dzień darzę sympatią i szacunkiem, ale wtedy tak bardzo chciałam świętego spokoju i miałam dosyć ciągłego wpierdalania się w karmienie, przewijanie i kąpiele mojego dziecka. Na szczęście miałam obok siebie osoby, które z totalnym wyczuciem potrafiły mnie wspierać, szanowały stan w jakim się znajdowałam (heloł byłam w połogu!) i ocierały łzy bezsilności. Tak się już w tym życiu układa, że jedne mamy karmią piersią, a inne mlekiem modyfikowanym z butelki. Z różnych powodów, pobudek, w wyniku różnych wypadków losowych i postanowień. Żadnej matki nigdy nie oceniałam pod kątem tego jak karmi swoje dziecko. To prywatna sprawa każdej kobiety. Za każdym karmieniem kryje się jakaś historia. Na przykład moja mama karmiła moją siostrę i mnie mlekiem modyfikowanym. Dlaczego? Zarówno po pierwszym jak i po drugim porodzie dopadła mamę jeszcze w szpitalu ciężka infekcja, od razu w ruch poszedł antybiotyk i z karmienia nic nie wyszło. Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy żeby z tego powodu mieć do niej jakiekolwiek pretensje. Z kolei w drugim obozie była moja teściowa, maniakalna zwolenniczka karmienia piersią, która nie rozumiała moich problemów z laktacją i terroryzowała swoimi wywodami na ten temat. Miałam tego serdecznie dosyć, taka toksyczna osoba w pobliżu potrafi zajebiście uprzykrzyć życie. W mojej głowie panował chaos, byłam nerwowa, a córka wyczuwała to napięcie…Zarówno Ona jak i ja byłyśmy tym zmęczone. Kiedy w ruch poszła butelka miałam poczucie, że moje dziecko lepiej się najada.Idąc tym tropem wmówiłam sobie, że moje mleko jest guzik warte, że dziecko tylko męczy się przy piersi. Karmiłam coraz rzadziej, aż w końcu przestałam karmić w ogóle…

Tak. To moja osobista porażka, której być może nie przeżywam już tak intensywnie jak jeszcze kilka lat temu, ale to nadal siedzi gdzieś tam z tyłu głowy. Czasami przypominam sobie pierwsze tygodnie życia mojej córeczki, powinny to być spokojne i radosne chwile, tymczasem ja byłam totalnie smutna i zrezygnowana. Położna próbowała podnieść mnie na duchu, coś tam doradzała, ale wówczas chyba tylko święty spokój z dala od ludzkości mógł uratować moją laktację. Stąd moje postanowienie, że jeśli kiedykolwiek będzie mi dane mieć drugie dziecko po przyjeździe do domu chciałabym mieć tylko i wyłącznie święty spokój…. Niestety zbyt dużo bodźców zewnętrznych potrafi spieprzyć nawet najpiękniejsze chwile w życiu. A jak wiadomo kobieta która zostaje matką, będąca w połogu, jest nadwrażliwa i emocjonalnie przyjmuje każdą krytykę. Wiem, że może to wyglądać na usprawiedliwianie się, ale jestem daleka od wybielenia się i zrzucenia winy na wszystkich dookoła. Koniec końców to ja skapitulowałam i powiedziałam ,,Nie karmię”. Mogłam wykazać się większą cierpliwością, spokojem, opanowaniem i olać presję…Nie zrobiłam tego. Mam nauczkę i wyciągnęłam wnioski. Uważam, że to najlepsza droga do tego aby w przyszłości nie popełnić już tych samych błędów 🙂

Bardzo cenię sobie ludzi, którzy nie terroryzują, ale pięknie motywują i zachęcają do karmienia piersią. Nie owijają w bawełnę, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie. Na swoim przykładzie udowadniają, że warto zacisnąć zęby i pomimo przeszkód nie poddawać się. Dziś bogatsza o doświadczenia po pierwszym porodzie, wiem, że nie poddam się łatwo i ograniczę do minimum ,,głosy doradcze terrorystów laktacyjnych”. Chętnie przyjmę każdą radę od ludzi życzliwych, którzy nie straszą i nie oceniają. Wiem, jak ważne jest karmienie piersią.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że aby karmienie piersią powiodło się, oprócz czynników medycznych najważniejsze są:

  • silna motywacja
  • spokój wewnętrzny i zewnętrzny
  • wsparcie drugiej połówki
  • wytrwałość

Każdej przyszłej mamie chciałabym życzyć tych czterech rzeczy 🙂 Grunt to mieć świadomość, że może być różnie i nie poddawać się za szybko. Warto też pokrzepić się przykładami z życia, którymi dzielą się z nami blogerki znające temat od podszewki 🙂

 

www.pixabay.com

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Nasz niedzielny śląski obiad

Wychodząc z założenia, że jedzenie jest jedną z największych przyjemności człowieka nie zamierzam się jakoś specjalnie ograniczać, zwłaszcza w niedzielę. Weekend bowiem to czas kiedy mam zdecydowanie więcej chęci na zrobienie czegoś ekstra, czegoś co zostanie docenione przez domowników. Ostatnio moja wena kulinarna trochę kulała i zrobiło się monotematycznie: kotlet schabowy, frytki, ogórek albo kotlet z kurczaka, frytki i jakaś surówka na szybko. Pomijając fakt, że frytki (nawet z domowej frytownicy) nie są jakieś specjalnie zdrowe, miałam ochotę w tą niedzielę zrobić jakieś konkretne danie z sosikiem. Wiedziałam, że na bank muszą być kluski śląskie z dziurką w rzeczy samej. Moja córka uwielbia mączne potrawy, więc takie kluski zaakceptowała bez mrugnięcia okiem. Tak, muszę z Młodą konsultować menu weekendowe 🙂 Do tego kapusta czerwona, przyrządzona bardzo łagodnie, tak aby nie było kręcenia nosem nad talerzem. No i oczywiście główny składnik – mięsiwo. Nie, tym razem nie były to roladki śląskie, choć bardzo je lubię. Postawiłam na pałki/ podudzia z indyka. Można je przyrządzić na wiele sposobów, ale ja najbardziej lubię dusić je w ,,przedwojennym” żeliwnym garze 😀 . Do okraszenia klusek śląskich potrzebny był mi sosik. Dlatego też pałki z indyka podlewałam wodą, dodałam przypraw, pora i cebulki. Dzięki temu mięso nie tylko przeszło aromatami warzyw, ale też udało się uzyskać naturalny sos, którego jakoś specjalnie nie chciało mi się zagęszczać (tak, robię to czasami mąką i gotowymi tytkami 😛 ).


Składniki:

MIĘSO

  1. Trzy pałki z indyka.
  2. Dwie cebule.
  3. Garść suszonych grzybów.
  4. Pół pora (część biała).
  5. Sól.
  6. Pieprz.
  7. Zioła Prowansalskie.
  8. Papryka słodka.
  9. Woda do podlewania mięsa.

Potrzebne sprzęty: dobry garnek do duszenia mięsa.

KLUSKI ŚLĄSKIE

  1. 10  średnich sztuk ugotowanych ziemniaków.
  2. 250 g mąki. Polecam sypać mąkę na oko, tzn. oceniać konsystencję masy na bieżąco, żeby nie była zbyt rzadka albo zbyt twarda.
  3. Jedno jajko.
  4. Sól – wedle uznania.

Potrzebne sprzęty: stolnica.

PRZYSTAWKA/SURÓWKA

  1. Główka kapusty czerwonej (mała, lub pół)
  2. Jedno jabłko.
  3. Pół cebuli.
  4. Sól.
  5. Pieprz.
  6. Ocet (ja nie miałam i użyłam soku z cytryny).

Potrzebne sprzęty: maszynka do szatkowania warzyw w odpowiednim ostrzem lub ostry nóż.


Całe danie można przygotować na raty. Z samego rana umyłam pałki, umieściłam je w żeliwnym garze, podlałam wodą i zaczęłam dusić na ogniu. Pilnowałam tylko tego aby zbyt nie przywierały do spodu garnka i żeby woda całkowicie nie odparowała dolewając jej co jakiś czas.

Następnie poszatkowałam niewielką główkę kapusty czerwonej w maszynce, zalałam wodą do połowy garnka i gotowałam na wolnym ogniu. Po pewnym czasie dodałam obrane i starte na grubych okach jabłko, pół drobno posiekanej cebulki, sól, pieprz, a pod koniec soku z cytryny bo niestety nie miałam w domu octu. Kiedy kapusta uzyskała zadowalającą miękkość zdjęłam ją z ognia.

Kapustka czerwona i jej śliczny kolorek.

 

Do duszącego się mięsa dodałam 2 pokrojone w kostkę cebule, pół pokrojonego pora (biała część), kilka suszonych grzybów i przyprawy: sól, pieprz, zioła prowansalskie i paprykę słodką.

Duszą się smakowitości.

 

Ziemniaczki obrałam, zalałam wodą, osoliłam i wstawiłam do gotowania. Po ugotowaniu i odcedzeniu ziemniaki zmieliłam maszynką do mięsa. Można użyć praski, jeśli ktoś takową posiada. Najpierw oczywiście ziemniaki musiały ostygnąć. Zmielone ziemniaki łączymy z jajkiem, mąką i solą. Ugniatamy wszystko na jednolitą masę i z małych kawałków formujemy kulki, które następnie lekko rozpłaszczamy na stolnicy (potrzepanej mąką) i robimy małą dziurkę palcem. Ja miałam profesjonalną pomocnicę do robienia dziurek 🙂

Niezastąpiona w kuchni 🙂

 

W sporym garze zagotowujemy osoloną wodę. Na wrzątek rzucamy taką ilość klusek, żeby miały miejsce na ugotowanie się i nie skleiły się ze sobą w jedną wielką kluchę. Kluski należy lekko przemieszać, a od momentu wypłynięcia gotujemy je jeszcze około 1,5-2 minut.

Całe danie nie prezentuje się może jakoś arcypięknie na talerzu, ale jest bardzo smaczne i zdecydowanie nadaje się na niedzielny obiad. Pałki z indyka mają ciemne mięsko, które dzięki duszeniu pod przykryciem dosłownie odchodzi od kości. Domyślam się, że widok nie dla każdego będzie zachęcający, ale skoro powiedziałam A, to muszę powiedzieć również B i wstawić fotę (lekko naruszonego już 😀 ) gotowego dania, które prezentuje się tak:

 

Tacy głodni, że nie czekali na zrobienie fotki i zaczęli jeść 😀

 

Wszystkim bardzo smakowało i z ręką na sercu mogę polecić Wam takie smakołyki 🙂 Niech Was nie zwiedzie ten indyk – świetnie pasuje do klusek śląskich i kapusty 🙂

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Dlaczego jak co roku nie ulegnę trendom andrzejkowo-sylwestrowym?

Sezon imprez na których rządzić będą cekiny, brokat i pióra zbliża się wielkimi krokami. Niebawem Andrzejki, a miesiąc po nich Sylwester. Zaczyna się polowanie na ubranie wszak Czarny Piątek kusi niemiłosiernie. Wszystko po to aby zabłysnąć w gronie mniej lub bardziej sobie znanych osób. W końcu Twój look jest wtedy najważniejszy. Nie do końca kręci mnie taki klimat, nie będę ukrywać 🙂 Wolę spokojne domówki, w sprawdzonym towarzystwie, w wygodnym i ładnym ubraniu bez … kija w dupie…Bo niestety bale sylwestrowe jakoś tak sztywno mi się kojarzą. Wybaczcie – stałe bywalczynie takich imprez, ale ja myśląc o balu mam przed oczyma wystylizowane gwiazdy z tvn 😉 Pewnie nie wszędzie tak jest, ale wiecie – to jest wpis z kategorii Subiektywnie o życiu, więc macie tutaj tylko i wyłącznie moje skrzywione patrzenie na te tematy 😉

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Słowo TREND działa na mnie jak płachta na byka. Pachnie mi ono wciskaniem ciemnoty na siłę. Jeśli trafi na podatny grunt szybko przerodzi się w stan umysłu. Niestety wielu ludzi ślepo podąża za trendami…

Rok temu myślałam, że spadnę z krzesła kiedy zobaczyłam ten futurystyczny makijaż sylwestrowy, który zaprezentowany został w ,,Pytaniu na śniadanie”. To było coś! Temat stał się przedmiotem kpin i memów, co zresztą wcale mnie nie dziwi. Może miało być właśnie tak kosmicznie, inaczej, dziwniej… Może makijażystka miała jakiś kontakt z Marsjanami, u których taki makijaż to absolutny hit 😉  Podobno na Marsie jest życie, wiec…

Dla przypomnienia:

www.kozaczek.pl

 

Ok, skoro już opanowałyście śmiech, to możecie czytać dalej 🙂

Makijaż, sukienka, włosy…Ok, kobieta musi o siebie dbać, każda na swój sposób, nie wszystkie lubimy makijaż i tonę lakieru do włosów aplikowanego o poranku. Nie każda z nas regularnie robi paznokcie i ubóstwia kiecki imprezowo sylwestrowe. Mnie te przerysowane stylizacje nie przekonują. Kobiety wystrojone jak choinka dają sobie wmówić, że wyglądają cudownie i doskonale wpasowują się w klimat imprezowy. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że ogłupione przez jakieś trendy robią sobie np. taki makijaż jak na zdjęciu powyżej.


Bo przecież pokazali go w telewizji i na bank zrobi furorę. To nic, że będziemy wyglądać jak idiotki lub przybysz z innej planety. Jest trend, ślepo mu ulegamy i zamiast dobrze się bawić czujemy się jak egzotyczne zwierzątko obserwowane przez wszystkich znajdujących się w pobliżu. 


Zastanawiałam się co bym zrobiła gdybym miała możliwość w tym roku pójść na bal sylwestrowy. Czy też szaleńczo poszukiwałabym kiecki? Czy poszłabym do Szwagierki na hybrydę i pomalowała swoją facjatę (Jezu, tylko niech mi nie przyjdzie do głowy oglądać porady w telewizjach śniadaniowych przed Sylwestrem)? Chyba jednak nic by z tego nie wyszło, w sensie nie poszłabym bo to nie moje klimaty. Za to lanie wosku w Andrzejki na jakieś miłej domówce, z dziećmi, to już co innego 🙂 Albo Sylwester z mnóstwem dobrego humoru, fajną muzyką, na totalnym luzie i szampanem o północy. Tutaj mi zdecydowanie bliżej.

Irytuje mnie nagminne wmawianie ludziom, że aby się dobrze bawić w Andrzejki lub Sylwestra trzeba koniecznie wybrać się na zorganizowaną imprezę zamkniętą, na której nie będzie miejsca na spontaniczność i choćby skały srały nie wyjdzie się poza schemat z góry narzucony przez organizatorów. Imprezę na której musisz prezentować i zachowywać się w pewien odpowiedni i określony sposób. Są ludzie, którym to odpowiada, ale ja do takowych nie należę. Nie pobiegnę więc po tą srebrzystą kieckę, gustowne pantofle, boa z piór i samoopalacz z brokatem. Nie zaliczę sesji u kosmetyczki i fryzjerki. Spokojnie – dresu też nie założę 😉 Postaram się dobrze bawić bez tych wszystkich trendy błyszczących ozdobników.

Ps. Jest dla mnie jeszcze nadzieja, będę trendy w Sylwestra! Uczesze mnie fryzjerka, która potrafi taką fryzurę wyczarować w kilka minut i to prawie za free, no dobra może za tabliczkę czekolady. Moja córka się tym zajmie. #BędęJeleniemSylwester2018  😀

 

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Niedzielne spotkania, które COŚ znaczą…

Wiara i polityka – dwa tematy, które mogą poróżnić przy stole wigilijnym nawet najbardziej kochającą się i prawą rodzinę. Wywołują skrajne emocje i rzadko kiedy udaje się omijać je szerokim łukiem na rodzinnych imprezach. A szkoda. Bo bez ich poruszania byłoby miło i spokojnie. Wujek Heniek nie skakałby do gardła Ciotce Gertrudzie tylko dlatego, że Ona akurat ma wielkie zastrzeżenia do aktualnie rządzących, a wujkowi żyje się od czasu nowych rządów wspaniale. Dziadek Mietek nie kręciłby nosem na wnuczkę Basię, która z chłopakiem to już ze trzy lata chodzi i ślubu brać nie chce. Że na kocią łapę i co na to proboszcz…A fe! Trudne sprawy 😉

Sięgam pamięcią czasów dziecięco/ nastoletnio/ studenckich. Widzę nasze rodzinne spotkania gdzie oprócz niezmąconej radości biesiadowania z kuzynostwem mam też przed oczyma gestykulujących: mojego nieżyjącego już wspaniałego Dziadka Krzyśka i wujka. Spierających się o politykę oczywiście. Potem kilka uszczypliwości w stronę moich rodziców, że trochę na bakier u nas z Kościołem 😉 I tak było zawsze. To była dla mnie norma. Jako dziecko za bardzo tego nie rozumiałam, a kiedy byłam już starsza jednym uchem wpuszczałam napływające informacje, a drugim wypuszczałam – jak najmniej biorąc do siebie. A że byłam wrażliwą dziewczyną, coś tam zostawało i zawsze uwierało mnie to, że jednak średnio u mnie ze sprawami wiary. No bo niby wierzyłam, modliłam się (oczywiście tylko wtedy kiedy działo się źle), do Kościoła poszłam od święta, wyspowiadałam się dwa razy w roku i uważałam, że jestem z Górą kwita. Że mam ochronkę i jestem katoliczką. Do dziś uważam, że przesadne latanie do Kościoła niczemu nie służy, ale zaczęłam dostrzegać pozytywy uczestnictwa w niedzielnej mszy. Może dlatego, że mam już swoją rodzinę i chciałabym żeby Latorośl wiedziała, że jest Ktoś, kto trzyma ten świat jako tako w swoich ryzach. Chciałabym, żeby przyjęła Sakramenty Święte i żeby potem, kiedy będzie już na tyle duża żeby podjąć decyzję czy chce żyć w wierze katolickiej, czy też odchodzi – podjęła ją świadomie. Godzina w tygodniu. Uczęszczamy, od niedawna. Razem. We trójkę. Jest spoko. Trochę nudy, pomieszanej z Błogosławieństwem na cały tydzień, z całkiem smerfnymi kazaniami księży (wszak to msza dla dzieci), z podpytywaniem Młodej : ,,Mamo, a kiedy będzie koniec”?, z trzymaniem monet na ofiarę, które oczywiście z dziesięć razy wypadają z tych małych rączek pod ławkę i trzeba się po nie schylać.

Sukcesem jest to, że nie traktujemy tego jako obowiązku. Weszło nam to w krew i o dziwo polubiliśmy ten stan 🙂 Znamy już nawet trochę kościelnych pieśni, mamy swoją miejscówkę ulubioną i czujemy się swojo w Kościele. Nie idziemy tam dla lansu, księży i odbębnienia. Mamy w sobie chęci, niezmącone jeszcze niczym.

Jedna godzina w tygodniu…nie czyni ze mnie od razu Katoliczki Roku. Nie śmiałabym nawet pretendować do tak zacnego tytułu 😉 Ta godzinka zbliżyła mnie jednak do Góry. Choć wciąż trudno mi zrozumieć niektóre zagrywki Kościoła…Dużo do myślenia daje mi świadomość ilu wiernych Kościół Katolicki już stracił, poprzez własne zacięcie. Ludzie odwracają się, nie tyle od Boga, co właśnie od Kościoła. Chciałabym, żeby coś w tym temacie się zmieniło, żeby Kościół wychodził na przeciw ludziom, żeby księża byli otwarci, pełni zrozumienia, pozostając jednak w pełnej zgodzie ze swoją wiarą. Pomarzyć zawsze można… 🙂

Zdjęcie: www.pixabay.com

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

„Dzień świra”

Zastanawiam się ilu takich Adasiów Miauczyńskich mijam codziennie pokonując drogę. Do przedszkola. Z przedszkola. Do sklepu. Do lekarza. Na spacer. Ponuraków. Pod krawatem. Z torbą (jakby to nie brzmiało). Neseserkiem. Z psem. Wieczny foch maluje się na ich gębie. Pewnie mijałam też potencjalne Panie Miauczyńskie, których twarz zdradzała niezadowolenie. Które uwierało życie. A gdybym tak wzięła lusterko i zaczęła przyglądać się sobie? Ciekawe jaką gębę bym zobaczyła? Skoro tak piałam w poprzednich wpisach, że złapałam bakcyla optymizmu. Wczoraj po raz pierwszy od czasu zaszczepienia w sobie pozytywnego myślenia proza życia zagrała mi na nosie. I szłam z tą ponurawą gębą poddana jakimś zmartwieniom, które się dla mnie końcem świata wydawać zaczęły… Ocknęłam się na szczęście, w porę, po jednym dniu, któremu przewodziła myśl: ,,Dżizus, kurwa ja, pierdolę”.


Widząc człowieka mamy odruch oceniania go przez pryzmat wyglądu. Choćbyśmy nie wiem jak się zarzekali tak właśnie jest, w mniejszym lub większym stopniu. Tak zwane pierwsze wrażenie. Uczepię się więc tego potencjalnego Miauczyńskiego, którego twarz wyraża tylko niezadowolenie, choć w myślach ileś tam razy osiągnął wszystko. Na co dzień umartwia się każdą najdrobniejszą sprawą na którą nie miał, nie ma i nigdy nie będzie miał najmniejszego wpływu. Uwiera go polityka, religia, relacje międzyludzkie, praca, finanse, ojcostwo, dosłownie wszystko. Najlepiej czuje się w swoich czterech ścianach, choć i tam Jego demony odzywają się. Garściami łyka suplementy i leki. Oto On – Polak, jakich wielu. Nieszczęśnik, który żyje w czasach, których nie rozumie. Postać fikcyjna z którą utożsamiają się po cichu miliony Polaków. Postać wykreowana na potrzeby filmu (rok 2002). Mamy już 2017, wydawać by się mogło, że tyle się zmieniło, ale guzik prawda bo Adaś Miauczyński funkcjonuje od 15 lat w świadomości wielu z nas. Głośno tupiemy nogami i wypieramy z głowy fakty – Adaś Miauczyński jakby wciąż żywy, mijamy go codziennie na ulicy, w sklepie, w pracy, a czasami budzi się także w Tobie…. Oglądając ,,Dzień świra” nie wiem czy mam się głośno śmiać czy strzelić siarczyste przekleństwo i gorzko zapłakać.


Bo ja Moi Drodzy chcę się rękoma i nogami bronić przed takim odbieraniem naszej rzeczywistości. Jakiej? Szarej, brzydkiej, w której sąsiad sąsiadowi wilkiem, w której po studiach nie ma pracy, w której najniższa średnia krajowa nie pozwala Ci na godne życie, a Ty jesteś tylko marionetką w rękach władzy. Rzeczywistości w której brak Ci siły na spięcie pośladów bo dogania Cię depresja i nerwica, a upadek człowieka jest tylko kwestią czasu.  Nie dajmy się temu.