1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Magiczny Jarmark na Nikiszowcu 2017

W tym roku po raz dziesiąty na górniczym osiedlu Katowic – Nikiszowcu odbył się Jarmark Bożonarodzeniowy. Przez trzy dni lokalni mieszkańcy Katowic, a także przyjezdni mieli możliwość delektować się magiczną atmosferą, która bez wątpienia jest jednym z największych atutów tego wydarzenia. Tysiące osób przechadzało się pomiędzy kramami pełnymi wyjątkowych, ręcznie robionych ozdób świątecznych, biżuterii, malowanego szkła i obrazów. Nie zabrakło również straganów z śląskimi przysmakami, rozgrzewającymi trunkami i własnymi wyrobami np. miodami, sokami. Nad organizacją jarmarku czuwało jak zawsze Stowarzyszenie Fabryka Inicjatyw Lokalnych, a dzięki wsparciu i energii wolontariuszy z Centrum Zimbardo w Nikiszowcu cała impreza jak co roku przebiegła doskonale 🙂

 

 

Nigdy nie byłam specjalną fanką rękodzieła, ale przechadzając się pomiędzy kramami zachwyciła mnie prostota i piękno tych wyrobów. Jedno jest pewne – te cudeńka przyciągają wzrok, widać, że wystawcy włożyli ogrom pracy i serca w tworzenie tych przedmiotów.

Jarmark na Nikiszu to nie tylko kramy z rękodziełem, ale także atrakcje dla dzieci. Tradycyjnie w tym roku dzieci mogły zaliczyć przejazd karuzelą wiktoriańską i ciuchcią złożoną z kilku wagoników.

Moje serce w tym roku było zdecydowanie przy jednym wyjątkowym kramiku, który reprezentował przedszkole do którego uczęszcza moje dziecko 🙂 Można tam było zakupić min.: domowe ciasto, pierniczki i unikalne produkty handmade: pajacyki, poszewki na poduszki, bombki choinkowe i ozdoby świąteczne. Dwa pajacyki robią jak widać furorę u mojej córy, która sama nie wie, czy bardziej podoba Jej krasnal który nie śpi, czy ten śpiący 😉

 

 

Nikiszowiec to magiczne miejsce, zabytkowa zabudowa, wspaniali ludzie i niepowtarzalna atmosfera. Jarmark doskonale podkreśla wyjątkowość tego miejsca, które cieszy się dużym zainteresowaniem turystów. Zdecydowanie warto odwiedzić jedną z najstarszych dzielnic w Katowicach, a już na pewno gorąco polecałabym zarezerwować sobie czas na przyszły rok, pojawić się na jarmarku i poczuć tą niezwykłą świąteczną atmosferę 🙂

Fotografie własne.

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Pojawiła się (oby nie na chwilę) – ZIMA

Godzina 6:30, dzwoni telefon. Śpimy: dziecię pod ścianą, ja na skraju łóżka. Obydwie powyginane w swoich pozycjach, z tym, że Ona wstanie wypoczęta, a ja połamana z bólem głowy i łupaniem w karku. Oho – dzwoni Tata, miał nas obudzić bo niestety ja jestem technicznym debilem i nie potrafię sobie nastawić budzika w nowym telefonie. Wielkie dzięki za pobudkę, trzeba wstawać. Od pierwszych kroków czuję, że rozsadza mi jedną połowę czaszki. Pani w aptece stwierdziła, że jestem najprawdopodobniej meteopatką. Jakoś muszę żyć z tą świadomością 😉 W kuchni zastałam ciemność, ach tak, muszę podnieść rolety. Bez specjalnego wczuwania się w wykonywaną czynność podnoszę rolety i moim oczom ukazuje się on – ŚNIEG. Wow! Uczucie radości wygrywa z kiepskim samopoczuciem o poranku. Wołam Młodą. Biegnie. Włos rozwichrzony, śpiochy w oczach, ledwo widzi mnie, ale jak tylko podnoszę ją do okna żeby zobaczyła jak fajnie jest na zewnątrz rozpromieniona planuje już … wyjście na sanki. Studzę trochę ten dziecięcy zapał, nie dlatego, że nie mam ochoty pobrykać na sankach, ale termometr przed moją facjatą jak byk pokazuje 4 stopnie na plusie. O godzinie 14 pozostanie już tylko błoto pośniegowe i chodnikowa ciapa. Mina nietęga, ale proponuję małą bitwę na śnieżki w drodze na przystanek autobusowy. Kręcę sama na siebie bata, ale cóż innego mogę na szybko zaproponować? 🙂 Dzika radość w oczach i zapowiedź, że nie będzie mnie oszczędzać. Super. Obym tylko nie dostała w gębę. Grzeję mleczko, ubieram się, myję twarz z naciskiem na posklejane ropą oczy. Potem zalewając sobie herbatę spoglądam jednym okiem na widok z okna.

Ten widok…z kuchennego okna

 

Kurczę, ależ jest pięknie. Uwielbiam białą, śnieżną, mroźną zimę. Taką, jaką pamiętam za dzieciaka. Nie oszukuję się jednak, ten śnieg długo nie poleży i pewnie w Święta zamiast śniegu i mrozu termometry będą wskazywać nam 10 stopni na plusie :/…Sorry, taki mamy klimat. Dlatego jeszcze chwilę upajam się tym widokiem i lecę wykonywać kolejne czynności poranne.

Kiedy przychodzi pora na wyjście z domu jak zwykle skupiam się bardziej na ubraniu odpowiednio do pogody i warunków mojej córki, aniżeli siebie. Wychodzę na tym jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. Młoda od stóp do głów gotowa na bitwę śnieżkową, a ja w cienkiej kurtce, bez szalika i … rękawiczek! W ulubionych kozakach, które są świetne, ale się ślizgają niemiłosiernie i w dodatku palce u stóp odmrażają mi się w nich w ciągu pierwszych 5 minut przebywania w niskich temperaturach. Dam radę, w końcu to mały kawałek do przystanku. Po drodze oczywiście dostaję kulką w plecy. Taką ,, kulką” :

Oberwało mi się tą bryłką 😉

 

Cieszy się Ona, cieszę się i ja. Krótki odcinek zostaje pokonany w żółwim tempie bo jest tyle możliwości zabawy śniegiem, że nawet ja bym na takie oryginalne pomysły nie wpadła. W międzyczasie wysłuchuję dziesiątki próśb o możliwość zrobienia aniołka/ orła na śniegu. Odmawiam tylko dlatego, że na chodniku śnieg jest już błotośniegiem. Obiecuję, że jeśli pod przedszkolem będzie skwer z czystym białym puchem będzie mogła tego anioła zrobić. I robi. Bryka jeszcze chwilę z koleżankami pod przedszkolem. Cieszą się jak szalone z pierwszego w tym roku śniegu.

Gdy wracam do domu nie boli mnie już głowa, jestem pozytywnie nakręcona i porządnie przemarznięta 😉 Jak dobrze, że człowiek potrafi weselić się jeszcze z takiej oczywistej oczywistości jaką jest śnieg…Zwłaszcza ten pierwszy.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Dlaczego jak co roku nie ulegnę trendom andrzejkowo-sylwestrowym?

Sezon imprez na których rządzić będą cekiny, brokat i pióra zbliża się wielkimi krokami. Niebawem Andrzejki, a miesiąc po nich Sylwester. Zaczyna się polowanie na ubranie wszak Czarny Piątek kusi niemiłosiernie. Wszystko po to aby zabłysnąć w gronie mniej lub bardziej sobie znanych osób. W końcu Twój look jest wtedy najważniejszy. Nie do końca kręci mnie taki klimat, nie będę ukrywać 🙂 Wolę spokojne domówki, w sprawdzonym towarzystwie, w wygodnym i ładnym ubraniu bez … kija w dupie…Bo niestety bale sylwestrowe jakoś tak sztywno mi się kojarzą. Wybaczcie – stałe bywalczynie takich imprez, ale ja myśląc o balu mam przed oczyma wystylizowane gwiazdy z tvn 😉 Pewnie nie wszędzie tak jest, ale wiecie – to jest wpis z kategorii Subiektywnie o życiu, więc macie tutaj tylko i wyłącznie moje skrzywione patrzenie na te tematy 😉

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Słowo TREND działa na mnie jak płachta na byka. Pachnie mi ono wciskaniem ciemnoty na siłę. Jeśli trafi na podatny grunt szybko przerodzi się w stan umysłu. Niestety wielu ludzi ślepo podąża za trendami…

Rok temu myślałam, że spadnę z krzesła kiedy zobaczyłam ten futurystyczny makijaż sylwestrowy, który zaprezentowany został w ,,Pytaniu na śniadanie”. To było coś! Temat stał się przedmiotem kpin i memów, co zresztą wcale mnie nie dziwi. Może miało być właśnie tak kosmicznie, inaczej, dziwniej… Może makijażystka miała jakiś kontakt z Marsjanami, u których taki makijaż to absolutny hit 😉  Podobno na Marsie jest życie, wiec…

Dla przypomnienia:

www.kozaczek.pl

 

Ok, skoro już opanowałyście śmiech, to możecie czytać dalej 🙂

Makijaż, sukienka, włosy…Ok, kobieta musi o siebie dbać, każda na swój sposób, nie wszystkie lubimy makijaż i tonę lakieru do włosów aplikowanego o poranku. Nie każda z nas regularnie robi paznokcie i ubóstwia kiecki imprezowo sylwestrowe. Mnie te przerysowane stylizacje nie przekonują. Kobiety wystrojone jak choinka dają sobie wmówić, że wyglądają cudownie i doskonale wpasowują się w klimat imprezowy. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że ogłupione przez jakieś trendy robią sobie np. taki makijaż jak na zdjęciu powyżej.


Bo przecież pokazali go w telewizji i na bank zrobi furorę. To nic, że będziemy wyglądać jak idiotki lub przybysz z innej planety. Jest trend, ślepo mu ulegamy i zamiast dobrze się bawić czujemy się jak egzotyczne zwierzątko obserwowane przez wszystkich znajdujących się w pobliżu. 


Zastanawiałam się co bym zrobiła gdybym miała możliwość w tym roku pójść na bal sylwestrowy. Czy też szaleńczo poszukiwałabym kiecki? Czy poszłabym do Szwagierki na hybrydę i pomalowała swoją facjatę (Jezu, tylko niech mi nie przyjdzie do głowy oglądać porady w telewizjach śniadaniowych przed Sylwestrem)? Chyba jednak nic by z tego nie wyszło, w sensie nie poszłabym bo to nie moje klimaty. Za to lanie wosku w Andrzejki na jakieś miłej domówce, z dziećmi, to już co innego 🙂 Albo Sylwester z mnóstwem dobrego humoru, fajną muzyką, na totalnym luzie i szampanem o północy. Tutaj mi zdecydowanie bliżej.

Irytuje mnie nagminne wmawianie ludziom, że aby się dobrze bawić w Andrzejki lub Sylwestra trzeba koniecznie wybrać się na zorganizowaną imprezę zamkniętą, na której nie będzie miejsca na spontaniczność i choćby skały srały nie wyjdzie się poza schemat z góry narzucony przez organizatorów. Imprezę na której musisz prezentować i zachowywać się w pewien odpowiedni i określony sposób. Są ludzie, którym to odpowiada, ale ja do takowych nie należę. Nie pobiegnę więc po tą srebrzystą kieckę, gustowne pantofle, boa z piór i samoopalacz z brokatem. Nie zaliczę sesji u kosmetyczki i fryzjerki. Spokojnie – dresu też nie założę 😉 Postaram się dobrze bawić bez tych wszystkich trendy błyszczących ozdobników.

Ps. Jest dla mnie jeszcze nadzieja, będę trendy w Sylwestra! Uczesze mnie fryzjerka, która potrafi taką fryzurę wyczarować w kilka minut i to prawie za free, no dobra może za tabliczkę czekolady. Moja córka się tym zajmie. #BędęJeleniemSylwester2018  😀

 

 

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

O służbie zdrowia słów kilka.

Któż z nas lubi włóczyć się po lekarzach, a tym bardziej być zmuszonym do pobytu w szpitalu ? Nikt, no może oprócz osób cierpiących na hipochondrię. Dlatego rękoma i nogami zapieramy się przed wizytą u lekarza, wolimy sobie łyknąć Aspirynkę, suplementować się i zafundować akupunkturę za grubą kasiorę. Żyjemy w przekonaniu, że jak już raz pójdziemy do specjalisty to na jednym razie się nie skończy, po drodze wyjdzie nam pierdylion innych dolegliwości i co najgorsze… będziemy musieli na własnej skórze poczuć jak działa okryta złą sławą służba zdrowia.


A działa w sposób kompletnie niezrozumiały, zaskakujący i czasami szokujący.


Staram się w kontakcie z służbą zdrowia być cierpliwa (spore wyzwanie), kulturalna i miła. Ostatni mój najdłuższy pobyt w szpitalu to niespełna 4 dni. Podczas tego pobytu urodziła się moja córka. Hormony i euforia sprawiły, że kompletnie nie interesowało mnie to czy personel jest dla mnie miły, czy też nie. Wszystko przebiegło książkowo, zadbano o moje dziecko i o mnie całkiem dobrze. Bez ochów i achów, bez nerwów i traumatycznych przeżyć. Potem miewałam sporadyczne wizyty u lekarza, endokrynolog bo mam problemy z tarczycą, neurolog bo miewam potężne migreny i ginekolog bo jestem zwolenniczką regularnego wykonywania cytologii. Takie tam, normalne wizyty 😉 Żadnych większych ingerencji w moje ciało.

Tak było do ostatniego piątku, kiedy to z paskudnie skaleczoną łapą pojechałam na izbę przyjęć. Poczekalnia pełna, ludzie z rękoma na temblaku, z kroplówkami, z rwami kulszowymi, urazami głowy i innymi nieciekawymi dolegliwościami. Rejestracja pusta, w sensie brak osoby rejestrującej. Świetnie – pomyślałam sobie, ciekawe ile będę tutaj kwitła. Po kilku minutach przyszła kobieta, która w miarę sprawnie zarejestrowała mój przypadek w systemie, kazała przejść do poczekalni i … czekać. Odprawiałam córkę i lubego do samochodu (wiedziona przeczuciem zapakowałam tablet dla młodej, żeby nie zanudziła się aucie). Udałam się do poczekalni i mym oczom ukazał się dorodny, wiszący tak aby nikt go nie przeoczył plakacik informacyjny. Oto i on:

Z godną politowania miną zerknęłam na moją elegancko zawiązaną czerwonym bandażem dłoń i wiedziałam, że ja to sobie tutaj dzisiaj posiedzę. Oj posiedzę i to bagatela minimum 360 minut 😀 Rozsiadłam się wygodnie, rozglądnęłam się dyskretnie po licach towarzyszy niedoli i uruchomiła się we mnie ona…ta jedna cecha, którą mam po tacie…która włącza się mimowolnie. Mianowicie paplanina o niczym z obcymi ludźmi…;) Mój tato wychodzi z założenia, że z każdym człowiekiem można ciekawie porozmawiać i generalnie każde jego wyjście z domu kończy się tym, że nawiązuje on dziesiątki interesujących rozmów z obcymi ludźmi. Mama już się z tego śmieje, mi do śmiechu nie jest bo zaczynam mieć tak samo! W poczekalni dorwałam siedzącego obok mnie młodego chłopaczka i zagadałam:

  • Czy Pan się może orientuje ile mniej więcej się czeka na badanie? (bardzo inteligentnie, zważywszy na to, że plakat miałam przed nosem)
  • Wie Pani co, ja będę czekał do godziny … 20 na nastawianie barku. (była godzina 17)

No pięknie! Czyli idąc za głosem rozsądku, skoro ten chłopak ma wybity bark i przyjmą go za 3 (!) godziny to nie umniejszając mojemu skaleczeniu, mnie zastanie tutaj nocka! Dziecko i luby w aucie więc przezornie zaczęłam już pisać sms żeby się zbierali do domu, a ja wrócę jakimś nocnym autobusem…:D I nagle z sali obok słyszę jak wywołują moje nazwisko. Podskoczyłam jak oparzona i pędem ruszyłam do gabinetu. Uradowana szybkością przyjęcia założyłam sobie nawet, że jeśli lekarz będzie totalnym gburem ja będę dla niego arcymiła i uległa. A tutaj zaskoczenie. Pełna kultura i profesjonalizm. Szybka decyzja o szyciu, raz, dwa, trzy, zlecenie na szczepionkę, prośba o poczekanie chwilki w poczekalni na dokumentacje i szczepienie. Prawie podnosiłam szczękę z podłogi z wrażenia. Czy to jest Polska Służba Zdrowia? Gdzie ja jestem?

Oszołomiona usiadłam na ławeczce. I znowu uruchomił się gen ojca, nadawałam do biednego chłopaczka siedzącego obok mnie. Tego nieszczęśnika, który będzie tam kwitł jeszcze kilka godzin, bez jedzenia i bez picia. Tego, który kontuzji nabawił się podczas…gry w kręgle. I tutaj kolejne zaskoczenie bo zamiast tradycyjnej polskiej zawiści, że mi się udało zostać przyjętej wcześniej od niego miałam naprawdę świetną pogawędkę z młodym człowiekiem. Pomimo niezbyt komfortowej sytuacji udało nam się nawet pożartować 🙂 W międzyczasie lekarz przyniósł mi dokumentację i zostałam zawołana na szczepienie. Piękny czerwony bandaż (dzięki Ciocia – oddam jak go przestanę użytkować 😀 ), którym miałam owiniętą ranę wzbudził lekkie szyderstwo Pana wykonującego szczepienie 😉 Pasował mi jak pięść do oka, ale przykuwał uwagę, normalnie rewia mody na izbie przyjęć 😀

I tak oto, wieczorna, piątkowa wizyta na izbie przyjęć trwała niecałe 30 minut. Tylko tyle. Nastawiałam się na bardzo długie oczekiwanie, na nerwy, na nieprzyjemny personel, złośliwych i zniecierpliwionych pacjentów, brud, smród i samo zło. Dlaczego? Bo jak większość z nas chłonę jak gąbka same negatywne historie o naszej służby zdrowia. Wolę nastawić się na najgorsze. O ironio! Idę uzyskać pomoc, a nastawiam się na psychiczne tortury. Tymczasem ostatnie wydarzenia utarły mi trochę nosa. W kontekście mojej osoby bo jakby nie było chłopak z którym rozmawiałam miał przerąbane. On raczej z uśmiechem na ustach stamtąd nie wyszedł. Ja owszem. Chciałabym łudzić się, że to nie był pierwszy i ostatni raz, kiedy mogę dobrze, nie obojętnie lub negatywnie, ale właśnie w superlatywach opowiedzieć o naszej opiece zdrowotnej. Oczywiście nie zamierzam już więcej lądować na izbie przyjęć 😉 ale w praktyce może być różnie. Zwłaszcza, że noże nadal są ostre, a ja bywam roztargniona niemiłosiernie 😀

Na zakończenie moich wywodów i opowieści w stylu : ,,Ta historia nadaje się na scenariusz jednego z odcinków paradokumentu typu SZPITAL” stwierdzam, że dużo w kontaktach z lekarzami, pielęgniarkami czy też obsługą szpitala daje bycie kulturalnym człowiekiem/pacjentem. Wydaje mi się, że nawet najbardziej gburowaty personel medyczny staje się znośniejszy kiedy jesteśmy do niego przychylnie i grzecznie nastawieni. Sprawdzone  na własnym przykładzie 😉

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Prawo jazdy po trzydziestce.

Pochodzę z rodziny, która wszędzie przemieszczała się komunikacją miejską, rowerem albo pieszo. Tata mój nie miał ciągotek do prowadzenia samochodu, mama tym bardziej. Siłą rzeczy, kiedy moja siostra ukończyła 18 rok życia, a dziesięć lat później tyleż samo ukończyłam ja – nasi rodzice mieli zupełnie inne pomysły niż sprezentowanie nam kursu na prawo jazdy. Prawdę powiedziawszy, żadna z nas nie była jakoś specjalnie chętna aby cokolwiek w tym temacie zadziałać. Całe życie w autobusie, na luzaka, bileciki miesięczne, potem semestralne, czasami na gapę, innym razem na piechotę pół miasta. Stolica Podkarpacia w porównaniu z Katowicami jest zdecydowanie przystępniejsza pod względem przemieszczania się. Żeby nie powiedzieć komunikacyjnie totalnie dwie różne bajki. Dlatego kiedy siedem lat temu przeprowadziłam się do Katowic zrozumiałam, że długo bez prawa jazdy to ja nie pociągnę. Od pomysłu do realizacji trochę wody jednak upłynęło, ale w końcu to prawo jazdy zrobiłam i co najważniejsze – jeżdżę samochodem w miarę regularnie.

Mój pierwszy raz za kółkiem to był rok 2011, marzec. Luby postanowił zapoznać mnie (totalnego matoła motoryzacyjnego) z obsługą volkswagena golfa 3, którego wówczas posiadał. Na miejsce pierwszych samochodowych manewrów mój towarzysz wybrał jakieś przemysłowe tereny kompletnie opustoszałe w sobotę i niedzielę. Długo to ja sobie nie pojeździłam, ale spodobało mi się. Bilans przejażdżki: zero zarysowań, kolizji, trochę przypalonego sprzęgła i nastawienie, ze zapiszę się na kurs lada chwila. Nie wypaliło, niedługo potem zaszłam w ciążę, więc miałam już totalne usprawiedliwienie na kolejne lata. Temat ucichł, ale powrócił dosyć niespodziewanie w lipcu 2015 roku. Luby zapisał mnie na kurs, a ja nie oponowałam. I tak oto rozpoczęła się moja przygoda z prawem jazdy. Oto cała moja droga (wypunktowana 😉 ) począwszy od otrzymania PKK do wydania dokumentu prawa jazdy :

  1. Udałam się do Wydziału Komunikacji żeby złożyć wniosek o wydanie numeru PKK (Profilu Kandydata na Kierowcę). Żeby takowy numer otrzymać musiałam przejść badania i otrzymać orzeczenie lekarskie stwierdzające brak przeciwskazań zdrowotnych do kierowania pojazdami silnikowymi (kategorii B). Oprócz tego potrzebna była fotografia o wymiarach 3,5 x 4,5 cm, dokument potwierdzający tożsamość i prawidłowo wypełniony wniosek.
  2. Wraz z nadaniem mi PKK mogłam rozpocząć oficjalnie kurs. Na początek wykłady: 30 godzin.
  3. Po teorii przychodzi czas na praktykę: 30 godzin jazd. Z doświadczenia wiem, że to nie wystarcza, chyba, że mamy do czynienia z wybitną jednostką.
  4. Po wyjeżdżonych godzinach podeszłam do egzaminu wewnętrznego, najpierw teoretycznego, a później praktycznego. Praktykę powtarzałam 😉
  5. Po zdaniu egzaminów wewnętrznych OSK odesłało moje PKK do Wydziału Komunikacji z informacją, że ukończyłam kurs i mogę podejść do egzaminów państwowych.
  6. Podreptałam do WORD-u i zapisałam się najpierw na egzamin teoretyczny (koszt 30 zł). Na egzamin praktyczny były naprawdę potężne kolejki: 3-4 tygodni. Z kolei na teorię czekałam chyba około tygodnia.
  7. Zdałam teorię i zapisałam się na praktykę, czekałam 2 tygodnie (koszt 140 zł)
  8. Brałam dodatkowe jazdy przed egzaminem.
  9. Oblałam pierwszy egzamin – wymusiłam pierwszeństwo – standarcik.
  10. Znowu jazdy doszkalające. Wymarzona waga 60 kg bo stres mnie pożerał.
  11. Po 10 dniach egzamin drugi – zdane.! Ufff.
  12. Dwa tygodnie później miałam już swój dokumencik 🙂

Trzy miesiące przygody, niesamowitych nerwów i emocji. Było warto. Niestety refleks po trzydziestce już nie jest taki wyborny jak u osiemnastolatków (którzy notabene) stanowili 90% kursantów 😀 Kiedy patrzyłam na ich wyczyny za kierownicą było mi trochę wstyd bo ja dwa razy musiałam pomyśleć zanim wykonałam jakiś manewr, stresując się przy tym niemiłosiernie. Młodzież była nastawiona na działanie, dynamiczna i poniekąd motywująca bo spięłam poślady i dopasowałam się!

Korzyści płynących z posiadania prawa jazdy jest mnóstwo, począwszy od niezależności, a skończywszy na czerpaniu czystej przyjemności z jazdy samochodem. Żałuję, że tyle czasu zwlekałam i wcześniej się za to nie zabrałam. Uprawnienia kierowcy zdobyłam więc już jako trzydziestka 🙂 Dlatego każdej kobiecie (która ma już trochę więcej niż osiemnaście wiosenek 😉 ), wahającej się przed podjęciem decyzji związanej z pójściem na kurs, obawiającej się panicznie tego, że nie podoła radzę żeby zaryzykowała i spróbowała. A nóż okaże się, że jesteście świetne i macie duże predyspozycje aby zostać dobrym kierowcą. Dziś jest bardzo duży wybór dobrych szkół nauki jazdy ,a instruktorzy mają naprawdę świetne podejście do kursantów w różnym wieku. Wystarczy po prostu się za to zabrać bo kiedy już zasmakujecie jazdy autkiem wówczas Wasz facet będzie miał przerąbane. Po prostu będzie grzał siedzenie pasażera 😀

Opcja mniej optymistyczna 😀 :

www.wojnaplci.pl

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

,,Last Christmas” i ozdoby choinkowe w listopadzie – Lubię to!

Mogłabym rozpocząć ten wpis od wrzucenia wszystkich Polaków do jednego wora z podpisem:

,, Marudzę bo od listopada huczą, że coraz bliżej Święta…”

Nie chcę jednak generalizować bo wiem, że oprócz wszystkich zbulwersowanych są też takie jednostki jak ja (poza dziećmi 😀 ) , które po Dniu Zadusznym zaczynają mentalnie nastawiać się na piękny Bożonarodzeniowy czas. Cóż mogę poradzić na to, że klimat Świąt lepiej odczuwam słuchając na okrągło w radio odgrzewanego co roku kotleta zespołu Wham!, wdychając nałogowo zapach mandarynek i przypraw korzennych do pierników, a także podziwiając ozdoby świąteczne w sklepach i świąteczne oświetlenie ulic w mieście. Nie wspomnę już o wyczekiwaniu na pierwsze płatki śniegu i corocznej nadziei na to, że Święta będą białe. Żyję też ciągłą nadzieją, że w końcu nie zaśpię na pasterkę uśpiona przez coroczne obżarstwo wigilijne 😉

W tym roku gościmy u nas moich rodziców, z czego wszyscy bardzo się cieszymy, a zwłaszcza córa, która ma zamiar z premedytacją nie odstępować dziadka na krok 😀 Ja zamierzam w końcu dojść do perfekcji w lepieniu pierogów pod czujnym i profesjonalnym okiem mojej mamy. Ma być wesoło, rodzinnie i bardzo świątecznie. Dlatego nakręcam się już od listopada i pozytywnie odbieram wszystkie bodźce, które mi o Świętach przypominają. Wiem, że prawdziwa istota Świąt nie polega na obżarstwie, ozdobach świątecznych, Mikołaju, choince, piosenkach świątecznych i prezentach. Boże Narodzenie to przede wszystkim przeżycie duchowe, święto upamiętniające narodziny Chrystusa, to czysta radość i wdzięczność, skupiam się na tym, ale pozwalam sobie również na radochę z tych przyziemnych umilaczy 🙂 Tak – Kevin sam w domu też będzie 😉

Ktoś mi powie:

  • ,, Przecież to wszystko to są przedświąteczne chwyty marketingowe na które tylko naiwni dają się nabierać”!

Ja to wszystko wiem 🙂 Moja aprobata i świadome uczestnictwo w tym całym szale przedświątecznym wcale nie czyni ze mnie gorszego, niewierzącego egzemplarzu. Przecież Boże Narodzenie to najbardziej radosne świąteczne wydarzenie w całym roku, na które wielu z nas czeka. Mnie kojarzy się z radością w każdym możliwym wymiarze. Wiem jednak, że każdy ma prawo przeżywać je tak jak chce. Jeden będzie naburmuszony i przyjmie taktykę na tzw. przeczekanie, drugi będzie jeździł po sklepach jak szalony, kupował tysiące niepotrzebnych jego zdaniem rzeczy i w tym samym czasie udawał radość z nachodzących świat. Następny skupi się na modlitwie, częściej będzie odwiedzał w tym czasie Kościół, a jeszcze inny postara się znaleźć złoty środek i stworzy sobie swoją prywatną magię świąt… Nie ma sensu piętnować kogokolwiek za tzw. ,,przedświąteczny szoping”, wybieranie prezentów, szał zakupów…  Ja np. w tym roku ,,zgrzeszę” bo zamierzam upolować jakąś większą choinkę, ciekawe ozdoby i światełka…Pojadę do największego złaaaa czyli dużego supermarketu i będę zachwycać się świątecznymi akcesoriami 😉 Potem w moim domu stanie duża choinka z mnóstwem tanich chińskich ozdób i będę się cieszyć jak moje dziecko. To będzie Boże Narodzenie według Dominiki 😉 Z uśmiechem na ustach, radosną atmosferą, Kościołem, kolędami, bliskimi osobami, prezentami i być może śniegiem 😀 Bez narzekania, polityki przy stole wigilijnym, obgadywania i marudzenia … Chcę wszędzie widzieć pozytywy, założyłam sobie różowe okulary.

Na zakończenie…:D

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Pięć powodów dla których muszę w końcu pojechać nad polskie morze

Morze, góry i Mazury, kultowe miejsca na spędzenie wakacji przez każdego Polaka. Tzw. Top 3. Dotychczas miałam przyjemność spędzać wakacje jedynie na Mazurach. Było pięknie i do dziś z uśmiechem na ustach wspominam ten czas. Skrycie marzyłam jednak o polskim morzu. Tak, o tym brudnym, zimnym i kapryśnym klimacie, na który narzeka coraz więcej Polaków urlopowiczów. Choć zdarzają się i tacy, którzy po takim urlopie nad Bałtykiem są zachwyceni i zamierzają tam wrócić. Może i jest brudno, może i pogoda to loteria, a woda zimna i wszędzie zapach smażonych ryb, a plażowicze niczym sardynki w puszcze gnieżdżą się na swoim kawałku plaży o powierzchni 2×2. Pragnę się o tym przekonać na własnej skórze. Coś czuję, że jednak się miło rozczaruję. Kilka wewnętrznych impulsów gna mnie w kierunku morza. Oto one:

 

  • Pragnę niczym Adaś Miauczyński, bohater filmu: ,,Dzień świra”, paść na kolana na plaży, chcę zobaczyć ten bezkres i chłonąć go. Odpocząć i zregenerować umysł. Zapamiętać chwilę w której po raz pierwszy ujrzę morze. Znając siebie będę ryczeć jak bóbr. Obym tylko nie musiała ścigać się wtedy ze swoimi demonami tak jak Adaś M 😀

 

  • Chcę nawdychać się za wszystkie czasy powietrza nasyconego jodem. Oczywiście wraz ze mną tym jodem upajaliby się także córka i luby. No i moja chora tarczyca na pewno bardzo mi za taki prezent podziękuje 😉 Podobno największe stężenie jodu w nadmorskim powietrzu jest poza sezonem.

 

  • Spacerować linią brzegową, boso… Fale chlapiące nasze stopy i kostki. Zabawa przy brzegu z córką, budowanie zamków na piasku, uciekanie przed mniejszymi i większymi falami. No i koniecznie zbieranie muszelek i marzenie z dzieciństwa – znalezienie bursztynu, jak w tej piosence: Fasolki – Bursztynek, kropelka złotych marzeń 🙂 (Pomarzyć zawsze można.)

 

  • Podziwianie wschodów i zachodów słońca nad morzem. Wczesna pobudka nad ranem, ciepłe ubrania, jakiś koc i hop na plażę! To musi być niesamowicie ekscytujące przeżycie. Tak, mam 32 lata i jaram się taką perspektywą 🙂 Albo… wieczorne spacery za rękę i obserwacja zachodzącego słońca. Taki romantyczny akcent, z prawie sześciolatką na głowie 😛

 

  • Degustacje smacznych i świeżych(!) smażonych rybek z fryteczkami i surówką w restauracji z widokiem na Bałtyk. Nie pogardzę do tego zimnym dobrym piwem 🙂
www.pixabay.com

 

Marzenia są po to żeby je spełniać, więc wszystko przede mną.

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Fejsowe porady dla Pań i Panów w obrazku ujęte (z przymrużeniem oka)

Alfą i omegą w sprawie związków nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę. Nie do końca potrafiłam także zdiagnozować osobników płci męskiej kręcących się kiedyś w pobliżu mojej osoby. Jedni sprawiający wrażenie królewiczów z bajki okazywali się draniami, z kolei drudzy z pozoru nieciekawi mile mnie rozczarowywali. Siedem lat temu wpadłam po uszy i już się nie rozglądam w poszukiwaniu odpowiedniego kandydata do życia ze mną. Aktualnie pozostała mi tylko obserwacja 🙂 Jest to jednak piekielnie fascynująca sprawa bo mogę spokojnie obserwować sobie z boku kiełkujące relacje męsko damskie. Od Panów wymaga się dziś coraz więcej, a Panie rozkochane w facebookowych guru: Oczami mężczyzny, Gentleman & Sensual Erotic Xmen (omg…) postawiły poprzeczkę tak wysoko, że mało który Pan potrafi ją przeskoczyć. Każde słowo wyżej wymienionych guru jest traktowane arcypoważnie. Do tego gustownie dopasowany obrazek i kobieta jest już kupiona, nie tylko singielka, ale także matka, żona, kochanka i babcia. Rozumiem, że kobiety potrzebują takich form wsparcia, utwierdzenia ich w przekonaniu o swojej wyjątkowości, codziennego zabiegania o nie, ale moim zdaniem zbyt wiele autorzy stron wymagają od swojej płci…Gdyby każdy facet miałby stosować się do tych złotych rad zrobiłoby się piekielnie nudno…Bo nie każda dziewczyna / kobieta Drodzy Panowie posika się ze szczęścia jak przyciśniecie ją do blatu, dostarczycie rozkoszy i wręczycie jej w zębach czerwoną różę. Nie zmienia to faktu, że wiele sentencji wpadło mi w oko i muszę się z nimi zgodzić 😉


Ostatnio w sieci moje oczy dojrzały pewien obrazek. Oto on:

Na facebooku szał, kobiety masowo udostępniają, mężczyźni się oburzają, wypominając kobietom, że to samo można byłoby napisać o nich. Zniesmaczeni Panowie twierdzą, że kobieta mając do wyboru spokojnego, wspierającego mężczyznę i tak wybierze skurwysyna po którym będzie płakać. Kobiety ripostują i stanowczo zaprzeczają powyższemu stwierdzeniu. Przyglądam się tym słownym przepychankom i dochodzę do wniosku, że zarówno Panie jak i Panowie mają rację w tej całej gównoburzy. Dla wielu kobiet nie wystarczy żeby facet był spokojny, kochający, wierny, oddany i wspierający…Nagle wspomną sobie, że chciałyby żeby był jeszcze dziki i namiętny, czasami brutalny, porywczy i wolny… Niestety pewne cechy wzajemnie się wykluczają, chyba że facet może być jednocześnie spokojny i porywczy, oddany i wolny ?! Może ja o czymś nie wiem…i tacy egzemplarze chodzą po świecie. Prawda jest taka, że sporo z nas kobiet nie wie czego chce. Tworzą się jakieś sztuczne ideały. Z tym obrazkiem wszystko byłoby ok, gdyby wyciąć trzeci wiersz: NIE KŁOPOTEM. Panowie, rozumiem Wasze wkurzenie kiedy czytacie te słowa. Wielu z Was z pewnością chciałoby być takim wsparciem dla Pani umieszczającej ten obrazek na swojej fejsowej tablicy…ale doczytujecie ,,Nie kłopotem” i czar pryska. Bo przecież ktoś ,,mądry” kiedyś wcisną kobietom ciemnotę, że faceci to same kłopoty i one powtarzają to teraz jak mantrę. Tak samo jak lubią często wygłaszać hasła w stylu:

  • ,,Tak niewielu jest porządnych facetów”.
  • ,,Oni na mnie nie zasługiwali, ja potrzebuję mężczyzny, który będzie mnie na rękach nosił”.
  • ,,Przez facetów wylałam już morze łez”.

Z takim nastawieniem i określaniem facetów mianem kłopot, na pewno nowe łzy zasilą to morze rozpaczy…których powodem jedynym słusznym jest oczywiście … facet.


„Opiekować należy się pizdusiem. Prawdziwego mężczyznę się wspiera.” (Oczami mężczyzny)

Ohoho, trochę kompleksami zapachniało. Wsparcie i opiekowanie się drodzy znawcy tematu idą ze sobą w parze. Więc ,,prawdziwy mężczyzno” nie ,,pizdusiu” ! kiedy Twoja kobieta robi Ci gorącą herbatę z miodem i cytryną bo leżysz w łóżku ze stanem podgorączkowym i umierasz…;) to znaczy, że się Tobą opiekuje. Tak wiem, to bardzo trudne do zaakceptowania dla prawdziwego macho. Weź to na umięśnioną klatę 😉


Mnie odstrasza ten napis, a co dopiero ma powiedzieć biedny, przestraszony, zakochany i nieśmiały facet, który zbiera się z powiedzeniem ukochanej dziewczynie, że chce z nią spędzić resztę życia? Ten tekst nie jest motywujący, on jest odstraszający. Jeśli jakiejś niecierpliwej dziewczynie przyjdzie do głowy umieścić go na swojej osi czasu, niech trzy razy się zastanowi czy chce aby obiekt jej westchnień to przeczytał. Jest duże prawdopodobieństwo, że zamiast ruszyć do boju i nagle z patrzenia przejść do czynów zacznie się wycofywać… I z ulgą przyjmie Twoje zamążpójście…:)


Mam bardzo mieszane uczucia dotyczące wyżej zamieszczonych i nie tylko obrazów. Z jednej strony rozumiem zamysł. Należy otworzyć kobietom i mężczyznom oczy na wzajemne potrzeby i zaspokajanie ich. Z drugiej jednak strony zmierza to wszystko w kierunku wykreowania nieistniejącego obrazu mężczyzny. Posiadającego całą pulę cech uruchamiających się zgodnie z życzeniem wybranki. Jeśli kobieta pragnie żeby facet był niegrzeczny – będzie niegrzeczny, żeby był spokojny – będzie spokojny, żeby był draniem – będzie nim, a potem na nowo niech się stanie kulturalnym gentelmanem … Mężczyzna robot, sterowany kobietą. To się nie może udać, ale widocznie jest na takie sentencje spore zapotrzebowanie. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że każda z Was Babeczki (która poszukuje lub czeka na uczucie) znajdzie swojego jedynego 🙂     Kierując się sercem i rozumiem, a nie fejsbukowym udostępnionym pierdylion razy tesktem.


Na koniec mój ulubieniec ostatnich dni:

www.kobiecyhumor.pl

 

😀

 

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Próby akceptacji własnych wad (z przymrużeniem oka)

Dzisiejszy post jest skierowany głównie do kobiet (sorry Panowie). Bo tak się niestety składa, że w większości przypadków to my kobiety jesteśmy wpędzane w kompleksy albo wpędzamy się w nie same. Nie jestem wyjątkiem. Gdybym miała wymienić co mnie u siebie wkurza w wyglądzie zewnętrznym zapewne brakło by mi palców u rąk 🙂 Zęby, nos, cera, włosy, cellulit, brzuch, waga….Do wszystkiego mogłabym się przyczepić, ale…od pewnego czasu podejmuję ciągłą próbę akceptacji mojego wyglądu. Nie dlatego, że łykam banały o tym jaki to wygląd nie jest ważny i liczy się tylko wnętrze: dobre serce, optymizm i kultura. Taaaa. Zdałam sobie sprawę, że gdybym chciała naprawić te wszystkie psikusy losu na mojej facjacie i ciele musiałabym się poddać interwencji chirurgicznej 😀 Nie tędy jednak droga. Po pierwsze na takie zabawy trzeba byłoby mieć odłożoną górkę pieniędzy, po drugie nawet gdybym je odłożyła zapewne znalazłoby się tysiąc innych spraw ważniejszych i wartościowszych na które warto byłoby przeznaczyć tą kasę. O ile z akceptacją wyglądu idzie mi całkiem nieźle (szczerzę te moje krzywusy do niemal każdego zdjęcia), tak z naleciałościami i złymi przyzwyczajeniami mam zdecydowanie ciężej. Niestety odkryłam ostatnio bardzo niewygodną prawdę o sobie :


Z wiekiem robię się coraz bardziej zrzędliwa.


Mogłabym teraz próbować się tłumaczyć górnolotnym stwierdzeniem, że przecież z wiekiem stajemy się coraz bardziej wymagający, nie zadowalają nas półśrodki, mamy większe potrzeby, a nasze zrzędzenie nie jest wcale zrzędzeniem, tylko wyrażaniem siebie…Guzik prawda. Ja mam ewidentną tendencję wzrostową zrzędzenia. Kręcę nosem na tyle przyziemnych spraw dotykających mnie osobiście i (o zgrozo!) ludzi obok mnie. Mój T. porównuje mnie coraz częściej do smerfa Marudy (,,Nie cierpię nie cierpieć! „) 😉 Próba kontrolowania zrzędliwości kończy się różnie. Czasami udaje mi się ugryźć się w język i nie marudzić na każdym kroku. Bywają jednak dni (zwalam to na PMS), że potrafię pół dnia zrzędzić o byle co. Już współczuje T. bo strach pomyśleć cóż to będzie na stare lata 😀 Będę zrzędliwą starą babcią 😉


Jestem nerwowa i niecierpliwa.


I najgorsze jest to, że ta nasza mała psotnica widzi mnie często w stanie zniecierpliwienia i wkurzenia. Nie umiem być oazą spokoju w chwili kiedy, np.:  spada mi kubek (notabene pamiątka z przedszkola) i rozbryzguje się w drobny mak po całej kuchni. Za chiny ludowe nie potrafię. Po prostu krew mnie zalewa i zła jestem na siebie strzelając co rusz (ciszej lub głośniej) epitetami. Matka spokojna, opanowana wyzbierałaby zapewne od razu wszystkie elementy, odkurzyłaby, otarła dziecięcą łzę uronioną w wyniku straty ulubionego kubka i przeprosiła obiecując załatwienie nowego/podobnego. A ja co zrobiłam? Usiadłam na kaflach wśród roztrzaskanych kawałków porcelanowego kubka i wypowiadając kilka razy pod rząd wyraz na literę K zaczęłam popłakiwać z rozpaczy…Dziecię z kolei wparowało do kuchni i na moje wybąkane przepraszam oznajmiło coś w stylu: MAMA WYLUZUJ, ZDARZA SIĘ, PRZECIEŻ TO TYLKO KUBEK 🙂 Nerwy trzeba było schować do kieszeni. Nauczka na przyszłość. Młoda postawiła mnie do pionu 🙂

Niecierpliwość to moje drugie imię, przylgnęło do mnie i nie chce się odkleić. Wszystko musi być na już, na teraz, a najlepiej na wczoraj. Podobno zawsze taka byłam, za dziecka również. Tylko jakoś sobie nie przypominam tego bym kiedyś przestępowała z nogi na nogę i poganiała nieszczęśników znajdujących się w pobliżu żeby przyspieszyli bieg wydarzeń. W linii prostej ma to po mnie moja córka. Co oczywiście nagminnie podkreśla tata 🙂 Cała mama…


Roztrzepana i niedojrzała.


 

Z rodzinnego archiwum 🙂

Roztrzepana byłam zawsze. Chwytałam się jednej rzeczy, nie wychodziło mi, rzucałam to i łapałam się kolejnej. To bardzo niewygodna cecha i w dorosłym życiu należy ją po prostu tępić. Nie ma wyjścia, jeśli chcemy coś osiągnąć, jeśli zależy nam na czymś bardzo, to choćby skały srały (wybaczcie słownictwo) nie poddawajmy się po pierwszych nieudanych próbach. W większości przypadków potrzebna jest ciężka praca, wytrwałość i skupienie. Szybkie zniechęcenie i rezygnacja nie pozwoli nam się przekonać się co by było gdyby…

Niedojrzałość w moim odczuciu ma wiele znaczeń. W przypadku mojej osoby objawia się ona tym, że np. nie ogarniam tego, że mam ,,już” 32 lata i pewnych rzeczy mi nie przystoi. Nie godzę się na to. Będę nosić spodnie z dziurami bo lubię 🙂 Nie mam ochoty na makijaż i zakrywanie zmarszczek bo cera mi świruje i boję się, że się rozmarzę jeszcze przed wyjściem z domu. Obejrzę sobie nie raz i nie dwa ukochaną ,,Czarodziejkę z Księżyca” na YouTubie, choć pewnie to nie przystoi trzydziestolatkom 😀 Mam to niestety lub stety w czterech literach. Taką niedojrzałą mogę być.

Z akceptacją wad różnie bywa. Bo to co dla jednych wadą jest, dla drugich może być zaletą. Tyczy się to zarówno wyglądu jak i charakteru. Pracować nad sobą można zawsze, nigdy nie jest za późno, zwłaszcza jeśli domownicy mają już na prawdę dosyć niektórych Waszych wad. Nie do końca wierzę jednak w to, że wszystkie negatywne cechy można wyeliminować ze swojego zachowania. Można jednak próbować, zwłaszcza przy dzieciach ograniczyć nasze paskudne niedoskonałości 😉

1361126909_by_PokazeCiPrawdeNicWiecej_600

Muzyka obok mnie. Ulubione kawałki.

Muzyka towarzyszy większości z nas przez całe życie. Czasami te muzyczne miłości ewoluują i nasze gusta muzyczne drastycznie się zmieniają z wiekiem. Niektórzy mają swoje ulubione kapele, są wierni rock&rollowi, inni słuchają namiętnie popularnych radiowych stacji i to właśnie muzyka popularna kręci ich najbardziej. Od disco polo po muzykę klasyczną. Wszystko dozwolone, wszak ilu ludzi na tej planecie tyle gustów muzycznych. Na wstępie, pragnę oznajmić, że odkąd świadomość muzyczna mi się włączyła, moją ulubioną piosenką był, jest i będzie utwór ,,With or without you” z repertuaru U2. Od pierwszego do ostatniego dźwięku jestem zakorzeniona w tej pieśni. Będąc fanką tegoż zespołu, w ciemno biorę większość kawałków tej kapeli. W związku z tym, generalnie polecam zapoznanie się z twórczością U2.

Wspominając swoje dzieciństwo i wczesną młodość niespecjalnie koncentrowałam się na celebrowaniu muzyki i odkrywaniu w niej czegoś głębszego. Wiadomo – jak każda dziewczyna w moim wieku czytałam ,,Bravo” i ,,Popcorn” i wzdychałam do Briana z Backstreet Boys, a ,,Wannabe” Spice Girls nuciłam w kółko. Oczywiście z mega profesjonalnym odwzorowaniem tekstu: ,,If ju łonna bi maj lawer”… 😀 Kompletny odjazd. W międzyczasie mój rodziciel namiętnie wałkował na magnetofonie hity Anastazji P i Michaiła Burano (posłuchajcie ,,Całe niebo w ogniu” -mistrzostwo świata!). Takie tam – relikty 😉 Na topie były też piosenki Tadeusza Nalepy, Led Zeepelin i hit hitów: ,,Kareta złota”… 😀 Troszkę dobrej muzy zapodawała mi siostra, która częstowała mnie, np.: Alicją Majewską, pierwszą kasetą Kasi Kowalskiej (,,Gemini”), Krzysztofem Krawczykiem.

Na dyskotekach w podstawówce, namiętnie maglowany był kawałek Nirvany: Smells Like Teen Spirit. Działał ten numer na nas, oj działał.W zapryszczałych i zawstydzonych uczniach klasy ósmej, budził się duch waryjota, puste dotychczas centrum parkietu na sali gimnastycznej zapełniało się naszymi spragnionymi szaleństwa istotami. Śpiewaliśmy tekst, podskakiwaliśmy, łapy szły do góry i cały kawałek na pełnych obrotach. Tak po kilka razy, aż wreszcie Pani wicedyrektor zaświeciła ostatecznie światło w sali gimnastycznej. To jedna z tych piosenek, która ma dla mnie wartość sentymentalną.

W liceum byłam dziewczyną słuchającą głównie tego, co było aktualnie na topie. Nie miałam chęci i natchnienia na jakiekolwiek poszukiwania swoich muzycznych gustów. Z resztą do dnia dzisiejszego nie potrafię określić się jasno, jaki gatunek muzyki jest moim ulubionym. Po prostu jeśli coś mnie urzeknie, to nie ma znaczenia czy jest to pop, rock, folk czy też disco…. Zapisuję sobie ten kawałek w mojej pamięci (która zresztą ostatnio szwankuje) i wracam do niego.

Okres wakacyjny – po liceum, przed rozpoczęciem studiów. Dżem Proszę Państwa. ,,Sen o Victorii” wałkowany przy pierwszej miłości.

Na studiach przeżywałam różne mniejsze lub większe miłostki i to stan ducha (niekoniecznie dobry) dyktował mi to, czego na tamtą chwilę słuchałam. Przeważnie słuchałam smętów. Bo z reguły faceci dostarczali mi tylu skrajnych emocji, że od melancholii wpadałam w dziką radość. Stany jednak różniące się od siebie 😉 Dorobiłam się nawet mp3, o skromnej pojemności, na której nagrywałam ukochane numery. Do dziś mam tą listę. Kilka piosenek z niej pozostaje nadal moimi ukochanymi. Top 12 z moich czasów studenckich:

  1. MYSLOVITZChciałbym umrzeć z miłości. Klasyk. To jest jedna z najpiękniejszych polskich piosenek o miłości. Namiętnie słuchana, kojarzy mi się również z moim ówczesnym…ulubionym serialem…:D ,,Magda M”.
  2. KASIA KOWALSKA – Oto ja. Hit z pierwszego albumu Kasi, pt: ,,Gemini”, o którym wspominałam wyżej. Jedna z bardziej lubianych przez moją siostrę wokalistek. Piosenka z którą utożsamia się niejedna zraniona kobieta.
  3. KASIA STANKIEWICZMarzec. Do dnia dzisiejszego nie do końca rozumiem co podmiot liryczny miał na myśli. Niby depresyjnie, niby o nadziei, niby myśli samobójcze. Ale podobało mi się to. Lubiłam się tym katować w chwilach na tamten czas dla mnie trudnych.
  4. PATRYCJA MARKOWSKADeszcz. To dla mnie do dnia dzisiejszego piosenka związana z najbardziej tajemniczą postacią, która przewinęła się przez moje życie. Był czas kiedy pierwsze takty tej piosenki wywoływały u mnie smutek. Fajna nuta, ładny teledysk, niby kawałek jakich wiele, ale nie dla mnie.
  5. IRA – ,,Wiara” i ,,Nadzieja”. Te dwie piosenki to moc przesłań z zakresu pokrzepiającego każdą żyjącą istotę 🙂 To moje dwie ulubione piosenki zespołu IRA i jedne z najlepiej podnoszących na duchu. Wtedy (studia) i teraz (rozkoszna proza życia).
  6. BRIAN FERRYSlave to love. Któż z nas nie oglądał filmu: ,,9 i 1/2 tygodnia” ? 😉 Tam właśnie ta pieśń została ładnie wklejona w scenę dwójki głównych bohaterów. Nie wiem dokładnie czy to stamtąd ją znam, czy może to moje namiętne studenckie słuchanie radia: Złote przeboje zaowocowało miłością do tej piosenki…Ale wiem jedno, to jest bardzo romantyczny numer i nadaje się z pewnością na jesienne wieczory … we dwoje 🙂
  7. The EscapistThe Streets. Końcówka studiów i fantastyczny czas przyjaźni z wyjątkową dziewczyną, która zaraziła mnie pozytywnym myśleniem i zachęciła do podjęcia zawodowych wyzwań. Ta piosenka to takie pierdolnięcie w kąt szpileczek i garsonki i założenie mega wygodnych trampek w kwiatki i dreptanie po swoje. Z uśmiechem na ustach i mega pozytywną emocją na facjacie (Kocham to słowo <3 ).
  8. Shawn Mullins Lullaby . Nie wiem, czy ktokolwiek to kojarzy. Raczej nie grane w naszych rozgłośniach radiowych. Pop. Nastolatka w teledysku, trochę popija, jakieś imprezy w tle. Ale ja, coś tam dostrzegłam. Coś dla mnie interesującego i … w rezultacie wylądowała u mnie w mp3. 🙂
  9. SadeBy your side. Dla mnie Sade to czarodziejka idealnego klimatu. Idelane nuty do namiętnego seksu, pierwszej kolacji, pierwszego tańca, smutnych rozstań i gorących powrotów.
  10. Mazzy StarFlowers in December. Wokalistka przenosi mnie kompletnie do innego świata, to tak jak drink z dużą ilością whisky. Dla niektórych ta piosenka to smęty nad smętami, ale ja mam ciary za każdym razem jak słucham tej piosenki.
  11. Mark AnthonyYou sang to me. Kiedy dziewczyna bardzo chce wierzyć, że jest dla faceta tą jedyną, po którą na pewno zjawi się pewnego pięknego dnia. 😀 Z cyklu pojechane…
  12. Celeste PrinceWherever you are. Oglądałam nieświadomie i świadomie ,,Słodki listopad”. To świadomie chyba boli do dziś. Piosenka piękna. Tekst banał, nie dla twardzieli, dla wrażliwców zdecydowanie.

Po trzydziestce, zamiast spokornieć (na zewnątrz na pewno spokorniałam) zachłysnęłam się rockową muzyką. Brałam garściami od mojego lubego, który jest fanem Metallicy, który pieścił mnie Pink Floydami, zapodawał AC/DC ( You shook me all night long – dzwonek na telefon, personalizowany -tylko dla mnie 😉 ). Trochę mój Rodziciel w dzieciństwie przybliżał klimaciki dobrych starych rockowych brzmień, ale ja dopiero teraz sobie wkleiłam niektóre z nich. I tak oto gustuję w :

  1. Led Zeppelin: ,,Stairway to heaven” (5:57 – odjazd), ,,Whole lotta love”.
  2. Pink Floyd: ,,Wish you were here”, ,,Shine on you crazy diamond”.
  3. Scorpions: ,,Wind of change”.
  4. The Doors: ,,Light my fire”, ,,Break on trought”.
  5. Jimi Hendrix: ,,Little wings”.

Odkrywam także w sobie zamiłowanie do twórczości nieżyjącego już Grzegorza Ciechowskiego, którego : ,,Powoli spadam” jest dla mojej duszy niczym orkan Jerzy i Grzegorz razem wzięci 🙂 Chórki w tej piosence robi Kayah. Cały klimat piosenki, nastrój, słowa. Achy i ochy! Pub ,,Kuźnia” ,Rzeszów – pierwsze zasłyszenie – pierwsze zakochanie w tej piosence.

Pozostając w klimacie Jerzego , Jurka 😉 – Bardzo lubię wracać do Kulturki ,,Piosenka dla Jurka”. Imię wymarzone dla dziecia o płci męskiej z czasów bez Lubego.

Z polskich perełeczek miłuję także ,,Grawitację” i ,,Sanktuarium” Justyny Steczkowskiej. Grawitacja z powodzeniem mogłaby dziś wypłynąć z radiowych rozgłośni robiąc równie wielkie wrażenie co 21 lat temu (1996 rok!). Sanktuarium to nadal modlitwa. Żeby się obudził. Ostatnio nucę także ,,Kiedy nie ma miłości” Marii Sadowskiej. Zwrotki w tej piosence chwytają mnie za serducho.

Być może, któryś z wyżej uzewnętrznionych utworów chwyci Was za serce. Tak jak mnie. Muzyka to jeden z najpiękniejszych darów.