1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Jestem mamą niedoskonałą

Przyznaję się bez bicia, że miewałam lepsze i gorsze dni podczas niespełna sześcioletniej przygody z macierzyństwem. Popełniłam każdy możliwy grzeszek, począwszy od krótkiego karmienia piersią, poprzez spóźnione odpieluchowanie, a skończywszy na uleganiu każdej prośbie o słodycze (czego efektem jest zbliżająca się wizyta u stomatologa…). Nie miałam żadnej mądrej i przemyślanej koncepcji na wychowanie córki. Totalny freestyle niesiony tylko i wyłącznie … miłością do mojego dziecka. Nie za bardzo interesowało mnie też to w jaki sposób inne mamy wychowują swoje dzieci. Nie wtrącałam się i nie pouczałam, ale obserwowałam. Idealnych matek nie ma, każda z nas ma bowiem swoje za uszami i choć kocha swoją pociechę nad życie zdarza się, że ma dosyć. Nie ważne czy jedno, dwoje, troje lub więcej dzieci. Uwierzcie mi, że przy jednym też można się sporo napocić i mieć po dziurki w nosie macierzyństwa. Na szczęście to stan przejściowy, choć niestety nawracający 😀

W tej całej mojej niedoskonałości najbardziej lubię to, że często jest spontanicznie, nieprzewidywalnie i zaskakująco. Planowanie w macierzyństwie mi nie wychodzi, działam na wyczucie. Jedynie podczas choroby jestem poważna, stonowana, skupiona i zadaniowa. Poza tym czasem staram się być dla mojej córki mamą/przyjaciółką/kompanem. Czasami bywam surowa, to są chwile słabości, których powinnam się wstydzić, ale z drugiej strony wyznaję zasadę, że nie mogę Jej rozpuścić jak dziadowski bicz 😉 Kolejna rysa na idealnym macierzyństwie – mój brak cierpliwości i roztrzepanie, które nie raz i nie dwa sprawiły, że podniosłam głos, krzyknęłam i dałam karę. Potem analizowałam na spokojnie sytuację raz jeszcze… – ,,Gdybym była bardziej cierpliwa” – gdybałam. Ale nie jestem, mogę spróbować, ale nie obiecuję, że nagle stanę się oazą spokoju i zrozumienia dla zbuntowanej pięciolatki. To trochę bardziej długofalowy i skomplikowany proces. Cierpliwości uczę się bowiem każdego dnia.

W życiu codziennym widziałam nie raz i nie dwa takie idealne rodziny, idealne matki i żony, które były cierpliwe…do czasu. Najlepsze obserwatorium to większe skupiska dzieci będących pod opieką dorosłych : place zabaw, sale zabaw, parki i skwerki wypoczynkowe, a nawet sklepy. W takich miejscach jesteśmy świadkami różnych zachowań, zarówno dzieci jak i … rodziców. Nie wierzę kobiecie/matce, której dziecko bije wszelkie rekordy złego zachowania, a ona ze stoickim spokojem mu się przygląda i czule uśmiecha się pieszczotliwie mówiąc, żeby się uspokoiło.


Jeśli Ty tak potrafisz – wybacz, widocznie mało w życiu jeszcze widziałam! 🙂


Podczas ubiegłorocznych wakacji wybraliśmy się we trójkę na pobliski plac zabaw. Piękne niedzielne popołudnie, na placu ruch spory, dużo dzieci i rodziców. My tradycyjnie zajęliśmy ławeczkę i obserwowaliśmy sobie naszą pociechę dyskutując na przeróżne tematy. W podobnym momencie rzuciła nam się w oczy pewna rodzina. Model 2×2. Mama, tata, synek, córcia. Rodzina jak z reklamy. Mama huśtała synka, tata chodził za dreptającą niepewnie małą dziewczynką, rozmawiał z kimś przez telefon. Mała dziewczynka zawędrowała na huśtawkę i tam dwójkę musiała ogarniać już mama bo ojciec prowadził nadal rozmowę i oddalił się od całej gromadki. Spoko. Nic nadzwyczajnego się nie działo. Do czasu… Chłopiec jednak widząc, że matka musi swoje siły rodzicielskie rozdzielić na dwoje zrobił się bardzo niezadowolony. Zaczął krzyczeć. Przeklinać. I grozić swojej mamie. Ciekawe skąd znał takie słowa: ,,Zabiję Cię ty ku.wo, nienawidzę Cię”!!!! Ok. Ludzie, którzy to słyszeli zbaranieli, podobnie jak my zresztą. Reakcja matki to śmiech i słodkie słówka do chłopca: ,,Ojej, przestań synku”… Skąd u chłopca w wieku około 4 lat takie słowa? Gdzie je usłyszał? Dlaczego tak reaguje? Nie zamierzam się bawić w psycholożkę, ale doprawdy nie wiem czyja reakcja bardziej mnie zszokowała: dziecka czy matki? Ojciec dzieci nadal rozmawiał przez telefon. Przestraszona ryczeniem starszego brata dziewczynka zaczęła wyć, matka roześmiana i totalnie zresetowała bujała i jedno i drugie na huśtawce starając się jednak więcej czasu poświęcać chłopcu. Po chwili ojciec na nowo zajął się dziewczynką, a matka oddana chłopcu już na sto procent głośno (rozbawionym głosem) powiedziała: ,,Ale żeś pokrzyczał na mamę, ha ha ha”! Poker face to przy tym pikuś. Jeżeli ta kobieta cokolwiek przeżywała, jakkolwiek się denerwowała to na pewno nie było tego widać na zewnątrz. Czy to oznacza, że jest to idealna/doskonała matka? Taka co to wszystko weźmie na klatę, nawet patologię, byleby tylko nie zburzyć swojego idealnego wizerunku?

Jeśli na tym ma polegać ta idealność to ja dziękuję, ale nie skorzystam. Nie chcę ukrywać przed córką moich prawdziwych emocji bo kiedy jestem zła i zdegustowana to po prostu muszę krzyknąć, kiedy jestem rozbawiona muszę się roześmiać, kiedy muszę wymierzyć jakąś drobną karę to nie ma zmiłuj…

Macierzyństwo jak i życie musi być u mnie NO MAKE-UP 🙂

 

www.pixabay.com

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Typ: Matka Zadaniowiec

Pewnie nie ja jedna tak mam, zapewne podasz mi rękę, przybijesz piątkę lub po prostu ze zrozumieniem pokiwasz głową… Zrobiła się ze mnie taka mama zadaniowiec. Jest problem, a ja od razu zwarta i gotowa zacieram ręce, planuję i działam. Oczywiście jak najszybciej oczekuję rezultatów.

www.pixabay.com

 

Choroba.

Jest choroba – od razu działam oczekując cudów na kiju po pierwszej dawce specyfików…

Mały, maciupeńki katarek, ledwo widoczny, odkaszlnięcie raz na kilka godzin. Ja od razu zaczynam wyobrażać sobie najgorsze scenariusze łącznie z nieprzespanymi nockami, wysoką gorączką, biegunką, wymiotami itp. Jak nic idzie choroba. W najlepszym wypadku to przeziębienie. Takie niegroźne, dwa góra trzy dni posiadówki w domu, plus aplikacja naturalnych wspomagaczy typu soczek malinowy i syrop babciny. Ale co jeśli to nie będzie zwykłe przeziębienie?!…Zaczynam więc działać…Planuję sobie, że po pierwszej dawce solidnego lekarstwa prześpimy być może 1/3 nocy, bądź po prostu nie będę musiała nosić dziecka na rękach i uda się ogarnąć nieco kaszel gruźlika. Z rana natomiast po pierwszej inhalacji oczekuję ze zniecierpliwieniem rezultatów. Chcę od razu widzieć efekty w postaci cudownej przemiany duszącego kaszlu suchego w odkrztuszający kaszel mokry. Oj ja naiwna 😀 W międzyczasie łapię za telefon i już umawiam nas na wizytę do pediatry. Moje zadanie to podawać leki z zegarkiem w ręku z nadzieją na to, że dziecko przyjmie je z radością bo przecież tłumaczę, że to dla jego dobra…Yhm…;) W praktyce różnie to bywa, ale zawsze trzymam się godzin i wszystko rozpisane jest na karteczce, a leki poukładane według kolejności podania 😉

Małe/Wielkie problemy przedszkolaka/dzieciaka.

Podrapana ręka, kłótnia na placu zabaw – chciałabym od razu godzić dzieci i szukać wyjaśnień, choć czasami trzeba dać dziecku się pokłócić…

,,Mamo, bo On mnie popchnął, a Ona mnie podrapała” .. . 🙂 Samo życie. Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal jak mówi przysłowie, ale jak każdą rodzicielkę rusza mnie kiedy mojemu dziecku jest przykro z powodu jakiegoś wydarzenia…Wiem, że moja córka ma najlepszą opiekę pod słońcem w swoim ukochanym przedszkolu, ale i tak czasami mam ochotę zadać po raz setny Paniom w przedszkolu pytanie czy aby na pewno moje dziecko nie doznało żadnej przykrości ? 😉  [Tak wiem, nie uchronię Jej przed całym światem 😉 ]. To samo tyczy się placów zabaw i konfliktów jakie kiedykolwiek miały miejsce i brała w nich udział moja córka. Raczej nie jestem nerwusem, krzykaczem i zaślepieńcem wpatrzonym tylko w moje dziecko. Wiem, kiedy nabroi, kiedy ewidentnie jest niegrzeczna i nie ma racji. Jednak czasami zdarzają się sytuacje kiedy widzę, że kroi się konflikt na placu zabaw, a ściślej rzecz ujmując jakaś niesprawiedliwość. Bo jak inaczej nazwać wbijanie się starszych dzieci do kolejki np. do zjazdu na tyrolce? Oj… Gdybyście mnie widzieli jak ostatnio wparowałam w takie towarzycho młodocianych 🙂 Niestety na niesprawiedliwość nigdy się nie zgodzę. Swoim czujnym okiem rodzica siedzącego na ławeczce przy placu zabaw dostrzegłam młodziaków w wieku +10 perfidnie robiących w wała małych brzdąców. Owi młodociani zjeżdżali po kilka razy z tyrolki nie licząc się kompletnie z tym, że te maluchy czekają w kolejce i próbują coś tam po swojemu ugrać. Z marnym skutkiem. Wtedy wkroczyłam ja. Matka zadaniowiec. Owacje!…Żartuje oczywiście 😉 Podeszłam do grupki posmutniałych brzdąców i zadowolonych starszaków i dobitnie oznajmiłam tym drugim, że koniec oszukiwania, maluchy też mają prawo skorzystać z tyrolki. Bąknęłam coś jeszcze o niesprawiedliwości i niegrzecznym zachowaniu i osiągnęłam swój cel, dzieciaki zjeżdżały po kolei 🙂 Mnie autentycznie takie sytuacje doprowadzają do stanu podkurzenia (delikatnie mówiąc).

 

Wydaje mi się, że ta zadaniowość nieco zmaleje kiedy Julka nieco podrośnie albo kiedy po prostu przestanie być jedynaczką 😉

 

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Karmienie piersią – moja historia

Kiedy niespełna sześć lat temu na świat przyszła moja córka miałam ambitny cel aby karmić Ją piersią. Wydawało mi się to naturalne i PROSTE, a temat ten podczas ciąży w ogóle nie spędzał mi snu z powiek. Miałam typowe myślenie pierworódki: mam cycki, jest siara, potem mleko i karmię na żądanie. Mleko matki jest najzdrowsze dla malucha i szczerze marzyłam, że przynajmniej z rok uda mi się moją córkę karmić piersią. Nie przypuszczałam, że kilka dni po powrocie z Małą do domu moja laktacyjna przygoda stanie się jazdą bez trzymanki z zaliczaniem co chwila gleby. W szpitalu karmiłam Młodą piersią, pamiętam też, że przyszła do mnie na chwilkę jedna z pielęgniarek i ściskając mi pierś (ku mojemu nie tyle oburzeniu co zaskoczeniu) próbowała władować ją mojej córeczce do buźki. Kiedy córa załapała o co w tym chodzi i zaczęła ssać położna z triumfalnym uśmiechem wyszła z sali. Tyle. Choć może powinnam być wdzięczna i za to bo wiadomo, że z położnymi i pielęgniarkami, a także ich zaangażowaniem bywa różnie. Zdarza się, że trafisz na wspaniały personel z powołania lub na totalnie zmęczonych swoją pracą ludzi, którzy nie kwapią się do pomocy.

Niestety w domu kompletnie nie umiałam ogarnąć niczego. Przytłaczał mnie tłum ludzi, których na co dzień darzę sympatią i szacunkiem, ale wtedy tak bardzo chciałam świętego spokoju i miałam dosyć ciągłego wpierdalania się w karmienie, przewijanie i kąpiele mojego dziecka. Na szczęście miałam obok siebie osoby, które z totalnym wyczuciem potrafiły mnie wspierać, szanowały stan w jakim się znajdowałam (heloł byłam w połogu!) i ocierały łzy bezsilności. Tak się już w tym życiu układa, że jedne mamy karmią piersią, a inne mlekiem modyfikowanym z butelki. Z różnych powodów, pobudek, w wyniku różnych wypadków losowych i postanowień. Żadnej matki nigdy nie oceniałam pod kątem tego jak karmi swoje dziecko. To prywatna sprawa każdej kobiety. Za każdym karmieniem kryje się jakaś historia. Na przykład moja mama karmiła moją siostrę i mnie mlekiem modyfikowanym. Dlaczego? Zarówno po pierwszym jak i po drugim porodzie dopadła mamę jeszcze w szpitalu ciężka infekcja, od razu w ruch poszedł antybiotyk i z karmienia nic nie wyszło. Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy żeby z tego powodu mieć do niej jakiekolwiek pretensje. Z kolei w drugim obozie była moja teściowa, maniakalna zwolenniczka karmienia piersią, która nie rozumiała moich problemów z laktacją i terroryzowała swoimi wywodami na ten temat. Miałam tego serdecznie dosyć, taka toksyczna osoba w pobliżu potrafi zajebiście uprzykrzyć życie. W mojej głowie panował chaos, byłam nerwowa, a córka wyczuwała to napięcie…Zarówno Ona jak i ja byłyśmy tym zmęczone. Kiedy w ruch poszła butelka miałam poczucie, że moje dziecko lepiej się najada.Idąc tym tropem wmówiłam sobie, że moje mleko jest guzik warte, że dziecko tylko męczy się przy piersi. Karmiłam coraz rzadziej, aż w końcu przestałam karmić w ogóle…

Tak. To moja osobista porażka, której być może nie przeżywam już tak intensywnie jak jeszcze kilka lat temu, ale to nadal siedzi gdzieś tam z tyłu głowy. Czasami przypominam sobie pierwsze tygodnie życia mojej córeczki, powinny to być spokojne i radosne chwile, tymczasem ja byłam totalnie smutna i zrezygnowana. Położna próbowała podnieść mnie na duchu, coś tam doradzała, ale wówczas chyba tylko święty spokój z dala od ludzkości mógł uratować moją laktację. Stąd moje postanowienie, że jeśli kiedykolwiek będzie mi dane mieć drugie dziecko po przyjeździe do domu chciałabym mieć tylko i wyłącznie święty spokój…. Niestety zbyt dużo bodźców zewnętrznych potrafi spieprzyć nawet najpiękniejsze chwile w życiu. A jak wiadomo kobieta która zostaje matką, będąca w połogu, jest nadwrażliwa i emocjonalnie przyjmuje każdą krytykę. Wiem, że może to wyglądać na usprawiedliwianie się, ale jestem daleka od wybielenia się i zrzucenia winy na wszystkich dookoła. Koniec końców to ja skapitulowałam i powiedziałam ,,Nie karmię”. Mogłam wykazać się większą cierpliwością, spokojem, opanowaniem i olać presję…Nie zrobiłam tego. Mam nauczkę i wyciągnęłam wnioski. Uważam, że to najlepsza droga do tego aby w przyszłości nie popełnić już tych samych błędów 🙂

Bardzo cenię sobie ludzi, którzy nie terroryzują, ale pięknie motywują i zachęcają do karmienia piersią. Nie owijają w bawełnę, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie. Na swoim przykładzie udowadniają, że warto zacisnąć zęby i pomimo przeszkód nie poddawać się. Dziś bogatsza o doświadczenia po pierwszym porodzie, wiem, że nie poddam się łatwo i ograniczę do minimum ,,głosy doradcze terrorystów laktacyjnych”. Chętnie przyjmę każdą radę od ludzi życzliwych, którzy nie straszą i nie oceniają. Wiem, jak ważne jest karmienie piersią.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że aby karmienie piersią powiodło się, oprócz czynników medycznych najważniejsze są:

  • silna motywacja
  • spokój wewnętrzny i zewnętrzny
  • wsparcie drugiej połówki
  • wytrwałość

Każdej przyszłej mamie chciałabym życzyć tych czterech rzeczy 🙂 Grunt to mieć świadomość, że może być różnie i nie poddawać się za szybko. Warto też pokrzepić się przykładami z życia, którymi dzielą się z nami blogerki znające temat od podszewki 🙂

 

www.pixabay.com

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Kiedy moje dziecko choruje…

… choruję też ja …

Zamartwiam się każdym kaszlnięciem. Biorę pod lupę katar i po kolorze ( 😉 !) próbuję poznać, czy to tylko zwykłe przeziębienie czy już coś więcej i skończy się antybiotykiem. Dotykam dziesięć razy na minutę czoła…żeby się upewnić, czy przypadkiem nie jest nieco bardziej ciepłe niż zwykle. Nakłaniam do częstego wydmuchiwania nosa, ku niezadowoleniu mojej córki. W kuchni przykładam się do gotowania prawie tak samo jak wówczas gdy mają przyjść do nas goście albo zbliżają się święta…Wszystko po to żeby ugotować mojej małej chorowitce to co lubi najbardziej. Herbatka z miodem i cytryną podsuwana pod nos. Całe moje jestestwo podporządkowane jest właśnie Jej.

Zapominam wtedy o sobie. Nagle okazuje się, że moje włosy były myte pięć dni temu i są tak tłuste, że można byłoby ugotować z nich rosół 😉 Śpię czujnie, budząc się kilka razy w ciągu nocy, tylko po to żeby sprawdzić czy moje dziecko nie ma gorączki. Kombinuję jakby tutaj zabić tą nudę, która po kilku dniach siedzenia w domu staje się nieznośna i doprowadza do niepotrzebnych nerwów Jej i moich…Nie zawsze mi to wychodzi. Posiłkuję się często tabletem, włączając ulubione bajki. Czasami popłakuję w kącie, tak żeby Ona nie widziała. W końcu w takich hardcorowych sytuacjach wielu rodzicom pomagają dziadkowie. Moi są 240 km stąd. Muszę porządnie się wtedy opierdolić w myślach żeby nie obwiniać nikogo o taki stan rzeczy. To był tylko i wyłącznie mój wybór. Wspierają mnie jak umieją. Przecież mam tylko (albo aż) jedno dziecko. ,,Życzliwa” Matka Polka zaraz sprowadziła by mnie do parteru i zrugała za to, że inne matki mają gorzej bo:

a) mają więcej dzieci,

b) są same bez chłopa w domu,

c) pracują ciężko i nie ma kto im zostać z dziećmi,

d) muszą siedzieć na L4 i nie wiadomo czy roboty nie stracą.

Ok. Biorę to na klatę. Nie polemizuję ze znawczyniami tematu 😉

Podczas choroby córki moja aktywność w innych sferach życia poza macierzyństwem spada do zera. Snuję się po domu jak cień siebie i czekam aż mojemu dziecku się poprawi. Stan umysłu – Matka. A gdy przychodzi poprawa i dziecko prawie demoluje mi chałupę bo taka energia je roznosi, wtedy budzę się z letargu i odliczam czas powrotu do przedszkola. Tak właśnie wyglądały ostatnie dni. Dziś mamy drugi dzień armagedonu. Zamiatam rozsypane okruchy po śniadaniu, ścieram rozlane picie, potykam się o klocki, odsuwam nogą zabawki robiąc sobie wąską dróżkę, walczę z mega apetytem mojego dziecka…- apetytem na słodycze oczywiście…;) Słyszę kilkadziesiąt razy powtarzane słowo NUDA, wypowiadane z wyrzutem, podczas gdy ja już prawie tańczę breakdance żeby zapewnić mojemu dziecku jakieś atrakcje 😉

Ten wpis to kartki z pamiętnika ostatnich naszych dni 🙂 Wracam jednak ze zdwojoną siłą i od jutra naciąga lawina wpisów 😀 Wszak mam inspirację w najlepszej postaci 🙂

www.pixabay.com
1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Disney On Ice – Zaczarowany świat Disneya

W ciągu swojego 7 letniego żywota w Katowicach nie miałam jeszcze przyjemności być na jakiejkolwiek imprezie w Spodku. Mogłam się jedynie pochwalić tym, że … przechodziłam obok 😀 Cóż, 1 grudnia w końcu się doczekałam swojego pierwszego razu i to w dodatku w doborowym towarzystwie 😉 To miał być prezent mikołajowy dla córki, wspólna wyprawa na widowisko na lodzie – Disney On Ice. Jedne z najbardziej popularnych i lubianych bajek Disneya:

  • Toy Story
  • Mała syrenka
  • Auta
  • Kraina lodu

Żeby nie było tak cukierkowo trochę się stresowałam…Miałam obawy:

  • Czy rozbrykana pięciolatka da radę usiedzieć w miejscu przez 120 minut?
  • Co kilka minut będzie padało z ust córki pytanie : ,,Kiedy będzie koniec?”
  • Czy moje dziecko nie będzie się nudziło? [tego chyba bałam się najbardziej]
  • W trakcie widowiska usłyszę z ust latorośli :,,Mama, siku” [I trzeba będzie przedzierać się przez gęstwiny żeby dotrzeć do toalety, ale wiadomo, potrzeba fizjologiczna przychodzi z zaskoczenia 😉 ]
  • Ostentacyjnie zacznie zatykać uszy i marudzić bo jest za głośno [w kinie też zatykała uszy w momentach głośniejszych, że się tak wyrażę :D]

Okazało się, że moje dziecko tak bardzo wsiąknęło w klimat widowiska, że wszelkie moje obawy zostały rozwiane. Nie spodziewałam się aż tak mile zaskoczyć. Były gestykulacje, klaskanie, podskakiwanie, śpiewy i otwarta z wrażenia buzia. Czas przeleciał zdecydowanie za szybko, a ja głupia martwiłam się, że 120 minut będzie nam się ciągnęło w nieskończoność.

Na początku oszołomił mnie totalnie koszt biletów, wszak 109 zł od osoby piechotą nie chodzi…Uczestnicząc w tym show i obserwując radość mojej pociechy zrozumiałam, że to była dobrze wydana kasa. Te wszystkie efekty specjalne robią wielkie wrażenie. Miejscówka była naprawdę ok. Widziałyśmy wszystko rewelacyjnie, pomimo tego, że nie siedziałyśmy w vipowskim sektorze 😛

 

 

 

Największe wrażenie zrobiła na nas Mała syrenka i Kraina lodu, może dlatego, że Toy Story i Auta to bajki, które są bardziej w guście chłopaków 🙂 Dziewczyny emocjonowały się pojawieniem się na lodowisku Arielki, Elsy, Anny…i oczywiście ulubieńca wszystkich, czyli Olafa 😀

 

Czy warto ?

Jeżeli chcecie zafundować dziecku ekstra przeżycie i zastanawiacie się czy warto kupić bilety na to show, to nie wahajcie się ani chwili i kupujcie. Nawet jeśli Wasze dziecko jest bardzo żywiołowe i ciężko mu usiedzieć w miejscu bo roznosi je energia. Organizatorzy bowiem pozwalają dzieciom podchodzić praktycznie pod samo lodowisko, możesz więc spokojnie wziąć swoją pociechę za rękę i podejść z nią bardzo blisko żeby np. zobaczyła z bliska swojego ulubionego bohatera 🙂 Wcale nie musisz stać jak słup soli, możesz wspólnie z dzieckiem tańczyć do ulubionych piosenek, machać, podskakiwać i śpiewać 🙂 To wciąga 🙂 Twoje dziecko będzie się bawić świetnie, a Ty razem z nim. Naprawdę warto!

 

Na koniec fragment z ,,Krainy lodu” 🙂

 

Zdjęcia i filmik – archiwum prywatne.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Bajki, które potrafią rozśmieszyć dzieci i dorosłych…


*

,,Mamo, pooglądasz ze mną bajeczkę?”

*


Ten tekst słyszę niemal każdego dnia z ust mojej córeczki. Nie da się odmówić, choć z tyłu głowy pojawia się myśl, że w tym czasie mogłabym zrobić tyle rzeczy… No cóż, domowe obowiązki niech poczekają, a ja skuszę się na wspólne oglądanie bajeczki. Wykorzystam też sytuację i poprzytulam się z tą małą psotnicą. Wybieramy bajkę wspólnie, ale szefowa i tak ma decydujące słowo 😀

Założenie jest jedno, mamy się świetnie bawić podczas seansu 🙂 Dlatego też, stawiamy na rozśmieszające i zabawne historyjki, które:

a) nie wywołają u nas obopólnego ziewania i przysypiania, czyli reasumując nudy

b) nie będą totalnie ogłupiające (Kurczak i krowa – sorry, ale podziękujemy).

Pierwszą naszą kultową bajką jest: ,,Tom i Jerry”. Historie kota Toma i myszki Jerry bohaterów stworzonych przez Hanna i Barbera bawią dzieciaki i dorosłych do dnia dzisiejszego. Fabuła jest banalna, przez większość odcinków Tom próbuje schwytać myszkę Jerry wpadając na różne zwariowane pomysły. Dobra zabawa podczas oglądania ich szalonych przygód murowana, a ilość odcinków jest naprawdę spora, więc nie ma mowy o nudzie.

www.pixabay.com

 

Znacie ,,Marta Mówi”? Jeśli nie, koniecznie nadrabiajcie zaległości! Przygody Marty, psa, który po zjedzeniu zupy literkowej zaczyna mówić podbiją serca Waszych dzieci i Wasze zresztą również 🙂 Piosenka tytułowa z łatwością wpada w ucho i nie raz złapałam córkę i … siebie 😀 na podśpiewywaniu tekstu: ,,Marta jak zwyczajny pies, robi…Woof i woof i wrrrr!” 😀  Bajka jest nie tylko zabawna, ale ma również zalety edukacyjne ponieważ koncentruje się na tematyce mowy.

www.pbskids.org

 

Kolejną bajką na naszej top liście są: ,,Smerfy”. Któż Ich nie zna? Dzielne niebieskie ludki na czele z Papą Smerfem stawiające dzielnie czoła Gargamelowi i Jego kocurowi Klakierowi. Hit hitów. Śmieszne dialogi, wciągająca fabuła każdego z odcinków i zakończenie z morałem. Córa ma nawet do zabawy kolekcję gumowych figurek stikeezów, które od czerwca jeszcze się Jej nie znudziły (pisałam o tym tutaj -> http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2017/09/22/czym-sie-bawi-pieciolatka-top-5-ulubionych-zabawek/ ) Nas najbardziej śmieszą wpadki Gargamela i Klakiera, żarty Zgrywusa i wiedźma Hogata 😀 Jeśli nie znacie odcinków z Hogatą koniecznie ich sobie poszukajcie i obejrzyjcie.

www.pixabay.com

 

,,Struś Pędziwiatr i Kojot”, to była moja jedna z ulubionych bajek do pośmiania w dzieciństwie. Nie przypuszczałam, że uda się zachęcić moje dziecię do obejrzenia choćby jednego odcinka.. O dziwo mojemu dziecku na tyle spodobała się ta bajka, że dziś sama się dopomina o włączenie jej. Wie dobrze, że ja również należę do wielkich fanek przygód kojota, nieudolnie próbującego schwytać zwinnego strusia pędziwiatra. Śmiejemy się w czasie oglądania ,,Struśka” na głos i mamy już nawet swoje ulubione sceny, które mimo tego iż znamy od A do Z zawsze nas śmieszą, tak jakbyśmy oglądały je pierwszy raz 🙂

www.warnerbroscartoons.wika.com

 

Lubię to nasze wspólne oglądanie bajek, któremu towarzyszy rechotanie i świetny humor. Nie ma nic przyjemniejszego niż czerpać radość ze spędzania czasu razem. Dlatego warto czasami oprócz wartościowych opowieści z przesłaniem, wyciskających łzy z oczu dziecka i dorosłego zapodać sobie coś rozluźniającego i poprawiającego nastrój. Bajki, które przedstawiłam Wam powyżej zdecydowanie umilą czas spędzony wspólnie z dzieckiem przed telewizorem.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

IBUPROM kontra PARACETAMOL, co lepsze na zbicie gorączki u dziecka?

Syropy i czopki przeciwgorączkowe dla dzieci to niezbędnik każdej domowej apteczki. Mają one działanie nie tylko przeciwgorączkowe, ale także przeciwbólowe, a niektóre nawet przeciwzapalne. Na rynku farmaceutycznym jest spory wybór syropów dla dzieci, czym więc kierować się przy kupnie tego odpowiedniego, który okaże się strzałem w dziesiątkę?

Zacznijmy od tego, że składnikiem aktywnym każdego z tych syropów jest :

  • IBUPROFEN lub
  • PARACETAMOL

Pierwszy z tych składników, czyli ibuprofen, jest klasyfikowany jako niesteroidowy lek przeciwzapalny o działaniu przeciwzapalnym, przeciwbólowym i przeciwgorączkowym. Cechuje go duża szybkość działania. Niestety może on podrażniać i uszkadzać śluzówkę żołądka, a także nerki. Należy ostrożnie stosować go w przypadku kiedy nasze dziecko ma bóle brzuszka i wymiotuje, gdyż jest gastrotoksyczny.  Ze względu na działanie przeciwzapalne jest nawet trzykrotnie silniejszy od paracetamolu. Najpopularniejsze preparaty dla dzieci zawierające ibuprofen to: Nurofen, Ibum, Ibufen.

 

Działanie paracetamolu (organicznego związku chemicznego) opiera się na zbijaniu gorączki i łagodzeniu dolegliwości bólowych. Nie ma on z kolei działania przeciwzapalnego, a tym samym nie wpływa na proces krzepnięcia krwi. Jest uznawany za lek bezpieczniejszy od ibuprofenu, nie niszczy on bowiem błony śluzowej żołądka. Jest jednak ryzyko stosowania go równolegle z lekami przeciwwirusowymi ponieważ może wchodzić z nimi w interakcje. Wśród aptecznych syropów posiadających w składzie paracetamol, można wyróżnić: Apap, Calpol, Panadol.

W razie choroby w której przebiegu występuje gorączka i ból pediatrzy zalecają naprzemienne stosowanie leków zawierających paracetamol i ibuprofen. Chodzi głównie o to żeby zapobiec wystąpieniu niepożądanych objawów związanych z możliwością przedawkowania w przypadku monoterapii, czyli podawaniu np. tylko leku z ibuprofenem. Udowodniono, że taka terapia łączona daje lepszy efekt przeciwgorączkowy, jest mniej stresująca dla dziecka bo otrzymuje ono mniejszą liczbę dawek leku i tym samym jest mniej toksyczna.

Jak wygląda taka naprzemienna kuracja przeciwgorączkowa?

Godzina 18:00 – dawka leku zawierającego paracetamol odpowiadająca masie ciała naszego dziecka.

Po 4 godzinach…

Godzina 22:00 – dawka leku zawierająca ibuprofen,  również przeliczona na masę ciała.

Po 4 godzinach…

Godzina 2:00 – lek z paracetamolem.

W międzyczasie oczywiście należy obserwować dziecko. Bardzo ważne jest aby w przypadku dawkowania leku nie sugerować się tylko wiekiem dziecka, ale przede wszystkim jego masą ciała! Wielu rodziców zamiast podawać lek w ilości odpowiedniej do wagi swoich pociech koncentruje się tylko na wieku dzieci i dawkach do niego przypisanych. W rezultacie dziecko otrzymuje za małą lub za dużą ilość leku.

Taki schemat działania wdrażałam w życie kiedy moja córka miała wirusówki objawiające się tylko i wyłącznie wysoką temperaturą, rzędu 39-40 stopni i utrzymującą się 2-4 dni. Sprawdzał się on u nas zdecydowanie lepiej niż podawanie tylko i wyłącznie leku np.: z ibuprofenem. Niestety o ile syropy typu: Nurofen i Ibum są dostępne w różnych wariantach samkowych i względnie smakują mojemu dziecku, tak w przypadku preparatów z paracetamolem tego gorzkawego posmaku nie da się przebić żadnym dodatkiem smakowym i córka wybitnie go nie znosi. Choć w mojej opinii paracetamol zdecydowanie lepiej radzi sobie z bólem. Nie ma on jednak działania przeciwzapalnego więc nie ma sensu podawać go w przypadku tworzącego się w organizmie stanu zapalnego spowodowanego np. przeziębieniem lub grypą.

Na rynku farmaceutycznym istnieje również preparat złożony, który zwiera w swoim składzie obie substancje, czyli ibuprofen i paracetamol razem w jednej buteleczce 😉 Jego nazwa to Kidofen Duo. Nasza Pani pediatra wypisała nam dwukrotnie receptę na ten syrop i muszę powiedzieć, że sprawdził się u naszej córki świetnie. Przede wszystkim ze względu na mniejszą częstotliwość dawkowania i szybkość działania. Minus – dostępny tylko na receptę. Dawkowanie tego syropu u dzieci wygląda w następujący sposób:

Dzieci:
2 do 5 lat (10 – 20 kg) 5 ml zawiesiny 3 do 4 razy na dobę
6 do 12 lat (21 – 40 kg) 5 ml do 10 ml zawiesiny 3 do 4 razy na dobę

 

Zdjęcia pochodzą ze strony: www.doz.pl

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Zajęcia sensoryczne dla Twojego dziecka – SENSOPLASTYKA

Ćwiczy kreatywność, rozwija zmysły, uczy poznania siebie i przestrzeni wokół … SENSOPLASTYKA, zajęcia sensoryczno-plastyczne dla dzieci i dorosłych bez żadnych ograniczeń wiekowych, zwane także warsztatami brudzenia. Pierwsze koty za płoty i tak oto, 10 listopada uczestniczyłyśmy z córką w takich szkoleniach. Pełna niepewności spakowałam do torebki aparat z myślą o zrobieniu zdjęć po pierwsze na pamiątkę po drugie z myślą o blogu, o Was czytelnikach. Stwierdziłam, że jeśli zajęcia będą strzałem w dziesiątkę zrobię dla Was wpis. I… powiem Wam, że warto było zapisać Młodą. To była pierwsza taka sytuacja że z premedytacją bez mojego biadolenia w tle mogło się moje dziecię upaćkać od stóp do głów. Była trochę zachowawcza, chwilami zerkała na mnie, ale potem całkowicie popłynęła i wsiąkła w zabawę na całego. Wszak nie tylko o wybrudzenie się tutaj chodzi.

Narzędzia ,,pracy” 🙂
Narzędzia ,,pracy” 🙂

 

Warsztaty sensoplastyki mają na celu totalnie wyluzować Twojego szkraba i pozwolić mu na eksperymentowanie i tworzenie czegoś co tylko jego rozum ogarniać będzie. Dzieciaki mają do dyspozycji ekologiczne i biodegradowalne materiały plastyczne, czyli głównie artykuły spożywcze, np. skrobia ziemniaczana, olej, woda, mleko, barwniki spożywcze. Na podłodze wyłożonej folią grupka dzieci zbiera się wokół siebie. Dołącza do nich osoba prowadząca takie zajęcia, rozdaje np. talerzyki plastikowe, słomki, mleko, barwniki spożywcze rozpuszczone w wodzie i pokazuje zainteresowanym co też fajnego można stworzyć. Dzieciaki mogą się inspirować, ale nie muszą, mogą po prostu łączyć w dowolnej ilości wszystkie składniki, czyli tzw. freestyle. Oczywiście na takie zajęcia warto ubrać dziecko w luźny, wygodny i w żadnym wypadku nie niedzielny strój. Nie wypali założenie dziewczynce ulubionej sukienki bo cały czas będzie się zastanawiała nad tym czy aby jej nie ubrudzi. O dobrej zabawie nie będzie mowy.

Cisza przed burzą 🙂

 

Na początku pozwoliłam mojej małej tworzyć samej swój barszcz 😀 czy też czerninę. Byłam trochę spięta i zawstydzona tym pstrykaniem non stop zdjęć – początkujący bloger 😉 Nie chciałam też wytrącać córki z zabawy tekstami typu: ,,Uśmiechnij się do mamusi”… Potem jednak dosiadłam się i razem robiłyśmy tzw. gluta ze skrobi ziemniaczanej, barwników rozpuszczonych w wodzie i oleju. To był najfajniejszy czas. Wszystko dokładnie mieszane rękoma w plastikowych miseczkach. Glut wyszedł imponujący. Dziecko uradowane i ubabrane nawet na tyłku 😀 Boże, jak ja żałuję, że nie założyłam dresu! Na drugi raz bankowo ubieram się na luzaka.

Młoda twierdzi, że to barszcz, ja tam widzę czerninę 😉
Glut się robi 🙂

 

Prawie gotowe 🙂 Skupienie musi być!

 

Na zajęciach były także małe szkraby, którym mamusie dzielnie pomagały ubabrać się po pachy z uśmiechem na ustach. Były także dzieci w wieku wczesnoszkolnym, które gdyby mogły rozniosłyby salę w której odbywały się zajęcia. Stąd moje przypuszczenia, że zajęcia te są skierowane także dla dzieci z nadpobudliwością emocjonalną, autyzmem i różnymi zaburzeniami intelektualno-ruchowymi. Większość dzieci była autentycznie zrelaksowana i szczęśliwa podczas tej godziny trwania warsztatów.

Po pierwszych zajęciach wiem już, że na kolejnych będziemy również. Podejrzewam, że będziemy bawić się jeszcze lepiej niż na tych pierwszych. Uzbrojona w wygodny strój, dobry humor i banan na buzi 🙂 zamierzam lepić te gluty i robić te kolorowe kropki na talerzyku pełnym mleka bez nerwów i pośpiechu. Być może Pani prowadząca zaproponuje jakieś nowe, nieznane nam jeszcze koncepcje. Ciekawie byłoby takie zajęcia wzbogacić fajną w odbiorze dla dzieciaków muzyką. W każdym bądź razie jeżeli macie możliwość zapisać Wasze dziecko na takowe warsztaty, nie zastanawiajcie się ani chwili. Warto 🙂

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Proste sposoby na dziecięcą nudę w okresie jesienno-zimowym

Jesień w pełni, jeszcze dwa tygodnie temu śmigałam w kurteczce jeansowej, a teraz brutalna rzeczywistość – tona ubrań na sobie, czapa i zimowe buciory. Śniegu jeszcze co prawda nie ma, ale pizga nieprzyjemnym wiatrem. Siłą rzeczy mniej przebywa się na świeżym powietrzu. Już nie obskakujemy trzech placów zabaw po przedszkolu, tylko lecimy na autobus i strzałka do domu. O codzienne dotlenienie mojego dziecka się nie martwię – dzieciaki wychodzą na podwórko bardzo często. Ja z kolei robię dwie rundy do przedszkola, więc świeżego powietrza mi nie brakuje 😉

Martwię się jednak czym innym. Stanem, który dopada moje dziecko bardzo często taką porą roku. Słyszę wówczas nagminnie:


,,Mamo, nudzę się!”

www.pixabay.com

Jedynaczka, wiadomo, gdyby miała rodzeństwo to byłoby inaczej – rozmyślam. Rodzeństwa póki co nie ma. Kończą się pomysły. Nudzą się kolorowanki, zabawki też się przejadły, bajki w telewizji są nudne. Czasami uda się namówić na wspólne pieczenie ciast lub ciasteczek. Znoszę w milczeniu totalny rozgardiasz, ale zwykle po kilkunastu pierwszych minutach fascynacji – entuzjazm opada i zostaję na placu boju sama. I ciągle powtarzane NUDA NUDA NUDA ! W tygodniu problem jest mniejszy, bo Mała wybawi się w przedszkolu. Za to w weekend zaczynają się schody. Fatalna pogoda wyklucza zabawę na podwórku, pójście na plac zabaw lub wyprawę do lasu. Pozostaje albo stanąć na rzęsach w domu i wymyślać zabawy po których dom będzie wyglądał jak po przejściu huraganu, albo organizować coś na ,, zewnątrz”. Czasami porywamy się na to pierwsze. Wówczas już wiem, że cały poniedziałek będę doprowadzała chałupę do stanu używalności. Nie zawsze mam na to ochotę i siłę. Wygodna matka 🙂 żeby nie napisać wyrodna 😉 Dlatego jeśli pozwalają na to fundusze (nie zawsze pozwalają) mamy kilka stałych punktów programu, które się jeszcze nie znudziły. Jeśli się znudzą, będziemy poszukiwać alternatywnych rozwiązań 🙂

Mając jedno dziecię – skaczecie koło niego i rozpuszczacie je jak dziadowski bicz. Prawda jest taka, że życie kręci się wokół zaspokajania jego potrzeb i zapewniania mu najwspanialszych atrakcji ever. My z T. mamy podobnie, ale On ma jeszcze większego fioła. Córeczka tatusia i te sprawy 😉 Dlatego, kiedy nasza córka wypowiada zdanie ze słowem NUDA w roli głównej, wiemy już, że będziemy musieli się trochę napocić żeby tę nudę przegonić. Oto, nasza rodzicielska broń, którą eliminujemy bez skrupułów nudę 😉 :

W DOMU:

  • Wybór jednej bajki/filmu animowanego, np.: Disneya, tzw. rodzinne kino domowe. Z popcornem, jakimiś przekąskami, w wygodnej pozycji. Cała nasza trójka melduje się przed telewizorem i odpalamy wcześniej wybraną baję. Ważne jest dla córki, że robimy to wspólnie, przeżywamy i niejednokrotne na koniec (zwłaszcza ja i T.) mamy mokre oczyska 😀 Ach te bajki z przesłaniem! 😉 Dziecię zadowolone i my także.
  • Robienie zamków/domków/namiotów z koców. To już niestety zabawa po której jest trochę sprzątania. Potrzebne: wielki koc lub kilka koców, porządne sznurki lub dużo krzeseł z oparciami, klamerki na pranie, kilka poduszek, mniejszych kocyków, misie, dowolne zabawki, jakiś prowiant i trochę czasu 🙂 W najdogodniejszym miejscu w domu (po aprobacie dziecka 😉 ) przywiązujecie sznurek do, np.: klamki drzwi, poprzez oparcie krzesła, aż po inny wystający obiekt, tworząc sieć na której zawiesicie koc. Dach gotowy 😉 Jeśli koc nie obejmuje całej powierzchni, dokładacie kolejny. Najlepiej wybierzcie lekkie koce, bo ciężkie będą spadały i dziecko zamiast się bawić będzie się wkurzać że ,,dach” mu się wali na głowę. 😉 Wnętrze dziecko niech sobie urządza do woli, ważne żeby miało ciepło pod pupą 😉 Można dać dziecku latarkę i jakieś przekąski. Dobra zabawa gwarantowana.
  • Zabawa z pupilem. Więcej na ten temat pisałam tutaj:http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2017/09/20/zwierzak-w-domu-kiedy-co-bedzie-potrzebne-koszty-utrzymania/
  • Rysowanie prac dla kogoś, z naciskiem na DLA KOGOŚ. Wtedy jest bodziec żeby starać się jeszcze bardziej, a radość z wręczania  takich malunków jest warta uwiecznienia tego na fotce 🙂 Jest to jedno z bardziej pochłaniających ją zajęć w ostatnim czasie. Potrafi skupić się na rysowaniu i przez na prawdę długi czas tworzyć jakąś pracę plastyczną. Swoją drogą muszę się wybrać do sklepu po nowe mazaki, kredki i blok bo zużycie jest duże 🙂

POZA DOMEM:

  • Basen lub aquapark. Jeśli Wasze dziecko lubi wodę/nie boi się wody, gorąco polecam sobotnią lub niedzielną (nie tylko) wyprawę w takie miejsce. Nic tak dobrze nie zmęczy dziecia jak szaleństwa w wodzie. Nasza Latorośl, za każdym razem zasypia po takiej wyprawie w samochodzie. Aquadrom w Rudzie Śląskiej to jest TO. Świetne atrakcje wodne dla dzieci i rodziców: zjeżdżalnie, mokry bąbel, bicze wodne, hydromasaże, leżanki powietrzne, basen sportowy, gejzery, jaccuzi, basen zewnętrzny. Duży plus za to, że można spokojnie zjeść na terenie aquadromu ciepły posiłek i po odpoczynku nadal korzystać do woli z przeróżnych atrakcji.
  • Sale zabaw. Czyli siedlisko bakterii i wirusów 😉 Z czym ciężko się nie zgodzić, ale podobnie jest z przedszkolem, także idąc tropem przewrażliwionego rodzica, dziecko miałoby siedzieć w domu non stop. Nasza córka bardzo lubi wyprawy do sali zabaw, lubi być także zapraszana na urodziny koleżanek i kolegów, które organizowane są coraz częściej właśnie w bawilandiach. Sama zresztą w tym roku miała po raz pierwszy zorganizowaną imprezę w sali zabaw i bawiła się doskonale. Jedyny minus – kasa. Jednak raz na jakiś czas, zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma opcji na zabawę na zewnątrz udajemy się właśnie w takie miejsca. Córce najbardziej podoba się w Nibylandii.
  • Z wizytą u ulubionych koleżanek, czyli tzw. domówki 🙂 Coś w tym jest, że przyjaźnie dzieci przechodzą bardzo często na rodziców. Odkąd córka poszła do przedszkola, faktycznie grono naszych znajomych powiększyło się. Lubimy, zwłaszcza tą chłodniejszą porą, umówić się na sobotę u któregoś z nas i spędzić miło czas. I co najważniejsze, nasze dzieci są w siódmym niebie. Pobawią się, pokłócą, potem pogodzą, ale jedno jest pewne, zawsze z utęsknieniem czekają na taką wizytę 🙂

Cały czas zastanawiamy się nad innymi atrakcjami dla naszej pociechy i tym samym dla nas. Weekend, to jedyny czas, kiedy jesteśmy razem od rana do wieczora. Więc czasami trzeba nieźle się nagłówkować żeby … się nie nudzić.

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Rodzice kontra dziadkowie – małe wojny

Ktoś kiedyś powiedział, że rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania. Coś w tym jest, choć moim zdaniem, my rodzice także powinniśmy rozpieszczać (nie mylić z rozpuścić jak dziadowski bicz), a dziadkowie, ze swoim bagażem rodzicielskiego doświadczenia, mogą próbować przekazać naszej pociesze kilka fundamentalnych zapomnianych już wartości. Wszystko jednak w granicach zdrowego rozsądku, wszak coraz częściej nasi rodzice i teściowie zapominają się troszeczkę w tym swoim babciowaniu i dziadkowaniu, przekraczając pewne granice i wchodząc w nasze rodzicielskie kompetencje. Dlatego tak ważne jest, żeby wypracować sobie zdrowe relacje z dziadkami naszych pociech i poprosić ich, o uszanowanie naszej metody wychowawczej, nawet jeśli jest to metoda prób i błędów. Życie. My rodzice też potrafimy dać ciała i generalnie nasze rodzicielstwo nie zawsze jest usłane różami. Mamy jednak prawo nie słuchać dobrych i życzliwych rad starszych.


Warto czasem tupnąć nogą kiedy dziadkowie po raz kolejny wpakowali w naszą pociechę tonę żarcia, a my na wieczór musimy czuwać przy dziecięcym łóżku i próbować zapanować nad bólem brzuszka i mdłościami albo o zgrozo wymiotami.

W praktyce wygląda to tak (wiem, wiem – nie u każdego 😉 ) :

Pierwsze śniadanie, drugie śniadanie, słodycze, przekąska, zupka, drugie danie, podwieczorek, słodycze, deserek, odbieracie dziecię od dziadków i bach! ,,Mamo boli brzuszek”, ,,Mamo niedobrze mi”, ,,Bo babcia dała mi dokładkę obiadku”, ,,Dziadek wcisnął mi jeszcze kilka krówek”. Ach, ta bezgraniczna miłość i rozpieszczanie dziadków, okraszone wciskaniem jedzenia na umór. Też we mnie wciskali dziadkowie, oj wciskali, gdyby nie genialna przemiana materii i kilka ingerencji rodziców wyglądałabym jak księżyc w pełni 🙂 Wtedy mi to nie przeszkadzało, korzystałam do woli z gościnności i dobrego serca dziadków. Wiem, że ich intencje były czyste, ale dziś, kiedy sama jestem rodzicem rozumiem ówczesne frustracje moich rodzicieli, którzy burzyli się, że wracając od dziadków nie chcemy z siostrą nic jeść, jesteśmy przeżarte, zasłodzone masą słodyczy i boli nas brzuch. Kto by pomyślał, że jedzenie może być kością niezgody pomiędzy rodzicami a dziadkami. Cóż. Znam kilka przykładów przesadnego futrowania wnuków, które skończyły się mega nadwagą i ukróceniem kontaktów babcia-wnuki. Miłość babcina przesłoniła kobiecie zdolność trzeźwego oceniania rzeczywistości. Im więcej jedzenia ładowała we wnuki, tym bardziej spełnioną babcią się czuła.


Świeżo upieczone babcie i dziadkowie, bardzo często wejście w nową rolę traktują jak furtkę do przeżywania tzw. drugiej młodości. Nie byłoby w tym nic złego, wszak, któż z nas w wieku 50, 60 i 70 plus nie miałby ochoty poczuć się młodziej? Jest jednak bardzo cienka granica pomiędzy nowymi siłami witalnymi, które wówczas wstępują w seniora, a chorobliwymi próbami bycia mamą lub tatą dla własnych wnuków. Przejmowanie na siłę pałeczki od rodziców, próby rywalizowania o miłość dziecka, upodabnianie się w sposobie bycia do rodziców…

Jak dla mnie:

Mama to mama, babcia to babcia, tato to tato, a dziadek to dziadek…

Chyba, że mamy do czynienia z dzieckiem, które zostało sierotą, zostało porzucone albo ma patologicznych rodziców. Takie dzieciątko, posiadające dziadków, siłą rzeczy będzie ich traktować jak rodziców. Takie sytuacje rozumiem,

ale…

dziadków próbujących zająć miejsce rodziców i mieszających się w wychowywanie swoich wnuków (nie dzieci!!!), nie pojmuję kompletnie. Nie chciałabym być kiedyś na miejscu rodziców, którym przychodzi mierzyć się ze swoimi własnymi rodzicami i ścierać się w kwestiach wychowawczych swoich pociech. Najbardziej męczące jest to dla dziecka, bo taka szarpanina nic dobrego mu nie przynosi.


Czasami marudzę, że jedni dziadkowie mojej córci mieszkają kawałek drogi stąd. Że daleko, że rzadko się widujemy, że tęsknimy, że dziadkowie nie mogą uczestniczyć w codziennym życiu mojej małej…Potem jednak przychodzi refleksja. Ciekawe czy byłoby tak kolorowo kiedy mieszkalibyśmy rzut beretem od nich? Czy wtrącaliby się? Czy miałabym ich czasami dosyć? Czy może nasze stosunki nie byłyby wtedy takie dobre, jak są teraz? Może tak właśnie miało być? I dlatego teraz tak bardzo doceniam każde nasze wspólne spotkanie, a Oni tak bardzo stęsknieni oddają się swojej wnusi na sto procent. Czasami zaborczo, ale mi to akurat wtedy nie przeszkadza. Może dlatego, że nie ma tego na co dzień?

Z kolei bardzo blisko nas mieszka druga babcia Latorośli. Nie wchodzi w moje kompetencje, ale wchodziła. Nie dokarmia pokątnie bo już to przerabiała wcześniej (i dostała pstryczka w nos – zasłużonego)…To babcia z długim stażem. Wtrąca swoje trzy grosze bo taka jej natura. Czasami trochę na pokaz przytuli, pogłaszcze, lubi się pochwalić, wnukami…Jest w miarę ok (mocno naciągane 😉 ), poza tym, że permanentnie dawała mi popalić przez pierwsze miesiące życia mojego dziecka. Pięcioletnie dziecię moje Ją kocha i to jest jeden jedyny punkt zaczepienia. Córka jest łącznikiem dwóch zupełnie obcych sobie osób.


Tak to już bywa z tymi babciami i dziadkami, że są nieocenioną instytucją ratunkowo doradczą, bywają do rany przyłóż, mają niekończące się pokłady miłości i cukierków w kieszeniach 😉 Są też bardzo często przedmiotem kłótni, szarpaniny i bezsensownej gównoburzy. Czasami ich nie doceniamy należycie, czasami musimy na nich naskoczyć i mogą trochę się wtedy na nas obrazić 🙂 Zawsze jednak wracają do swoich ukochanych wnucząt.

www.pixabay.com