1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Dobre kremy za przystępną cenę.

Kto by przypuszczał, że w niemieckiej sieci sklepów Aldi będzie można znaleźć prawdziwe perełki pielęgnacyjne w postaci kremów do twarzy. Są to kremy przeciwzmarszczkowe, rewitalizujące, nawilżające, a nawet koloryzujące (coś w stylu kremów BB). Mowa o kremach BIOCURA Beauty, w opcjach na dzień i na noc. Ich pojemność to standardowe 50 ml, a koszt każdego kremu to: 9,99 zł ! 🙂

Za taką cenę jakość jest naprawdę świetna. Oto wszystkie kremy Biocura dostępne w polskich sklepach Aldi:

www.aldi.pl
www.aldi.pl

 

Muszę przyznać, że jestem zachwycona kremami serią Anti Aging ( krem zielony i niebieski). Odkąd bowiem pierwszy raz spróbowałam zielonego kremu przeciwzmarszczkowego na dzień totalnie się zauroczyłam. Świetnie się wchłaniał i ładnie pielęgnował moją buzię, od razu stał się ulubieńcem w codziennej porannej pielęgnacji. Szybko dokupiłam również wersję na noc, ma ona nieco bogatszą konsystencję niż krem na dzień, ale nie zapycha porów i równie dobrze się wchłania. Głównymi składnikami kremów Biocura Anti Aging na dzień (zielony) są: kompleks peptydowy, LSF 6 i kwas hialuronowy. Natomiast Biocura Anti Aging na noc (niebieski) zawiera w swoim składzie: kompleks retinolu i lipidy z awokado. Kremy te są przeznaczone dla kobiet między 30 a 45 rokiem życia, takie zalecenia wiekowe widnieją na opakowaniu….ale ja osobiście kompletnie nie sugerowałabym się tymi zaleceniami 😉 Uważam, że z powodzeniem można używać tych kremów w każdym wieku  🙂 Zwłaszcza, że delikatna pielęgnacja przeciwstarzeniowa jeszcze żadnej młodej kobiecie nie zaszkodziła 🙂

Drugą parą kremów na dzień i na noc są: Biocura Revital Calcium do cery dojrzałej. Jak sama nazwa wskazuje mają one za zadanie poprawić witalność naszej skóry, jak również jej elastyczność. W swoim składzie mają: wapń, koenzym Q10, LSF 6, witaminę E, pielęgnacyjne olejki i pantenol. Kremy te zalecane są dla kobiet po 45 roku życia. Moja mama jest nimi zachwycona i regularnie zaopatruje się będąc u mnie w te kremiki, ponieważ na Podkarpaciu nie ma jeszcze sklepów Aldi 🙁

Ostatnio będąc w Aldiku wpadł mi w oko świeżak 😉 czyli Biocura Beauty krem koloryzująco nawilżający, doskonały przede wszystkim dla młodej skóry. Nadaje skórze naturalny odcień, wygładza nierówności, przy tym nawilża i nadaje skórze zdrowego wyglądu. Wzięłam go na spróbowanie ponieważ ostatnio z rana jestem wręcz trupioblada i chciałam nadać sobie troszkę kolorku. A jak wiadomo jestem nogą makijażową i nie mam żadnych fluidów i pudrów na stanie 😉 Przede wszystkim zapach – dla mnie bomba! Pozostałe pachną równie ładnie, nie nachalnie, nie czuć wściekłych perfum 😉 Delikatna konsystencja, dobrze się rozprowadza i zakrywa co nieco (małe zaskórniki, zaczerwienienia). Ma przy tym w swoim składzie: kwas hialuronowy, witaminę E, olej abisyński i SPF 6. Czyli na bogato 🙂

fotografia własna
fotografia własna

 

Dużą zaletą tych kosmetyków, poza oczywiście ceną i działaniem jest także wydajność. Starczają na naprawdę długo. Są również tańszą alternatywą dla drogich kremów i wcale nie ustępują im jakością. Warto dodać, że kremy tej marki wygrywały już w testach konsumenckich z najlepszymi zagranicznymi markami. Jeśli więc macie w swojej okolicy sklep Aldi polecam kupno kremiku, który najbardziej podpasuje Waszej cerze. Warto 🙂

 

Wpis nie jest sponsorowany.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Usmaż rybę tak aby nie rozleciała się na patelni !

Do czego to dochodzi żebym ja – niegdyś noga kulinarna dawała jakieś porady w Internetach 😀 Kiedy związałam się z moim lubym, szczytem moich możliwości kulinarnych było przyrządzenie zupy z torebki, odgrzanie gotowego sosu i ugotowanie do niego makaronu…Potem zaczęłam się troszkę bardziej zagłębiać w kulinaria, próbowałam różnych dań i uczyłam się na błędach. W międzyczasie ktoś usilnie próbował dawać mi rady 😀 Wiadomo – teścióweczka, która potrafi dobrze gotować, ale przekazywanie wiedzy kulinarnej nie szło jej najlepiej. Wiecie jak to jest: źle kroiłam warzywa, źle formowałam mielone, źle doprawiałam jedzenie, używałam nie takich składników jak należy… Zniechęciłam się i zaczęłam robić po prostu swoje. Metodą prób i błędów doszłam do całkiem niezłej wprawy i dziś powiem Wam jedno: NIE ZGNIECIE ZE MNĄ W KUCHNI 😀

Jest co prawda jeszcze sporo potraw, których zrobienie mogłoby sprawić mi niezłą trudność. Do niedawna nie potrafiłam na przykład usmażyć ryby w taki sposób żeby mi się nie rozpadła na patelni! 🙂 Cudowałam z jakimiś panierkami, z patelniami, tłuszczem na patelni i zawsze zwalałam winę na rodzaj ryby jaki kupiłam. W rezultacie na obiad jadaliśmy tylko kupne paluszki rybne lub śledzie opiekane.

Na szczęście mam obok siebie Dobrą Duszę, która pokazała mi banalnie prosty sposób panierowania ryb, który sprawi, że nie rozleci się nam ona na patelni, będzie pięknie wysmażona, rumiana i co najważniejsze -> w jednym kawałku 😀 Być może znacie już ten sposób i też go stosujecie, ale jeśli jest wśród Was osoba, która pod górkę ze smażeniem rybek to zapraszam Was do przeczytania dalszej części tegoż wpisu 😀

Dziś na obiad przygotowywałam filety z miruny z frytami (,,zdrowiutko” jak cholera) i ogórkiem konserwowym. Odmrożoną wcześniej rybę doprawiłam moim ulubionym ostatnio zestawem : TYMIANEK, NATKA PIETRUSZKI I PIEPRZ OGNISTY.

Do panierowania filetów rybnych używam 3 składników w tej oto kolejności (jest ona istotna):

  1. Mąka pszenna.
  2. Jajko.
  3. Bułka tarta.

 

Przyprawioną rybę najpierw obtaczam w mące, następnie maczam w rozbełtanym jajku i na koniec obsypuję solidnie bułką tartą.

Trzy kroki po których na rozgrzaną patelnię z olejem wrzucam owe fileciki 🙂 Nie ma opcji żeby ryba przywarła, wysmaża się na piękny złocistobrązowy kolorek, w środku jest miękka i soczysta 🙂

 

 

 

Spróbujcie – ten sposób naprawdę działa 🙂

Smacznego!

 

Fotografie własne.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Bardzo dobre ciacho – chałwowiec z dżemem porzeczkowym

Święta trwają w najlepsze, a obżarstwu nie ma końca. Dziś wpadłam na stronkę z myślą o wrzuceniu Wam przepisu na chałwowiec, który obiecałam w sobotę. Wczoraj nie dałam rady go wrzucić, ale generalnie nie jest ciasto typowo świąteczne więc można go robić o każdej porze dnia i roku 🙂

Składniki:

  1. 3 łyżki mąki pszennej.
  2. 3 łyżki mąki ziemniaczanej.
  3. Pół szklanki cukru.
  4. Dwa żółtka.
  5. 1 litr mleka.
  6. 200 g masła.
  7. 500 g chałwy waniliowej.
  8. 600 g herbatników kakaowych.
  9. 2 słoiczki dżemów z czarnej porzeczki.

Potrzebne będą także: blacha i papier do pieczenia.

Sposób przygotowania:

W misce połączyłam ze sobą mleko (1,5 szklanki z litra), mąkę pszenną, mąkę ziemniaczaną, cukier oraz żółtka. Wszystko dokładnie wymieszałam mikserem. W garnku zagotowałam resztę mleka. Stopniowo dodawałam przygotowaną wcześniej mieszankę. Gotową masę – zgęstniałą odstawiłam do ostygnięcia. W mikserze ubiłam miękkie masło. Następnie małymi porcjami dodawałam przygotowaną masę. Do masy na sam koniec dodałam pokruszoną chałwę i wszystko dokładnie wymieszałam. W blaszce wyścielonej papierem do pieczenia ułożyłam herbatniki, a na wierzchu posmarowałam je masą chałwową. Następnie znowu wyłożyłam herbatniki i na nie wyścieliłam 1 słoiczek dżemu plus troszkę kremu. Ponownie przykryłam całość herbatnikami i wyścieliłam masą chałwową z dżemem. Górną warstwę herbatników pokryłam delikatnie resztką kremu i pokruszyłam całość chałwą żeby ozdobić ciasto. Gotowe ciasto chłodzimy w lodówce przez całą noc. Na następny dzień ciasto jest gotowe do jedzenia, a herbatniczki super miękną.

Bardzo smaczne i syte ciacho 🙂 Smacznego 🙂

 

Fotografie własne.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Potrawy wigilijne, które zagoszczą na moim stole

Boże Narodzenie tuż tuż, a w mojej głowie pojawia się lista dań, które obowiązkowo pojawią się na naszym stole wigilijnym. Muszę z ręką na sercu przyznać się, że nie ma szans na zrobienie aż kultowej dwunastki potraw wigilijnych. Nigdy zresztą nie uczestniczyłam w takiej kolacji wigilijnej podczas której miałabym możliwość degustacji aż dwunastu dań. Stawiam na kultowe i lubiane przez naszą rodzinę dania. Takie, które podchodzą smakiem wszystkim domownikom i które z powodzeniem można pałaszować jeszcze w Boże Narodzenie 🙂 Nie ma opcji żeby na Wigilijnym stole nie pojawiły się:

  1. PIEROGI. Najlepsze danie pod słońcem, zarówno dla mnie jak i dla mojej córci, która już przebiera nogami ze zniecierpliwienia bo wie, że wraz z przyjazdem swojej babci (a mojej mamy) ma gwarantowane pierogi nie tylko na Wigilię, ale też w inne dni 😀  Najbardziej lubimy ruskie, z ziemniaczkami, serem białym i podsmażoną cebulką, z dużą ilością pieprzu w smakowitej okrasie! Ślinka cieknie mi na samą myśl 🙂
  2. BARSZCZYK CZERWONY. Aromatyczny, wyrazisty i krwiście czerwony. Solidnie doprawiony i naczosnkowany. Taki, którego będzie można się napić jeszcze następnego dnia i będzie smakował jeszcze lepiej. No i oczywiście do barszczyku czerwonego koniecznie pasują:
  3. USZKA Z GRZYBKAMI. Nazbierało się sporo tych leśnych grzybków w tym sezonie 😉 Będą one stanowić przepyszny farsz do naszych uszek. Satysfakcja niemała, wszak ceny grzybów przyprawiały o zawrót głowy!
  4. RYBKA SMAŻONA i do tego frytki. Smażenia ryby podejmuję się w tym roku ja, ponieważ mojej mamie ryba przeważnie przywiera i rozpada się. Ja mam na smażenie filetów rybnych swój patent. Najpierw obtaczam w mące, następnie w rozbełtanym jajku, a potem dopiero w bułce tartej. Patent od Dobrej Duszy 🙂 Zapewne skuszę się na filety z dorsza atlantyckiego. Do ryby idealnie będą pasowały frytki prosto z frytkownicy 🙂 Mniam!
  5. KAPUSTA Z GROCHEM. O tym jeszcze moja mama nie wie, ale zamierzam takową kapustę przyrządzić. Jest przepyszna i rozsmakowałam się w niej dzięki… (o zgrozo!) teściowej 😀 Można połączyć ją z rybą, jeśli ktoś nie preferuje frytek do ryby, albo pałaszować ją samą. Myślę, że będzie wszystkim bardzo smakowała.
  6. CIACHO! Obowiązkowo wjedzie na deser ciacho. Zamiast kutii i klusek z makiem, które nie są lubiane przez niektórych wigilijnych gości – na stole wigilijnym pojawi się ciasto, tym razem będzie to chałwowiec z dżemem porzeczkowym (na zimo).

Wspominając Wigilie organizowane przez moją babcię i nieżyjącego już dziadka, mam w pamięci wszystkie przepyszne i wyjątkowe potrawy wigilijne, którymi delektowaliśmy się co roku. Nie zapomnę smaku kompotu z suszek, karpia w galarecie, do którego przekonałam się z czasem, babcinego pysznego piernika i kutii w której się rozsmakowałam. To były piękne czasy, które dziś wspominam z łezką w oku. Natomiast mieszkając już w Katowicach zapoznałam się z totalnie nieznaną mi wówczas potrawą, czyli rybą po grecku. Okazało się, że ta potrawa wcale nie jest taka trudna w przygotowaniu jak mi się wydawało. Dlatego rozważam jeszcze czy przypadkiem zamiast tej ryby z … frytami (fast food w Wigilię! 😀 ) nie przyrządzę ryby po grecku.

Jedno jest pewne, nie zamierzam sobie niczego odmawiać i w jakikolwiek sposób ograniczać sobie przepysznego i jedynego w swoim rodzaju wigilijnego jedzenia 😉 Tylko ten jeden dzień w roku smakują one tak wyśmienicie i niepowtarzalnie 🙂

www.pixabay.com

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Niezły BIGOS – W klimacie nadchodzących Świąt

Zabierałam się za przyrządzenie bigosu już jakiś czas i … zebrać się nie mogłam 😉 Wydawało mi się, że to może być Mount Everest moich zdolności kulinarnych. Przełomem okazał się ubiegłotygodniowy Jarmark na Nikiszu, gdzie w Centrum Zimbardo miałam przyjemność ugościć się przepysznym bigosem, którego spożycie i smak okazały się na tyle motywujące, że wczorajszego popołudnia zapragnęłam upichcić swój. Nie mając wszystkich potrzebnych składników wskoczyłam w autko i podjechałam do pobliskiego sklepu. Tam zaopatrzyłam się w składnik numer 1 czyli kapustę kiszoną (wzięłam 2 kg!) i połówkę główki kapusty surowej białej. Po powrocie zabrałam się od razu do dzieła. Mój zdrowiejący tajfun energii – córka 😉  kręciła nosem na zapach kapusty kiszonej i zapowiedziała, że Ona tego na pewno jeść nie będzie. Spoko. Byłam przygotowana na taką ewentualność, zrobiłam wczoraj spory gar zupy jarzynowej 🙂 Poza tym próbując dziś bigosu (który przeżarł się przez noc) muszę z pełną świadomością przyznać, że raczej to nie jest smak, który przypadłby do gustu mojemu dziecku. Za to mnie i mojemu Lubemu zdecydowanie podchodzą takie klimaty 😉 Pierwsze koty za płoty, wyszło pysznie, ale i ostro (!) Na drugi raz nie będę jak opętana sypać pieprzu ognistego! Święta tuż tuż i być może spróbuję zrobić wersję mniej pikantną na Wigilię, zwłaszcza, że w tym roku mamy gości i cieszę się jak dziecko na te Święta 🙂

 


Składniki:

  1. 2 kg kapusty kiszonej (jeżeli będziecie gotować bigos w wielkim garze).
  2. Pół główki kapusty białej surowej.
  3. 30 dkg pieczarek.
  4. 4 garście suszonych grzybów.
  5. Koncentrat pomidorowy.
  6. Około 1 kg mięsa: łopatka lub szynka wieprzowa.
  7. Jedna laska kiełbasy toruńskiej.
  8. 2 cebule.
  9. Sól.
  10. Pieprz.
  11. Kostka rosołowa.
  12. Przyprawa Maggi.
  13. Liść laurowy.
  14. Ziele angielskie.
  15. Inne przyprawy które dodałam: papryka słodka, pieprz ognisty (z chili), tymianek, majeranek, rozmaryn, zioła prowansalskie, gorczyca, kminek i kurkuma.
  16. Olej do podsmażenia kiełbasy.

Sposób przygotowania:

 

Kiszoną kapustę wstawiamy do gotowania zalewając ją wodą do 1/3 wysokości garnka, dodajemy ziele angielskie, kminek i liść laurowy. Kapustę surową szatkujemy drobno i również dodajemy do gara. Wszystko dobrze mieszamy i do naszych kapust dodajemy suszone grzyby i pokrojone w plasterki pieczarki. Całość dusimy na wolnym ogniu pod przykryciem około 45 minut. W międzyczasie wstawiamy nasze mięsko w całości do gotowania. Do gotującego się mięsa wrzucamy kilka ziaren gorczycy. Kiełbasę kroimy w drobną kosteczkę (jeśli chcecie żeby kiełbasa była bardziej wyczuwalna pokrójcie ją tylko w grube talarki) i podsmażamy na odrobinie oleju z cebulką tak, aby wszystko ładnie się zeszkliło. Po upływie 45-50 minut wrzucamy kiełbaskę i cebulkę do gara z gotującymi się kapustami i grzybkami. Całość nadal gotujemy na wolnym ogniu i mieszamy składniki. Co jakiś czas podlewamy wodą żeby bigos nie przywarł nam do dna garnka. Kiedy surowa kapusta jest już miękka dodajemy koncentrat pomidorowy i przyprawy. Trzeba pamiętać, że bigos sam w sobie jest dosyć wyrazistą potrawą i lepiej nie przesadzać z solą i pieprzem. Mnie coś podkusiło i dodałam zdecydowanie za dużo pieprzu przez co mój bigos jest naprawdę ostry 🙂

Kiedy mięso będzie już na tyle miękkie i kruche, że po wbiciu widelca będzie odchodzić płatami wyciągamy je na talerz i studzimy. Natomiast wodę w której gotowało się mięso wlewamy do naszego bigosu. Ostudzone mięsko kroimy w drobne kosteczki i dorzucamy do naszego pysznego dania 🙂 Podsumowując: mój pierwszy bigos gotował się 4 godziny. Nie wiem czy to dużo czy mało bo generalnie nie sugerowałam się żadnymi przepisami. Wszystkiego dodawałam na oko i chciałam żeby był to taki freestyle 🙂 Wyszło ogniście, ale smacznie 🙂

Smacznego!

Fotki własne.

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Magiczny Jarmark na Nikiszowcu 2017

W tym roku po raz dziesiąty na górniczym osiedlu Katowic – Nikiszowcu odbył się Jarmark Bożonarodzeniowy. Przez trzy dni lokalni mieszkańcy Katowic, a także przyjezdni mieli możliwość delektować się magiczną atmosferą, która bez wątpienia jest jednym z największych atutów tego wydarzenia. Tysiące osób przechadzało się pomiędzy kramami pełnymi wyjątkowych, ręcznie robionych ozdób świątecznych, biżuterii, malowanego szkła i obrazów. Nie zabrakło również straganów z śląskimi przysmakami, rozgrzewającymi trunkami i własnymi wyrobami np. miodami, sokami. Nad organizacją jarmarku czuwało jak zawsze Stowarzyszenie Fabryka Inicjatyw Lokalnych, a dzięki wsparciu i energii wolontariuszy z Centrum Zimbardo w Nikiszowcu cała impreza jak co roku przebiegła doskonale 🙂

 

 

Nigdy nie byłam specjalną fanką rękodzieła, ale przechadzając się pomiędzy kramami zachwyciła mnie prostota i piękno tych wyrobów. Jedno jest pewne – te cudeńka przyciągają wzrok, widać, że wystawcy włożyli ogrom pracy i serca w tworzenie tych przedmiotów.

Jarmark na Nikiszu to nie tylko kramy z rękodziełem, ale także atrakcje dla dzieci. Tradycyjnie w tym roku dzieci mogły zaliczyć przejazd karuzelą wiktoriańską i ciuchcią złożoną z kilku wagoników.

Moje serce w tym roku było zdecydowanie przy jednym wyjątkowym kramiku, który reprezentował przedszkole do którego uczęszcza moje dziecko 🙂 Można tam było zakupić min.: domowe ciasto, pierniczki i unikalne produkty handmade: pajacyki, poszewki na poduszki, bombki choinkowe i ozdoby świąteczne. Dwa pajacyki robią jak widać furorę u mojej córy, która sama nie wie, czy bardziej podoba Jej krasnal który nie śpi, czy ten śpiący 😉

 

 

Nikiszowiec to magiczne miejsce, zabytkowa zabudowa, wspaniali ludzie i niepowtarzalna atmosfera. Jarmark doskonale podkreśla wyjątkowość tego miejsca, które cieszy się dużym zainteresowaniem turystów. Zdecydowanie warto odwiedzić jedną z najstarszych dzielnic w Katowicach, a już na pewno gorąco polecałabym zarezerwować sobie czas na przyszły rok, pojawić się na jarmarku i poczuć tą niezwykłą świąteczną atmosferę 🙂

Fotografie własne.

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Przepis na smaczny żur

Jesienią i zimą nasze obiady zostają zdominowane przez zupy. Uwielbiam wówczas serwować rodzince ciepłe, rozgrzewające i syte zupy krem z grzankami, tradycyjny rosół, gęste i sycące grochóweczki i fasolowe, ale także te specyficznie kwaśne: kapuśniak i żur. Ten ostatni wjechał u nas na stół w piątek. Jego przyrządzaniem zajęłam się już w czwartek po południu, chciałam żeby wszystkie smaki dobrze się ze sobą ,,przegryzły” 😉 Całe szczęście nie mam już nad głową teściowej i kucharzę sobie po swojemu, tzn. np.: mogę dodać do żuru jajko i to nie będzie profanacja 😉

Z racji tego, że nie jestem aż tak zajebistą Panią domu, która przygotowuje zakwas na żur sama, udałam się do pobliskiego sklepu po gotowy produkt 😀 Co jak co, ale mają tam naprawdę świetną bazę (zakwas). W owym sklepiku zaopatrzyłam się też w kiełbaski (frankfurterki). Resztę składników, które planowałam władować do mojego żuru miałam w domku.

Składniki na żur:

  • Słoik zakwasu na żur (można kupić w butelce np. w Biedronce, zrobić samemu lub po prostu zrobić żur z torebek – freestyle).
  • Wkładka mięsna, ja użyłam 5 frankfurterek, można użyć kości wędzonych, boczku lub jakiejkolwiek innej wędzonki/mięsa.
  • Solidna garść suszonych grzybów (borowiki i podgrzybki). Można użyć pieczarek.
  • 4 duże ziemniaki pokrojone w kostkę.
  • Jajka (ilość dowolna).
  • 3 duże ząbki czosnku.
  • Sól.
  • Pieprz.

Sposób przygotowania:

Do dużego gara wkładamy kiełbaski w całości i zalewamy wodą, dodajemy suszone grzyby, ząbki czosnku obrane i pokrojone w plasterki . Wstawiamy do gotowania na jakieś 30 minut. Po tym czasie frankfurterki zaczynają puszczać swoje aromaty. Następnie dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki. Gotujemy na małym ogniu około 20 minut. Po tym czasie nasze ziemniaki powinny być już ugotowane. Zakwas dobrze wstrząsnąć kilkakrotnie, po otwarciu stopniowo wlewać mieszając do naszego gara. Po dokładnym wymieszaniu gotujemy całość pod przykryciem na wolnym ogniu około 30-45 minut. W tym czasie wyciągamy frankfurterki i zostawiamy do ostygnięcia. Kiedy ostygną pokroimy je w plasterki i wrzucimy do naszego żuru. Pod koniec gotowania doprawiamy do smaku solą i pieprzem, można użyć majeranku dla podbicia smaku, ale ja niestety nie miałam go pod ręką…

Żur najlepiej smakuje na drugi dzień 🙂 Przed podaniem można ugotować jaja i wkroić je później do nalanego już do talerzy żuru. Według mnie jajko w żurze jest niezbędne 🙂 Podobnie jak pajda swojskiego chlebka do tzw. zagrychy 😉 Moja pięciolatka jadła aż jej się uszy trzęsły 🙂 Było pycha.

Smacznego!!!

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Disney On Ice – Zaczarowany świat Disneya

W ciągu swojego 7 letniego żywota w Katowicach nie miałam jeszcze przyjemności być na jakiejkolwiek imprezie w Spodku. Mogłam się jedynie pochwalić tym, że … przechodziłam obok 😀 Cóż, 1 grudnia w końcu się doczekałam swojego pierwszego razu i to w dodatku w doborowym towarzystwie 😉 To miał być prezent mikołajowy dla córki, wspólna wyprawa na widowisko na lodzie – Disney On Ice. Jedne z najbardziej popularnych i lubianych bajek Disneya:

  • Toy Story
  • Mała syrenka
  • Auta
  • Kraina lodu

Żeby nie było tak cukierkowo trochę się stresowałam…Miałam obawy:

  • Czy rozbrykana pięciolatka da radę usiedzieć w miejscu przez 120 minut?
  • Co kilka minut będzie padało z ust córki pytanie : ,,Kiedy będzie koniec?”
  • Czy moje dziecko nie będzie się nudziło? [tego chyba bałam się najbardziej]
  • W trakcie widowiska usłyszę z ust latorośli :,,Mama, siku” [I trzeba będzie przedzierać się przez gęstwiny żeby dotrzeć do toalety, ale wiadomo, potrzeba fizjologiczna przychodzi z zaskoczenia 😉 ]
  • Ostentacyjnie zacznie zatykać uszy i marudzić bo jest za głośno [w kinie też zatykała uszy w momentach głośniejszych, że się tak wyrażę :D]

Okazało się, że moje dziecko tak bardzo wsiąknęło w klimat widowiska, że wszelkie moje obawy zostały rozwiane. Nie spodziewałam się aż tak mile zaskoczyć. Były gestykulacje, klaskanie, podskakiwanie, śpiewy i otwarta z wrażenia buzia. Czas przeleciał zdecydowanie za szybko, a ja głupia martwiłam się, że 120 minut będzie nam się ciągnęło w nieskończoność.

Na początku oszołomił mnie totalnie koszt biletów, wszak 109 zł od osoby piechotą nie chodzi…Uczestnicząc w tym show i obserwując radość mojej pociechy zrozumiałam, że to była dobrze wydana kasa. Te wszystkie efekty specjalne robią wielkie wrażenie. Miejscówka była naprawdę ok. Widziałyśmy wszystko rewelacyjnie, pomimo tego, że nie siedziałyśmy w vipowskim sektorze 😛

 

 

 

Największe wrażenie zrobiła na nas Mała syrenka i Kraina lodu, może dlatego, że Toy Story i Auta to bajki, które są bardziej w guście chłopaków 🙂 Dziewczyny emocjonowały się pojawieniem się na lodowisku Arielki, Elsy, Anny…i oczywiście ulubieńca wszystkich, czyli Olafa 😀

 

Czy warto ?

Jeżeli chcecie zafundować dziecku ekstra przeżycie i zastanawiacie się czy warto kupić bilety na to show, to nie wahajcie się ani chwili i kupujcie. Nawet jeśli Wasze dziecko jest bardzo żywiołowe i ciężko mu usiedzieć w miejscu bo roznosi je energia. Organizatorzy bowiem pozwalają dzieciom podchodzić praktycznie pod samo lodowisko, możesz więc spokojnie wziąć swoją pociechę za rękę i podejść z nią bardzo blisko żeby np. zobaczyła z bliska swojego ulubionego bohatera 🙂 Wcale nie musisz stać jak słup soli, możesz wspólnie z dzieckiem tańczyć do ulubionych piosenek, machać, podskakiwać i śpiewać 🙂 To wciąga 🙂 Twoje dziecko będzie się bawić świetnie, a Ty razem z nim. Naprawdę warto!

 

Na koniec fragment z ,,Krainy lodu” 🙂

 

Zdjęcia i filmik – archiwum prywatne.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Olejki pod lupą

Postanowiłam dziś przyjrzeć się bliżej ,,kolekcji” [3 sztuki, ładna mi kolekcja] olejkom, które spoglądają na mnie z półki i proszą o częstsze użycie. Oj, pokryły się kurzem buteleczki i to bardzo…Muszę z ręką na sercu przyznać się, że po prostu o nich zapomniałam. To błąd, bo jeszcze kilka miesięcy temu podczas gorszego samopoczucia wspomagaliśmy się nimi bardzo często. Z olejkami trzeba ostrożnie, zwłaszcza w przypadku naszych brzdąców. Jedna kropla za dużo i podrażnienie skóry i układu oddechowego gotowe. Stosowane jednak w rozsądnych (zalecanych) ilościach mogą zdziałać dużo dobrego dla naszego organizmu.

Pierwszym olejkiem z jakim miałam styczność [pomijając oczywiści olejki do ciast 😀 ] był olejek miętowy. Aktualnie mam chyba 3 buteleczkę tego specyfiku. To hit w walce z migreną. 2-3 krople rozsmarowane na czole [uwaga na oczy!] przynosi wielką ulgę przy nawet najbardziej upierdliwym bólu naszej czaszki. Na pewno dostaniecie go bez problemu w aptece, choć ja swój kupiłam w … markecie Aldi. Raczej nie aplikowałabym tego olejku dzieciom. Zresztą na opakowaniu jest napisane, że dzieciom poniżej 3 roku życia w żadnym wypadku nie należy go podawać bo może spowodować skurcz krtani i poważne problemy z oddychaniem. U dorosłych uczulonych na mentol mogą wystąpić reakcje alergiczne w tym duszności. Przekonałam się o tym jeden jedyny raz kiedy to diabeł podkusił mnie zrobić sobie kąpiel z dodatkiem właśnie olejku miętowego… No i zrobiłam sobie kąpiel, która trwała 3 minuty…Tyle wytrzymałam w wodzie i ogólnie w łazience. Musiałam stamtąd spierdzielać bo tak mnie podduszało, że nie mogłam złapać tchu. Nie wspomnę o totalnym uczuciu wychłodzenia skóry, mrowieniu i szczypaniu. Odjęło mi rozum, innego wytłumaczenia nie ma 😀 Dobrze, że tylko tak to się skończyło i nie wylądowałam na OIOMie. Od tego czasu wnikliwie studiowałam etykiety tego typu preparatów 😉 Doczytałam więc sobie na ,,miętusku”, że owszem można go używać na skórę, ale najlepiej rozmieszać go z olejem roślinnym i wtedy będzie idealny np. do masażu. Co ciekawe producent przekonuje nas, że jeśli zmieszamy 3 krople tegoż olejku ze 100 ml wody,uzyskamy odświeżający płyn do płukania jamy ustnej. Ja po tych moich przygodach z kąpielą podziękuję za odświeżanie sobie jamy ustnej 😉

Skład produktu Mildeen med. Olejek miętowy:

  • olejek z mięty polnej, który posiada właściwości łagodzące i antyseptyczne
  • limonen – składnik kompozycji zapachowej mogący podrażniać skórę i oczy
  • alkohol benzylowy – konserwant, który może mieć działanie podrażniające, zwłaszcza dla alergików
  • cytronelol – alkohol, który pełni funkcje zapachowe (podobno przypomina zapachem różę i geranium). Może uczulać.
  • eugenol – również pełni funkcje zapachowe, przy okazji ma działanie antyseptyczne i imituje zapach goździków. Potencjalny alergen.
  • geraniol -silny przeciwutleniacz o bardzo przyjemnym zapachu.
  • linalool – składnik kompozycji zapachowych, imituje zapach konwalii, wywołuje alergię.

Składzik nie powala, zwłaszcza te alergeny. Jednak wujek gogle podpowiedział mi, że da się kupić olejek miętowy nie naszpikowany tak mocno tymi substancjami zapachowymi i alergicznymi jednocześnie.

Drugim przyjemniaczkiem, którego biorę dziś pod lupę jest kuzyn miętuska, czyli olejek herbaciany. Również nabyty w markecie Aldi. Ten gagatek doskonale sprawdzał mi się w … płukaniu zatok.

Więcej o moich przebojach z zatokami znajdziecie tutaj -> http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2017/07/13/zapalenie-zatok-dolegliwosc-uprzykrzajaca-zycie/

Niestety i z tym olejkiem zdarzyło mi się przesadzić bo oczywiście lałam go na oko, a jak wiadomo na oko to chłop w szpitalu umarł…W rezultacie stężenie preparatu było zbyt wysokie i w pierwszych minutach płukania, kiedy płyn dostał się do zatok myślałam, że wypali mi mózg 😀 Potem, dodawałam już tylko jedną kropelkę i było ok. Olejek herbaciany ma działanie przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze i przeciwwirusowe. Producent zaleca stosowanie go nie tylko do masażu, ale także jako środek poprawiający kondycję włosów i skóry głowy (20 kropli wymieszać ze 100 ml wody). Podobnie jak jego poprzednik w większym  stężeniu może wywoływać reakcje alergiczne i nie zaleca się stosować go u niemowląt i małych dzieci. Bardzo dobrze sprawdzał się u mnie w przypadku kiedy pojawiła się na moich ustach niemiła niespodzianka w postaci opryszczki. Olejek dzięki działaniu przeciwwirusowemu ładnie zasuszał ranę i dzięki temu szybciej się ona goiła.

Skład produktu Mildeen med. Olejek herbaciany:

  • olejek z liści drzewa herbacianego, posiadającego działanie przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze i przeciwwirusowe
  • d-limonen, składnik kompozycji zapachowej, mogący podrażniać skórę i oczy
  • eugenol,również pełni funkcje zapachowe, przy okazji ma działanie antyseptyczne i imituje zapach goździków. Potencjalny alergen.
  • geraniol -silny przeciwutleniacz o bardzo przyjemnym zapachu.
  • linalool – składnik kompozycji zapachowych, imituje zapach konwalii, wywołuje alergię.

O ile tych dwóch olejków nigdy nie aplikowałam i nie zamierzam na razie aplikować mojej córce, tak w przypadku trójeczki, czyli Olbas oil sprawa ma się inaczej 😉 Niecały rok temu, kiedy Małą męczyły wieczne katary i kaszle farmaceutka w aptece zaproponowała nam kupno tego preparatu, który podobno zbiera świetne recenzje. Olbas oil to płyn do sporządzania inhalacji parowej w czasie kataru i zapalenia zatok przynosowych. Wdychane olejki mają za zadanie upłynnić wydzielinę i zmniejszyć obrzęk błony śluzowej nosa, tym samym ułatwiając oddychanie. I to się dokładnie pokrywa z moją opinią na temat tegoż produktu. Inhalacja parowa na tyle spodobała się mojej córce, że sama zaczęła się o nią dopominać kiedy nawiedzał ją katar 😉 Trzeba jednak pamiętać aby obchodzić się z tym olejkiem ostrożnie bo tak jak poprzednicy może powodować objawy niepożądane w tym napady duszności i silne podrażnienia skóry. Plusem jest to, że nie brudzi ubrań i nie zostawia tłustych plam, a jego skład jest bardzo przyjemny dla oka, w porównaniu do wyżej przeze mnie opisanych.

Skład produktu Olbas oil. Płyn do sporządzania inhalacji parowej:

  • olejek kajeputowy,  doskonały środek odkażający, anty pasożytniczy, przeciwbólowy, przeciwświądowy i przeciwgrzybiczy
  • olejek goździkowy, działa wykrztuśnie i oczyszcza z nadmiaru śluzu
  • olejek eukaliptusowy, skutecznie przeczyszcza kanały nosowe, ułatwiając oczyszczanie nosa
  • olejek jałowcowy, łagodzi infekcje dróg oddechowych
  • olejek miętowy, działa antyseptycznie
  • salicylan metylu, stosowany miejscowo na nieuszkodzoną skórę jako lek przeciwbólowy, przeciwzapalny i rozgrzewający
  • mentol, niweluje podrażnienia błon śluzowych i działa znieczulająco

 

A Wy macie jakieś ulubione i sprawdzone olejki, które możecie polecić? 🙂

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Nasz niedzielny śląski obiad

Wychodząc z założenia, że jedzenie jest jedną z największych przyjemności człowieka nie zamierzam się jakoś specjalnie ograniczać, zwłaszcza w niedzielę. Weekend bowiem to czas kiedy mam zdecydowanie więcej chęci na zrobienie czegoś ekstra, czegoś co zostanie docenione przez domowników. Ostatnio moja wena kulinarna trochę kulała i zrobiło się monotematycznie: kotlet schabowy, frytki, ogórek albo kotlet z kurczaka, frytki i jakaś surówka na szybko. Pomijając fakt, że frytki (nawet z domowej frytownicy) nie są jakieś specjalnie zdrowe, miałam ochotę w tą niedzielę zrobić jakieś konkretne danie z sosikiem. Wiedziałam, że na bank muszą być kluski śląskie z dziurką w rzeczy samej. Moja córka uwielbia mączne potrawy, więc takie kluski zaakceptowała bez mrugnięcia okiem. Tak, muszę z Młodą konsultować menu weekendowe 🙂 Do tego kapusta czerwona, przyrządzona bardzo łagodnie, tak aby nie było kręcenia nosem nad talerzem. No i oczywiście główny składnik – mięsiwo. Nie, tym razem nie były to roladki śląskie, choć bardzo je lubię. Postawiłam na pałki/ podudzia z indyka. Można je przyrządzić na wiele sposobów, ale ja najbardziej lubię dusić je w ,,przedwojennym” żeliwnym garze 😀 . Do okraszenia klusek śląskich potrzebny był mi sosik. Dlatego też pałki z indyka podlewałam wodą, dodałam przypraw, pora i cebulki. Dzięki temu mięso nie tylko przeszło aromatami warzyw, ale też udało się uzyskać naturalny sos, którego jakoś specjalnie nie chciało mi się zagęszczać (tak, robię to czasami mąką i gotowymi tytkami 😛 ).


Składniki:

MIĘSO

  1. Trzy pałki z indyka.
  2. Dwie cebule.
  3. Garść suszonych grzybów.
  4. Pół pora (część biała).
  5. Sól.
  6. Pieprz.
  7. Zioła Prowansalskie.
  8. Papryka słodka.
  9. Woda do podlewania mięsa.

Potrzebne sprzęty: dobry garnek do duszenia mięsa.

KLUSKI ŚLĄSKIE

  1. 10  średnich sztuk ugotowanych ziemniaków.
  2. 250 g mąki. Polecam sypać mąkę na oko, tzn. oceniać konsystencję masy na bieżąco, żeby nie była zbyt rzadka albo zbyt twarda.
  3. Jedno jajko.
  4. Sól – wedle uznania.

Potrzebne sprzęty: stolnica.

PRZYSTAWKA/SURÓWKA

  1. Główka kapusty czerwonej (mała, lub pół)
  2. Jedno jabłko.
  3. Pół cebuli.
  4. Sól.
  5. Pieprz.
  6. Ocet (ja nie miałam i użyłam soku z cytryny).

Potrzebne sprzęty: maszynka do szatkowania warzyw w odpowiednim ostrzem lub ostry nóż.


Całe danie można przygotować na raty. Z samego rana umyłam pałki, umieściłam je w żeliwnym garze, podlałam wodą i zaczęłam dusić na ogniu. Pilnowałam tylko tego aby zbyt nie przywierały do spodu garnka i żeby woda całkowicie nie odparowała dolewając jej co jakiś czas.

Następnie poszatkowałam niewielką główkę kapusty czerwonej w maszynce, zalałam wodą do połowy garnka i gotowałam na wolnym ogniu. Po pewnym czasie dodałam obrane i starte na grubych okach jabłko, pół drobno posiekanej cebulki, sól, pieprz, a pod koniec soku z cytryny bo niestety nie miałam w domu octu. Kiedy kapusta uzyskała zadowalającą miękkość zdjęłam ją z ognia.

Kapustka czerwona i jej śliczny kolorek.

 

Do duszącego się mięsa dodałam 2 pokrojone w kostkę cebule, pół pokrojonego pora (biała część), kilka suszonych grzybów i przyprawy: sól, pieprz, zioła prowansalskie i paprykę słodką.

Duszą się smakowitości.

 

Ziemniaczki obrałam, zalałam wodą, osoliłam i wstawiłam do gotowania. Po ugotowaniu i odcedzeniu ziemniaki zmieliłam maszynką do mięsa. Można użyć praski, jeśli ktoś takową posiada. Najpierw oczywiście ziemniaki musiały ostygnąć. Zmielone ziemniaki łączymy z jajkiem, mąką i solą. Ugniatamy wszystko na jednolitą masę i z małych kawałków formujemy kulki, które następnie lekko rozpłaszczamy na stolnicy (potrzepanej mąką) i robimy małą dziurkę palcem. Ja miałam profesjonalną pomocnicę do robienia dziurek 🙂

Niezastąpiona w kuchni 🙂

 

W sporym garze zagotowujemy osoloną wodę. Na wrzątek rzucamy taką ilość klusek, żeby miały miejsce na ugotowanie się i nie skleiły się ze sobą w jedną wielką kluchę. Kluski należy lekko przemieszać, a od momentu wypłynięcia gotujemy je jeszcze około 1,5-2 minut.

Całe danie nie prezentuje się może jakoś arcypięknie na talerzu, ale jest bardzo smaczne i zdecydowanie nadaje się na niedzielny obiad. Pałki z indyka mają ciemne mięsko, które dzięki duszeniu pod przykryciem dosłownie odchodzi od kości. Domyślam się, że widok nie dla każdego będzie zachęcający, ale skoro powiedziałam A, to muszę powiedzieć również B i wstawić fotę (lekko naruszonego już 😀 ) gotowego dania, które prezentuje się tak:

 

Tacy głodni, że nie czekali na zrobienie fotki i zaczęli jeść 😀

 

Wszystkim bardzo smakowało i z ręką na sercu mogę polecić Wam takie smakołyki 🙂 Niech Was nie zwiedzie ten indyk – świetnie pasuje do klusek śląskich i kapusty 🙂