1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Co jest z tą młodzieżą?

Dzisiejszy wpis będzie zlepkiem obserwacji i przemyśleń dotyczących młodych ludzi (nie wszystkich w rzeczy samej! 🙂 ). Z góry przepraszam za słownictwo, ale trzeba nazywać rzeczy po imieniu 😉 Pamiętajcie – to moje subiektywne spojrzenie ,,starego zgreda” rocznik ’85 😀

Z zaciekawieniem (i lekkim przerażeniem) obserwuję ostatnio pewne zjawisko. Mianowicie coraz więcej młodzieży płci męskiej w dzisiejszych czasach ma dwie lewe ręce i kompletnie nie odnajduje się w najprostszych męskich czynnościach, takich jak wbicie gwoździa w ścianę, złożenie mebli z instrukcją, którą ogarnęłaby niejedna kobieta (nawet taka która czego się nie dotknie to spier..li) czy też trzymanie w ręku wkrętarki…Młodzi mężczyźni (rzec się chce chłoptasie) swój pozalekcyjny czas wolą spędzać w galeriach wisząc na fejsie i robiąc sobie coraz wymyślniejsze selfie w fatałaszkach za niemałą kasiorę. Nie kwapią się oni do podjęcia jakichkolwiek działań poza wyszukiwaniem w Internecie coraz to piękniejszych, droższych i bardziej wypasionych srajfonów i robieniem zakupów ciuchowych za bagatela pięć stówek…Czasami mogą się jeszcze porwać na zrobienie najlepszej biby w mieście i zapewnienie swoim gościom cudów na kiju. Natomiast kiedy przyjdzie do porąbania drzewa albo wymiany uszczelki nie wiedzą po jakie narzędzie sięgnąć, którą ręką i czy aby przypadkiem nie za dużo się od nich wymaga?! Przecież ich głównym zajęciem i zadaniem na tej planecie jest nauka i przyjemności, obowiązków zero 😉


Czy tak wygląda i zachowuje się większość naszej młodzieży podstawówkowo – gimnazjalno – licealnej?! [Uszczypnijcie mnie proszę!]


Będąc mamą dziewczynki – już nie tyle z zaciekawieniem, ale opadającą szczeną podpatruję [nie mylić ze szpiegowaniem 😀 ] nastolatki, mijane na ulicy, spotykane w autobusach, sklepach…

CO WIDZĘ?

Pierwsze co rzuca mi się w oczy to tona makijażu (gruba krecha, dużo pudru, szminka – generalnie na bogato), wzrok wbity w iPhone, słuchawki na uszach z muzyką na full – co zresztą skutkuje totalnym wyłączeniem jakiegokolwiek myślenia w sytuacji, np.: jestem pieszym – wtargnę na czerwonym na przejście [bo w uszach mi dudni muza z youtuba – heloł, wolno mi!]. Druga sprawa – REWIA MODY wśród NATOLATEK. Ja rozumiem: że są sieciówki, że są wyprzedaże, że ,,starzy” mają kupe forsy, że dla chłopaka musi się wystroić…No i najważniejsze -> że sobie może strzelić w nowym fatałaszku focie i wrzucić ją do sieci 😉 Aby być prawdziwie docenioną i podziwianą. Aby największa rywalka dostała niemalże zawału kiedy zobaczy Ją w tej nowej wystrzałowej kiecce i futerku z H&M 😉 Te dziewczyny to klony. Jedna upodabnia się do drugiej, a gdy nie daj Boże znajdzie się jakaś szara myszka, która mówi takiej postawie NIE – zostaje outsiderem. Stare malutkie, którym wydaje się, że skoro już współżyją z chłopakiem, palą papierosy, piją alkohol, chodzą na melanże i trwonią kasę rodziców to są już DOROSŁE. Tak mają być traktowane i kropka! Tymczasem w większości przypadków ich postawa życiowa to totalne dno i dwa metry mułu. Problemów zero, obowiązków zero, zachcianek cała masa, roszczeń i wymagań jeszcze więcej. W ustach cygar, słownictwo jak z rynsztoka, gnębienie innych, knucie i intrygi międzyklasowe.

I tak się teraz zastanawiam? Czy ja cholera jasna dramatyzuje? To tylko moje obserwacje i wysnute wnioski, może przerysowałam tę naszą młodzież, może ją zdemonizowałam…?! A może po prostu jestem już stara i nie nadążam ?! Tak, chyba właśnie tak jest…

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Jestem mamą niedoskonałą

Przyznaję się bez bicia, że miewałam lepsze i gorsze dni podczas niespełna sześcioletniej przygody z macierzyństwem. Popełniłam każdy możliwy grzeszek, począwszy od krótkiego karmienia piersią, poprzez spóźnione odpieluchowanie, a skończywszy na uleganiu każdej prośbie o słodycze (czego efektem jest zbliżająca się wizyta u stomatologa…). Nie miałam żadnej mądrej i przemyślanej koncepcji na wychowanie córki. Totalny freestyle niesiony tylko i wyłącznie … miłością do mojego dziecka. Nie za bardzo interesowało mnie też to w jaki sposób inne mamy wychowują swoje dzieci. Nie wtrącałam się i nie pouczałam, ale obserwowałam. Idealnych matek nie ma, każda z nas ma bowiem swoje za uszami i choć kocha swoją pociechę nad życie zdarza się, że ma dosyć. Nie ważne czy jedno, dwoje, troje lub więcej dzieci. Uwierzcie mi, że przy jednym też można się sporo napocić i mieć po dziurki w nosie macierzyństwa. Na szczęście to stan przejściowy, choć niestety nawracający 😀

W tej całej mojej niedoskonałości najbardziej lubię to, że często jest spontanicznie, nieprzewidywalnie i zaskakująco. Planowanie w macierzyństwie mi nie wychodzi, działam na wyczucie. Jedynie podczas choroby jestem poważna, stonowana, skupiona i zadaniowa. Poza tym czasem staram się być dla mojej córki mamą/przyjaciółką/kompanem. Czasami bywam surowa, to są chwile słabości, których powinnam się wstydzić, ale z drugiej strony wyznaję zasadę, że nie mogę Jej rozpuścić jak dziadowski bicz 😉 Kolejna rysa na idealnym macierzyństwie – mój brak cierpliwości i roztrzepanie, które nie raz i nie dwa sprawiły, że podniosłam głos, krzyknęłam i dałam karę. Potem analizowałam na spokojnie sytuację raz jeszcze… – ,,Gdybym była bardziej cierpliwa” – gdybałam. Ale nie jestem, mogę spróbować, ale nie obiecuję, że nagle stanę się oazą spokoju i zrozumienia dla zbuntowanej pięciolatki. To trochę bardziej długofalowy i skomplikowany proces. Cierpliwości uczę się bowiem każdego dnia.

W życiu codziennym widziałam nie raz i nie dwa takie idealne rodziny, idealne matki i żony, które były cierpliwe…do czasu. Najlepsze obserwatorium to większe skupiska dzieci będących pod opieką dorosłych : place zabaw, sale zabaw, parki i skwerki wypoczynkowe, a nawet sklepy. W takich miejscach jesteśmy świadkami różnych zachowań, zarówno dzieci jak i … rodziców. Nie wierzę kobiecie/matce, której dziecko bije wszelkie rekordy złego zachowania, a ona ze stoickim spokojem mu się przygląda i czule uśmiecha się pieszczotliwie mówiąc, żeby się uspokoiło.


Jeśli Ty tak potrafisz – wybacz, widocznie mało w życiu jeszcze widziałam! 🙂


Podczas ubiegłorocznych wakacji wybraliśmy się we trójkę na pobliski plac zabaw. Piękne niedzielne popołudnie, na placu ruch spory, dużo dzieci i rodziców. My tradycyjnie zajęliśmy ławeczkę i obserwowaliśmy sobie naszą pociechę dyskutując na przeróżne tematy. W podobnym momencie rzuciła nam się w oczy pewna rodzina. Model 2×2. Mama, tata, synek, córcia. Rodzina jak z reklamy. Mama huśtała synka, tata chodził za dreptającą niepewnie małą dziewczynką, rozmawiał z kimś przez telefon. Mała dziewczynka zawędrowała na huśtawkę i tam dwójkę musiała ogarniać już mama bo ojciec prowadził nadal rozmowę i oddalił się od całej gromadki. Spoko. Nic nadzwyczajnego się nie działo. Do czasu… Chłopiec jednak widząc, że matka musi swoje siły rodzicielskie rozdzielić na dwoje zrobił się bardzo niezadowolony. Zaczął krzyczeć. Przeklinać. I grozić swojej mamie. Ciekawe skąd znał takie słowa: ,,Zabiję Cię ty ku.wo, nienawidzę Cię”!!!! Ok. Ludzie, którzy to słyszeli zbaranieli, podobnie jak my zresztą. Reakcja matki to śmiech i słodkie słówka do chłopca: ,,Ojej, przestań synku”… Skąd u chłopca w wieku około 4 lat takie słowa? Gdzie je usłyszał? Dlaczego tak reaguje? Nie zamierzam się bawić w psycholożkę, ale doprawdy nie wiem czyja reakcja bardziej mnie zszokowała: dziecka czy matki? Ojciec dzieci nadal rozmawiał przez telefon. Przestraszona ryczeniem starszego brata dziewczynka zaczęła wyć, matka roześmiana i totalnie zresetowała bujała i jedno i drugie na huśtawce starając się jednak więcej czasu poświęcać chłopcu. Po chwili ojciec na nowo zajął się dziewczynką, a matka oddana chłopcu już na sto procent głośno (rozbawionym głosem) powiedziała: ,,Ale żeś pokrzyczał na mamę, ha ha ha”! Poker face to przy tym pikuś. Jeżeli ta kobieta cokolwiek przeżywała, jakkolwiek się denerwowała to na pewno nie było tego widać na zewnątrz. Czy to oznacza, że jest to idealna/doskonała matka? Taka co to wszystko weźmie na klatę, nawet patologię, byleby tylko nie zburzyć swojego idealnego wizerunku?

Jeśli na tym ma polegać ta idealność to ja dziękuję, ale nie skorzystam. Nie chcę ukrywać przed córką moich prawdziwych emocji bo kiedy jestem zła i zdegustowana to po prostu muszę krzyknąć, kiedy jestem rozbawiona muszę się roześmiać, kiedy muszę wymierzyć jakąś drobną karę to nie ma zmiłuj…

Macierzyństwo jak i życie musi być u mnie NO MAKE-UP 🙂

 

www.pixabay.com

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

A jednak! Jesteś tym co jesz…

Jeszcze do niedawna ładowałam w siebie tony niezdrowego i śmieciowego żarcia. Sądziłam, że mój organizm jest na tyle silny i młody, że z powodzeniem poradzi sobie z tymi frytkami na kolację…Tłusto, konkretnie, najlepiej jedzone w pośpiechu, wielkie kęsy, obżarstwo wieczorne…To tylko niektóre moje grzeszki. Skończyło się. Żołądek odmówił posłuszeństwa, zresztą cały układ pokarmowy zaczął nawalać. W rezultacie wylądowałam na przymusowej diecie, z garścią leków i bardzo powoli ustępującymi objawami. Generalnie cały czas odczuwam dyskomfort i muszę bardzo pilnować tego:

  • Co jem?
  • O jakich porach?
  • Ile?
  • I jeszcze jedno – muszę porządnie gryźć jedzenie.

Z tym miałam od zawsze problem…Odkąd pamiętam jadłam szybko, biorąc wielkie kęsy do buzi. Niestety albo i na szczęście (bo jak można się domyślać szło to w bardzo złym kierunku) dostałam nagle kopniaka od losu i muszę nauczyć się funkcjonować z dużą ilością ograniczeń. Nie jest to łatwe, zwłaszcza dla osoby, która uwielbia ostre przyprawy, ciężkie sosy, smażone jedzenie i generalnie samo złoooo…

Wiecie jak to jest, były Święta, potem Sylwester… Pojadło się i … popiło. W międzyczasie hektolitry kawy. Dobrze, że fajek nie palę bo to byłby chyba gwóźdź do trumny. Tydzień temu pojawiły się pierwsze dolegliwości: zgaga, piecznie, ból, odbijanie i totalnie zrypane samopoczucie. Nagle uświadomiłam sobie, że to z czego nie raz i nie dwa kpiłam (fit jedzenie i dietki) jest po prostu jedynym ratunkiem przed … wrzodami (w najlepszym wypadku)! Mam za swoje 😉 Zaczynam nowy rozdział w swoim życiu. Jadam mniej, a częściej, posiłki nie są obfite, zero alkoholu, ziółka, siemię lniane, więcej ruchu, mniej nerwów (cholernie ciężka sprawa). Totalna dyscyplina! Chodzę jak w zegarku. Powoli przyzwyczajam się do gotowanych i duszonych potraw, w moim menu pojawiły się kasze i lekkie warzywka, jogurty niskotłuszczowe, chude mleko, mięso drobiowe. Eliminuje produkty wysokoprzetworzone. Oczywiście wraz ze mną zdrowiej jedzą moje dwa Miśki. Na szczęście miałam na tyle rozumu, że dla Nich gotowałam zawsze zdrowiej. Tylko swój żołądek i ciało traktowałam jak śmietnik 🙁 Byłam po prostu głupia… Nazwijmy rzeczy po imieniu 😉

www.pixabay.com

 

Teraz hasło ,,Jesteś tym co jesz” dociera do mnie ze zdwojoną mocą. Trzymajcie za mnie kciuki, za moją silną wolę i poprawę kondycji 🙂 Mam nadzieję, że już niebawem odczuję pozytywne skutki stosowania zdrowszej diety i ogólnie – zdrowszego trybu życia.

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Typ: Matka Zadaniowiec

Pewnie nie ja jedna tak mam, zapewne podasz mi rękę, przybijesz piątkę lub po prostu ze zrozumieniem pokiwasz głową… Zrobiła się ze mnie taka mama zadaniowiec. Jest problem, a ja od razu zwarta i gotowa zacieram ręce, planuję i działam. Oczywiście jak najszybciej oczekuję rezultatów.

www.pixabay.com

 

Choroba.

Jest choroba – od razu działam oczekując cudów na kiju po pierwszej dawce specyfików…

Mały, maciupeńki katarek, ledwo widoczny, odkaszlnięcie raz na kilka godzin. Ja od razu zaczynam wyobrażać sobie najgorsze scenariusze łącznie z nieprzespanymi nockami, wysoką gorączką, biegunką, wymiotami itp. Jak nic idzie choroba. W najlepszym wypadku to przeziębienie. Takie niegroźne, dwa góra trzy dni posiadówki w domu, plus aplikacja naturalnych wspomagaczy typu soczek malinowy i syrop babciny. Ale co jeśli to nie będzie zwykłe przeziębienie?!…Zaczynam więc działać…Planuję sobie, że po pierwszej dawce solidnego lekarstwa prześpimy być może 1/3 nocy, bądź po prostu nie będę musiała nosić dziecka na rękach i uda się ogarnąć nieco kaszel gruźlika. Z rana natomiast po pierwszej inhalacji oczekuję ze zniecierpliwieniem rezultatów. Chcę od razu widzieć efekty w postaci cudownej przemiany duszącego kaszlu suchego w odkrztuszający kaszel mokry. Oj ja naiwna 😀 W międzyczasie łapię za telefon i już umawiam nas na wizytę do pediatry. Moje zadanie to podawać leki z zegarkiem w ręku z nadzieją na to, że dziecko przyjmie je z radością bo przecież tłumaczę, że to dla jego dobra…Yhm…;) W praktyce różnie to bywa, ale zawsze trzymam się godzin i wszystko rozpisane jest na karteczce, a leki poukładane według kolejności podania 😉

Małe/Wielkie problemy przedszkolaka/dzieciaka.

Podrapana ręka, kłótnia na placu zabaw – chciałabym od razu godzić dzieci i szukać wyjaśnień, choć czasami trzeba dać dziecku się pokłócić…

,,Mamo, bo On mnie popchnął, a Ona mnie podrapała” .. . 🙂 Samo życie. Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal jak mówi przysłowie, ale jak każdą rodzicielkę rusza mnie kiedy mojemu dziecku jest przykro z powodu jakiegoś wydarzenia…Wiem, że moja córka ma najlepszą opiekę pod słońcem w swoim ukochanym przedszkolu, ale i tak czasami mam ochotę zadać po raz setny Paniom w przedszkolu pytanie czy aby na pewno moje dziecko nie doznało żadnej przykrości ? 😉  [Tak wiem, nie uchronię Jej przed całym światem 😉 ]. To samo tyczy się placów zabaw i konfliktów jakie kiedykolwiek miały miejsce i brała w nich udział moja córka. Raczej nie jestem nerwusem, krzykaczem i zaślepieńcem wpatrzonym tylko w moje dziecko. Wiem, kiedy nabroi, kiedy ewidentnie jest niegrzeczna i nie ma racji. Jednak czasami zdarzają się sytuacje kiedy widzę, że kroi się konflikt na placu zabaw, a ściślej rzecz ujmując jakaś niesprawiedliwość. Bo jak inaczej nazwać wbijanie się starszych dzieci do kolejki np. do zjazdu na tyrolce? Oj… Gdybyście mnie widzieli jak ostatnio wparowałam w takie towarzycho młodocianych 🙂 Niestety na niesprawiedliwość nigdy się nie zgodzę. Swoim czujnym okiem rodzica siedzącego na ławeczce przy placu zabaw dostrzegłam młodziaków w wieku +10 perfidnie robiących w wała małych brzdąców. Owi młodociani zjeżdżali po kilka razy z tyrolki nie licząc się kompletnie z tym, że te maluchy czekają w kolejce i próbują coś tam po swojemu ugrać. Z marnym skutkiem. Wtedy wkroczyłam ja. Matka zadaniowiec. Owacje!…Żartuje oczywiście 😉 Podeszłam do grupki posmutniałych brzdąców i zadowolonych starszaków i dobitnie oznajmiłam tym drugim, że koniec oszukiwania, maluchy też mają prawo skorzystać z tyrolki. Bąknęłam coś jeszcze o niesprawiedliwości i niegrzecznym zachowaniu i osiągnęłam swój cel, dzieciaki zjeżdżały po kolei 🙂 Mnie autentycznie takie sytuacje doprowadzają do stanu podkurzenia (delikatnie mówiąc).

 

Wydaje mi się, że ta zadaniowość nieco zmaleje kiedy Julka nieco podrośnie albo kiedy po prostu przestanie być jedynaczką 😉

 

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Czy Ty też masz w domu pomieszczenie do którego lepiej nie wchodzić?

W naszym domu jest kilka takich pomieszczeń, które nazywamy górnolotnie: gospodarczymi…Żeby tam wejść musisz być domownikiem lub należeć do rodziny. Reszta raczej ciężko zniosłaby ten widok. Panuje tam najprościej rzecz ujmując bałagan, artystyczny nieład lub brzydziej mówiąc totalna rozpierducha. Taki stan rzeczy zastałam kiedy tutaj przybyłam. Zawsze walało się w owej pralni pełno roboczych męskich (jak się później okazało nie tylko męskich) ubrań, starych szmat, nikomu niepotrzebnych zepsutych urządzeń typu trymer lub zajechana maszynka elektryczna do strzyżenia. Nie rozumiałam jak takie składowisko można nazywać pralnią. Pralka co prawda też tutaj była, ale ginęła gdzieś w stercie gratów.

Kiedy w końcu przyszedł czas żebym zajęła się oporządzeniem tej klitki musiałam najpierw przedzierać się przez gęstwiny ubrań. Większości z nich nawet bezdomny by nie chciał. Po wyniesieniu około 7 dużych worów z tymi cudeńkami nadal nie było widać końca, ale dało się w końcu wejść i względnie ogarnąć ten bajzel. Poukładałam nawet resztę ciuchów na półkach, które zostawiłam pod presją mojego T (bo przecież przydadzą się do roboty, do garażu, na off-road itp.).


Było idealnie…do czasu… To pomieszczenie nadal przypomina starą graciarnię. Ja natomiast wyglądam przed wejściem do niego mniej więcej tak 😀 :


Tuż przed świętami zakasałam rękawy i ruszyłam ze szczotką i mopem w stronę ,,pralni”. Zrobiłam co mogłam, serio 😀 Było naprawdę dobrze, zważywszy na to, że nasze wizyty tam ograniczają się do wstawienia prania, wyjęcia prania i włożenia czegoś do zamrażalki… Moje szczęście nie trwało jednak długo. Nagle z jakiegoś niewiadomego powodu mój mężczyzna w poszukiwaniu jakiejś starej znoszonej koszulki porozwalał ułożone na półkach ciuchy, natomiast te nadające się już tylko do prania (na pewno nie włożę tego do pralki, będę czekać do wiosny i upiorę to ręcznie na dworze) powiesił na wieszakach.

Tadam!

Z kolei po pięknie ułożonych i posegregowanych przeze mnie ubraniach roboczych pozostało tylko wspomnienie…A było tak pięknie…

Totalny kataklizm. Tak wiem. I najgorsze jest to, że te ubrania aż się proszą o ponowne ułożenie tak jak należy 😀  Niestety jak większość kobiet (sorry dziewczyny za uogólnianie) mam przeświadczenie, że tylko i wyłącznie ja mogę zrobić to najlepiej. W sensie poukładać 😉 Także na nic zdaje się teoria mojego T, że On to przecież w 5 minut ogarnie. Mhm…Jasne. Wystarczy, że po zmyciu naczyń nasza suszarka wygląda tak jak na obrazku poniżej 😀

Gdybyście wiedzieli jakie hity udało mi się znaleźć na tych półkach…Oj myślę, że w second handzie nie jedna kobieta byłaby w stanie wyszarpać drugiej kobiecie z rąk takie gustowne wdzianka…:D Na przykład kiecka z fotki poniżej, z jej kroju wnioskuję, że jest to letnia sukienka, ale z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego przeze mnie powodu jest ona wykonana w stu procentach z poliestru…Być może moja teściowa dała radę przechodzić w niej kilka, a może kilkanaście lat i z sentymentu sobie ją zostawiła?! 😀 Nie wiem, nie pytałam bo doprawdy nie ogarnia tego mój umysł. Trzeba przyjąć do wiadomości, że taka była kiedyś moda 😀

Takich wystrzałowych wdzianek w mojej pralni pod dostatkiem, ostatnio nawet moja siostra stwierdziła, że generalnie mam mini lumpeks w tej pralence 😀 Także zapraszam 😉 Oddam w dobre ręce 🙂

Pocieszcie mnie proszę, czy ktoś też ma takie pomieszczenie w domku, które najchętniej zamknął by na klucz i nie wchodził tam przez najbliższe dni, miesiące, lata?! 🙂

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Dotrzymać postanowień nie tylko noworocznych

Zaczął się nowy rok, zewsząd słyszymy nawoływanie do tego aby zrobić pewne postanowienia noworoczne. Generalnie chodzi o zmianę i wyzbycie się złych nawyków jak np. obżeranie się po nocach chipsami i lodami 😉 Z tych bardziej poważnych i znaczących zmian – mamy stać się lepszymi ludźmi, lepszą wersją samego siebie. Nie do końca to kupuję. Doprawdy po 1 stycznia mam się nagle stać innym człowiekiem niż byłam jeszcze 31 grudnia? 😉

Tym bardziej, że…

jestem typem osoby, która bardzo często ma słomiany zapał. Podejmuję się czegoś nowego, a po chwili (dłuższej lub krótszej) podkulam ogon, zaczyna mi się wydawać, że nie podołam, że to nie to i jak ja mogłam na coś takiego wpaść?

Ale…

ten blog pokazuje jednak, że nie każda moja fascynacja musi być chwilowa 😉 Może dlatego, że od momentu zakiełkowania w mojej głowie pomysłu o takim miejscu do czasu jego powstania upłynęło kilka miesięcy? Miałam więc dość dużo czasu aby się zniechęcić zanim życie bez make-upu powstało… 🙂 Dziś nie wyobrażam sobie żeby tego miejsca nie było. Jestem też wdzięczna osobom, które umożliwiły mi realizację moich planów,

a…

plany te były ściśle związane z postanowieniami (niekoniecznie noworocznymi). Przyszedł taki czas, mniej więcej pod koniec 2016 roku kiedy w końcu zrozumiałam, że samo nic się nie zrobi i żeby zamiast odwlekać pomysł o założeniu bloga zacząć działać. Wiedziałam, że mój słomiany zapał może być głównym winowajcą niepowodzenia całego przedsięwzięcia… Póki co: Ja vs. Słomiany zapał 1:0 🙂


Jako rodzic życzyłabym sobie niekończących się pokładów cierpliwości. Tego zawsze mi brakowało, ale uczę się. Mam nawet świetny wzorzec do naśladowania i to na wyciągnięcie ręki – moja druga połówka to oaza spokoju i cierpliwości. Dla mnie, osoby w gorącej wodzie kąpanej cierpliwość to piekielnie trudna sztuka. Jest to jednak jeden z kluczy do sukcesu zarówno w życiu prywatnym jak i zawodowym. Moje relacje z córką są zdecydowanie lepsze kiedy wszystkie nerwy wkładam do kieszeni.

A z cyklu tych bardziej przyziemnych postanowień…Pojedziemy nad to morze w tym roku…Nawdychamy się jodu i pospacerujemy o zachodzie słońca delektując się pięknym widokiem zachodzącego słońca skąpanego w morzu.

I…

Powiemy sobie: TAK…

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Krótki wpis o tęsknocie

Miało dziś nie być wpisu. Bo dziecko chore i kaszle tak donośnie, że na każde jego kaszlnięcie podskakuję do sufitu całym swoim jestestwem. Bo chałupa jakaś taka pusta po wyjeździe moich rodziców i siostry. Bo nie mogę się w niczym odnaleźć i już sama nie wiem ile tych BO jeszcze naliczę. Pomiędzy oddechem gruźlika, a odgrzewaniem wczorajszej zupy, którą na szczęście przezornie zrobiła mi moja mama nasunęła mi się pewna refleksja.


Czy to dobrze, że moja rodzina jest daleko?


Mamie mogę się co najwyżej wypłakać w telefon, tata z rodzaju tych co to przez telefon niewiele powie, a moja kochana siostra ma swoje życie i nie może wiecznie słuchać moich narzekań. A ja chciałabym tak najzwyczajniej w świecie czasami wybrać się do mamy na małą kawkę, zagrać z tatą w remika albo pójść z siostrą na zakupy. Odległość wszystko uniemożliwia, kontakt jest ograniczony bo pomimo mobilności jednej i drugiej strony pochłaniają nas setki spraw i ciężko się zgrać…

Fajnie byłoby móc ,,podrzucić” dziecko rodzicom i pójść do kina na wieczorny seans albo sobie zrobić romantyczny wieczór tylko we dwoje. Pewnych spraw jednak nie przeskoczymy. Być może dzięki tej odległości tak bardzo doceniam te nasze nieczęste spotkania, dosłownie od święta…. I celebruję każdy drobny gest…każdą chwilę, spacer, wspólny posiłek, śmiech i radość …

A potem przeżywam – ich wyjazd… Wracają do swojego życia, nie mogę ich zatrzymać i wkleić w swoją codzienność. Mogę jedynie oczekiwać kolejnych spotkań i oglądać wspólne fotografie próbując wytłumaczyć mojej córce kiepską częstotliwość wszystkich wizyt moich rodziców. Biorę to jednak na klatę. Któż to wie jakby wyglądały nasze relacje gdybyśmy mieszkali blisko siebie i mieli siebie na wyciągnięcie ręki? Być może nie dogadywalibyśmy się najlepiej…? Cieszmy się więc z tego co jest…

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Szalony przedświąteczny czas i krótki przepisik na uszka :)

23 grudzień 2017 rok. Już jutro Wigilia, moja mama dwoi się i troi w kuchni, pomaga siostra, tato i przede wszystkim najmłodsza słodycz – moja córa. Próbuję dorzucić swoje trzy grosze – zaraz lecę robić ciasto. Najpierw jednak chciałam wpaść tutaj, na moją stronkę, którą bardzo, ale to bardzo lubię, do moich czytelników, których stale przybywa (to nie miało brzmieć jak chwalenie się, po prostu cieszę się, że jesteście 🙂 ) Czas pędzi jak szalony, mniej więcej od środy zapierniczam na wysokich obrotach, zaniedbując niestety troszkę bloga. Jako świeżak blogowy nie napisałam żadnych mega przemyślanych i wykwintnych wpisów na zaś…Czyli nie sypnę teraz tekstem z rękawa, wybaczcie. Cały ten blog to totalny spontan 🙂

Dziś moja mama nalepiła 168 pierogów i 105 uszek z grzybami. Chylę Jej czoła. Po prostu Ona robi najlepsze pierogi i uszka na świecie, ja mogę co najwyżej czyścić Jej buty. Poniżej wrzucę Wam parę fotek z tego imponującego wydarzenia 😀 Przepis na ciasto znajdziecie tutaj: http://zyciebezmejkapu.pl/index.php/2017/09/14/ulubione-danie-pierogi-ruskie/

Natomiast jeżeli chodzi o farsz: na te 105 uszek (u na mają kształt pierogów) przypadło 700 g grzybów już ugotowanych, odciśniętych i zmielonych. Do grzybków dodałyśmy jedną podsmażoną na masełku cebulkę pokrojoną w kostkę. Farsz doprawiłyśmy solą i pieprzem.

Uszka podgotowałyśmy lekko i włożyłyśmy do naczynia żaroodpornego. Leżakują sobie do jutrzejszej kolacji kiedy to wylądują w przepysznym barszczyku czerwonym.


Ta gorączka przedświąteczna tak bardzo była mi potrzebna…Tak bardzo potrzebowałam tego aby w końcu coś się działo, abyśmy byli w końcu razem i moja córka czuła się wyjątkowo. Dlatego nawet słowem nie pisnę, że jest mi źle. Teraz pędzę robić chałwowca i nie omieszkam napstrykać dla Was fotek oraz skrobnąć wpis z przepisem 🙂

Dla tych, którzy tak jak ja są zwarci i gotowi do boju – dużo siły.

Dla odpoczywających – miłego chillowania 🙂

 

Foty własne.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Potrawy wigilijne, które zagoszczą na moim stole

Boże Narodzenie tuż tuż, a w mojej głowie pojawia się lista dań, które obowiązkowo pojawią się na naszym stole wigilijnym. Muszę z ręką na sercu przyznać się, że nie ma szans na zrobienie aż kultowej dwunastki potraw wigilijnych. Nigdy zresztą nie uczestniczyłam w takiej kolacji wigilijnej podczas której miałabym możliwość degustacji aż dwunastu dań. Stawiam na kultowe i lubiane przez naszą rodzinę dania. Takie, które podchodzą smakiem wszystkim domownikom i które z powodzeniem można pałaszować jeszcze w Boże Narodzenie 🙂 Nie ma opcji żeby na Wigilijnym stole nie pojawiły się:

  1. PIEROGI. Najlepsze danie pod słońcem, zarówno dla mnie jak i dla mojej córci, która już przebiera nogami ze zniecierpliwienia bo wie, że wraz z przyjazdem swojej babci (a mojej mamy) ma gwarantowane pierogi nie tylko na Wigilię, ale też w inne dni 😀  Najbardziej lubimy ruskie, z ziemniaczkami, serem białym i podsmażoną cebulką, z dużą ilością pieprzu w smakowitej okrasie! Ślinka cieknie mi na samą myśl 🙂
  2. BARSZCZYK CZERWONY. Aromatyczny, wyrazisty i krwiście czerwony. Solidnie doprawiony i naczosnkowany. Taki, którego będzie można się napić jeszcze następnego dnia i będzie smakował jeszcze lepiej. No i oczywiście do barszczyku czerwonego koniecznie pasują:
  3. USZKA Z GRZYBKAMI. Nazbierało się sporo tych leśnych grzybków w tym sezonie 😉 Będą one stanowić przepyszny farsz do naszych uszek. Satysfakcja niemała, wszak ceny grzybów przyprawiały o zawrót głowy!
  4. RYBKA SMAŻONA i do tego frytki. Smażenia ryby podejmuję się w tym roku ja, ponieważ mojej mamie ryba przeważnie przywiera i rozpada się. Ja mam na smażenie filetów rybnych swój patent. Najpierw obtaczam w mące, następnie w rozbełtanym jajku, a potem dopiero w bułce tartej. Patent od Dobrej Duszy 🙂 Zapewne skuszę się na filety z dorsza atlantyckiego. Do ryby idealnie będą pasowały frytki prosto z frytkownicy 🙂 Mniam!
  5. KAPUSTA Z GROCHEM. O tym jeszcze moja mama nie wie, ale zamierzam takową kapustę przyrządzić. Jest przepyszna i rozsmakowałam się w niej dzięki… (o zgrozo!) teściowej 😀 Można połączyć ją z rybą, jeśli ktoś nie preferuje frytek do ryby, albo pałaszować ją samą. Myślę, że będzie wszystkim bardzo smakowała.
  6. CIACHO! Obowiązkowo wjedzie na deser ciacho. Zamiast kutii i klusek z makiem, które nie są lubiane przez niektórych wigilijnych gości – na stole wigilijnym pojawi się ciasto, tym razem będzie to chałwowiec z dżemem porzeczkowym (na zimo).

Wspominając Wigilie organizowane przez moją babcię i nieżyjącego już dziadka, mam w pamięci wszystkie przepyszne i wyjątkowe potrawy wigilijne, którymi delektowaliśmy się co roku. Nie zapomnę smaku kompotu z suszek, karpia w galarecie, do którego przekonałam się z czasem, babcinego pysznego piernika i kutii w której się rozsmakowałam. To były piękne czasy, które dziś wspominam z łezką w oku. Natomiast mieszkając już w Katowicach zapoznałam się z totalnie nieznaną mi wówczas potrawą, czyli rybą po grecku. Okazało się, że ta potrawa wcale nie jest taka trudna w przygotowaniu jak mi się wydawało. Dlatego rozważam jeszcze czy przypadkiem zamiast tej ryby z … frytami (fast food w Wigilię! 😀 ) nie przyrządzę ryby po grecku.

Jedno jest pewne, nie zamierzam sobie niczego odmawiać i w jakikolwiek sposób ograniczać sobie przepysznego i jedynego w swoim rodzaju wigilijnego jedzenia 😉 Tylko ten jeden dzień w roku smakują one tak wyśmienicie i niepowtarzalnie 🙂

www.pixabay.com

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Kiedy moje dziecko choruje…

… choruję też ja …

Zamartwiam się każdym kaszlnięciem. Biorę pod lupę katar i po kolorze ( 😉 !) próbuję poznać, czy to tylko zwykłe przeziębienie czy już coś więcej i skończy się antybiotykiem. Dotykam dziesięć razy na minutę czoła…żeby się upewnić, czy przypadkiem nie jest nieco bardziej ciepłe niż zwykle. Nakłaniam do częstego wydmuchiwania nosa, ku niezadowoleniu mojej córki. W kuchni przykładam się do gotowania prawie tak samo jak wówczas gdy mają przyjść do nas goście albo zbliżają się święta…Wszystko po to żeby ugotować mojej małej chorowitce to co lubi najbardziej. Herbatka z miodem i cytryną podsuwana pod nos. Całe moje jestestwo podporządkowane jest właśnie Jej.

Zapominam wtedy o sobie. Nagle okazuje się, że moje włosy były myte pięć dni temu i są tak tłuste, że można byłoby ugotować z nich rosół 😉 Śpię czujnie, budząc się kilka razy w ciągu nocy, tylko po to żeby sprawdzić czy moje dziecko nie ma gorączki. Kombinuję jakby tutaj zabić tą nudę, która po kilku dniach siedzenia w domu staje się nieznośna i doprowadza do niepotrzebnych nerwów Jej i moich…Nie zawsze mi to wychodzi. Posiłkuję się często tabletem, włączając ulubione bajki. Czasami popłakuję w kącie, tak żeby Ona nie widziała. W końcu w takich hardcorowych sytuacjach wielu rodzicom pomagają dziadkowie. Moi są 240 km stąd. Muszę porządnie się wtedy opierdolić w myślach żeby nie obwiniać nikogo o taki stan rzeczy. To był tylko i wyłącznie mój wybór. Wspierają mnie jak umieją. Przecież mam tylko (albo aż) jedno dziecko. ,,Życzliwa” Matka Polka zaraz sprowadziła by mnie do parteru i zrugała za to, że inne matki mają gorzej bo:

a) mają więcej dzieci,

b) są same bez chłopa w domu,

c) pracują ciężko i nie ma kto im zostać z dziećmi,

d) muszą siedzieć na L4 i nie wiadomo czy roboty nie stracą.

Ok. Biorę to na klatę. Nie polemizuję ze znawczyniami tematu 😉

Podczas choroby córki moja aktywność w innych sferach życia poza macierzyństwem spada do zera. Snuję się po domu jak cień siebie i czekam aż mojemu dziecku się poprawi. Stan umysłu – Matka. A gdy przychodzi poprawa i dziecko prawie demoluje mi chałupę bo taka energia je roznosi, wtedy budzę się z letargu i odliczam czas powrotu do przedszkola. Tak właśnie wyglądały ostatnie dni. Dziś mamy drugi dzień armagedonu. Zamiatam rozsypane okruchy po śniadaniu, ścieram rozlane picie, potykam się o klocki, odsuwam nogą zabawki robiąc sobie wąską dróżkę, walczę z mega apetytem mojego dziecka…- apetytem na słodycze oczywiście…;) Słyszę kilkadziesiąt razy powtarzane słowo NUDA, wypowiadane z wyrzutem, podczas gdy ja już prawie tańczę breakdance żeby zapewnić mojemu dziecku jakieś atrakcje 😉

Ten wpis to kartki z pamiętnika ostatnich naszych dni 🙂 Wracam jednak ze zdwojoną siłą i od jutra naciąga lawina wpisów 😀 Wszak mam inspirację w najlepszej postaci 🙂

www.pixabay.com